Tradycyjnie wrzucam mój ostatni felieton posesyjny z Gazety Świętojańskiej
Ostatnia sesja była szybka i niekontrowersyjna. I właściwie nie byłoby o czym pisać gdyby nie „ sensacyjny transfer” czyli wstąpienie kolegów Andrzeja Denisa i Grzegorza Bonka do klubu Samorządności.
Najpierw o samym określeniu. Bo sugeruje ono jakąś sensację, podczas gdy żadną sensacją nie było. Wzmiankowani koledzy od dawna w swoich głosowaniach byli zgodni z klubem Samorządność i ich grawitacja w tym kierunku nie była dla nikogo tajemnicą. O newsie i sensacji można było mówić półtora roku temu, gdy występowali z PiS – teraz to była jedynie konsekwencja tamtego kroku.
Sytuacja, gdy uczestnik wydarzeń występuje też w roli komentatora bywa niezręczna wiec postaram się jej uniknąć pisząc o procesie, a nie o konkretnym zdarzeniu. Otóż jest coś na rzeczy w zdolności przyciągania przez środowisko rządzące Gdynią transferów w trakcie kadencji. Nawet z list i środowisk, które startowały jako opozycyjne. Tak było z wybranymi w 1994 radnymi UPR, tak było z wybranymi w 1998 radnymi Konwencji Gdyńskiej czy wreszcie obecnie z dwoma radnymi ex-PiS.
Można by oczywiście temat zwulgaryzować, zrzucając wszystko na ludzką tendencję do opowiadania się po stronie silniejszych batalionów. Niewątpliwie coś jest na rzeczy, byłoby to jednak zdecydowanie przesadne uproszczenie.
Raczej mamy do czynienia z wyższością poprzez specjalizację. Gatunek endemiczny, żyjący tylko i wyłącznie w ekosystemie gdyńskiego samorządu – czyli pewien układ personalny sformalizowany pod szyldem Samorządności – ma skłonność do odpierania i wypierania inwazji na swoje naturalne środowisko ze strony gatunków mniej wyspecjalizowanych. A takimi są ogólnopolskie partie polityczne (bez wdawania się w szczegółową historię Konwencji zaznaczmy, że jest tu częściowym wyjątkiem). Funkcjonowanie z powodzeniem w gdyńskich strukturach samorządowych jest dla partii o zasięgu ogólnopolskim nic nie znaczącym szczególikiem – a nawet dla gdyńskiej struktury danej partii jest celem ważnym, ale jednym z kilku (niekoniecznie najważniejszym).
Inne cele takie jak uzyskanie mandatu parlamentarnego czy też walka o wpływy w organizacji nie muszą nawet stać w sprzeczności z działalnością samorządową. Wystarczy, że wymagają zaangażowania czasu i pracy, którego potem na działalność samorządową może brakować. Dlatego przyjemniejsza niektórym samorządowcom może wydawać się perspektywa, w której te inne pola aktywności mogą sobie odpuścić i skoncentrować się na tym co najbardziej lubią robić czyli pracy samorządowej.
Przykład radnych UPR drugiej kadencji, który wprawdzie znam nie bezpośrednio, ale z relacji bliskich świadków, może też posłużyć za ilustrację alienacji wewnątrzpartyjnej radnych. Po pierwsze z przyczyn czasowych – każdy normalny człowiek aktywny zawodowo, mający rodzinę itp. może na szeroko rozumianą działalność społeczną poświęcić skończoną ilość czasu. Będąc radnym, uczestniczy w posiedzeniach komisji, ma dyżury dla mieszkańców, załatwia różne związane z pełnieniem mandatu sprawy – przez co czasem po prostu nie starcza czasu na rozbudowaną aktywność wewnątrzpartyjną.
