Biedny, biedny Dorian Gray, biedna ja, która za całe 120 zł nabyłam dwa bilety na Portret Doriana Graya w Teatrze Rozmaitości - nie tylko dlatego, że można je było wydać lepiej (takich wpadek mam na koncie nieskończenie wiele, co sprawia że również na koncie mam skończenie), ale też dlatego, że wolny wieczór miewamy bardzo rzadko i proszę, jak kiepsko spędzony.
Jak można było z tak genialnej książki, dowcipnej, z prostym i pięknym przesłaniem zrobić coś tak pokręconego... Dorian jest tu narcystyczną postacią naszych czasów, czasem mówi tekstem Patricka Batemana (z American Psycho), czasem scena przypomina Factory Andy Warhola, muzyka jest Lou Reeda, jest też piosenka Edith Piaf ze wstrąsającą człowiekiem perkusją, jest kobieta z przyprawionym penisem, są narkotyki i psychopatyczne morderstwa, szarpiąca za trzewia symbolika (na końcu ginie alter ego Doriana - człowiek przebrany za clowna), jest krzta postpunkowego klimatu oraz golas - czyli sam bohater, jak go pan Bog stworzył, przeciągający się po scenie. Scena z golasem trwa wyjątkowo długo. Bardzo dużo jest wątków homoseksualnych i jak grający geja aktor zaczyna ekspresyjnie ruszać rękami i biodrami, to publiczność ryczy ze śmiechu. Tak. - To na pewno wyborcy Platfomy - zaśmiał się mąż, a ja się nie zaśmiałam. Oczywiście jest i o destrukcyjnych mediach: w książce Dorian jednak umiera, w sztuce nie umiera tylko trwa cierpiąc. Został upozowany na postać z showbiznesu, a w nim jak wiadomo nie umiera się naprawdę (chyba takie było jedno z "przesłań" reżysera).
Powiedziałam do męża: słuchaj, panie B., jesteśmy chyba już tak starzy, że powinniśmy chodzić na przedstawienia zrobione przez starych reżyserów, ze starymi aktorami. Po prostu już się nie łapiemy na tę poetykę. Przy całej swojej niepoprawności (ci rozwichrzeni młodzi aktorzy co czasem bardziej się wygłupiają niż grają), to wszystko już sto razy widzielimśmy i to jest nudne. A przede wszystkim o godzinę za długie. Taka jest moja opinia z którą się całkowicie zgadzam. Howgh!



Komentarze
Pokaż komentarze (2)