Radni Samorządności tego problemu nie mają, u nich posiedzenia klubu radnych są zarazem posiedzeniami władzy ich partii. Lokalność partii Samorządność powoduje, że nie wymaga ona żadnej aktywności poza lokalną, samorządową. Każdy woli robić mniej niż więcej, a czasem tego więcej robić po prostu nie jest w stanie.
Więcej – w strukturze partyjnej może również wystąpić rozjechanie się oczekiwań. Lokalne koło ma swoich działaczy, dla których partia to oni. Jeżeli w dodatku mają blade pojęcie o sprawach samorządowych, nie śledzą lokalnych mediów itp. mogą aktywność polityków partii oceniać wyłącznie po ich aktywności wewnątrzpartyjnej. Z kolej z perspektywy radnego taka stricte partyjna działalność ma drugi priorytet. Od niej właśnie są struktury partyjne, podczas gdy pierwszym priorytetem należącego do partii samorządowca jest dobra działalność samorządowa – ma w niej szansę realizować dobro wspólne w lokalnym wymiarze, a tym samym również promować swoją partię w lokalnym środowisku (jest dla większości mieszkańców jedyną identyfikowalną i „namacalną” wizytówką swojej partii – parlamentarzyści są zbyt oddaleni, a inni działacze anonimowi). Aby tego paradoksu uniknąć konieczna jest niewątpliwie daleko idąca unia personalna lokalnych władz partyjnych i samorządowców. Niestety przeciw temu rozwiązaniu znów działa paradoks specjalizacji – działacze wyspecjalizowani w wewnętrznych rozgrywkach zwanych potocznie „knuciem” mają tendencję do bycia w nich lepszymi od osób dzielących czas między „knucie” a aktywność samorządową i ci pierwsi często zdobywają wewnątrzpartyjną władzę nad tymi drugimi.
Te wszystkie paradoksy i sprzeczności w Samorządności nie występują, gdyż jest organizacją samorządo - centryczną. A więc nie ma w niej fizycznej możliwości wykształcenia ośrodka władzy oddzielnego od struktur samorządowych. A i knucie, które oczywiście odchodzi na potęgę, jak w każdej politycznej organizacji, koncentruje się wokół samorządu i może być wykonywane przy okazji działalności samorządowej.
Wreszcie nie bez znaczenia jest siła lidera. Wiele można o prezydencie Szczurku powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest słabym politykiem. Silny lider „ciągnie” organizację i zapewnia jej wysoką atrakcyjność transferową – bo może się pochwalić udokumentowanymi sukcesami politycznymi, a co za tym idzie perspektywą takich sukcesów w przyszłości (na które to sukcesy chcieliby się załapać przyszli transferzyści). Gdyby prezydent Szczurek był politykiem słabym, raczej ruch byłby odwrotny – raz, że wszyscy potencjalni amatorzy transferów spodziewaliby się więcej na współpracy z nim stracić niż zyskać, a dwa że słaby lider ma zazwyczaj tendencję do obrony swojej pozycji poprzez wycinanie wewnętrznej konkurencji. Z kolej wewnętrzna konkurencja widząc, że organizacja idzie w maliny próbuje temu zapobiec organizując zmianę lidera – w efekcie zamiast wspólnej pracy nad sukcesem organizacji mamy wewnętrzne walki i wycinanie co bardziej wyróżniających się jednostek. Jasna hierarchia oparta na wysokim autorytecie przywódcy, która cechuje Samorządność, daje możliwość uniknięcia takiego scenariusza (co nie znaczy, że nie ma wielu innych wad żeby tu wspomnieć chociażby o braku zdolności do wewnętrznej krytyki, a więc autokorekty).
Podsumowując – w sensie organizacyjnym Samorządność jest takim garniturem szytym na miarę samorządowca, swoistym związkiem zawodowym gdyńskich radnych podczas, gdy w innych strukturach radni noszą garnitury fabryczne. Niektórym pasują jak ulał, ale są i tacy których strasznie cisną. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że niektórzy z nich czasem idą do krawca.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)