Marcin Horała Marcin Horała
59
BLOG

Pożytki z niebytu

Marcin Horała Marcin Horała Polityka Obserwuj notkę 0

Z pewnym opóźnieniem wrzucam mój feleiton z Gazety Świętojańskiej:

Jeżeli miałbym wyróżnić jakąś podstawową cechę lokalnej debaty publicznej w Gdyni, to byłoby to jej nieistnienie. Aby jednak nie poprzestać na tym prostym stwierdzeniu spróbujmy posłuchać choćby śladów tego na poły legendarnego, dawno wymarłego zwierza.

Najpierw poszukajmy w prasie drukowanej. Liczą się dwa lokalne tytuły – Dziennik Bałtycki i Gazeta Trójmiasto, czyli lokalny dodatek do Gazety Wyborczej. W obydwu czasem pojawi się jakiś artykulik o gdyńskich sprawach (choć obydwa pisma są zdecydowanie gdańsko-centryczne). Cóż z tego, skoro artykulik ów jest zazwyczaj mały, na fefnastej stronie i zasadniczo nic nie mówiący. Ot odbyła się sesja, uchwalono to i tamto. Nastawienie zdecydowanie na pojedyncze newsy o charakterze reportersko-interwencyjnym. Informacja o tym że pies pogryzł babę (a jeszcze lepiej – że baba pogryzła psa) jest co najmniej równie ważna, jak informacja o budowie drogi albo o zmianie w systemie szkolnym – a wszystkie są znacznie ważniejsze od tego, jak wygląda samorządowa scena polityczna. O tym ostatnim się nie pisze w ogóle. Najwyraźniej nikogo to nie obchodzi. A jak już się trafi artykuł zahaczający o tematykę mechanizmów lokalnej władzy, to wyłącznie jako odprysk jakiejś sprawy reporterskiej. Mieszkańcy apelują, żeby załatać dziurę w drodze – no to wypowie się w tej sprawie jakiś prezydent czy radny. Porządnych artykułów, analiz, wywiadów o tym, kto z kim i dlaczego, jakie są koncepcje, jakie strategie i tak dalej – tego wszystkie nie ma. Nawet często nie ma dalszego drążenia tematu, co się stało z ową dziurą, dlaczego i przez kogo.

Kto zajrzał za kulisy lokalnych gazet wie, że gdyńskimi tematami zajmuje się grono dziennikarzy, których można policzyć na palcach u jednej ręki pijanego pracownika tartaku. W dodatku przy podłych pensjach, aby zarobić na masełko do chleba muszą oni nastukać wierszówkę – więc produkują po kilka artykulików dziennie na temat dziur w jezdni, przewróconych drzew i awanturujących się sąsiadów. Fizycznie nie mają czasu na dziennikarstwo śledcze czy też analityczne z prawdziwego zdarzenia – choćby im się nawet akurat chciało. Są natomiast w sposób naturalny podatni (mniej lub bardziej – to już zależy od osobistej etyki) na przepisywanie tez z gotowców – a w Gdyni mamy tylko jeden ośrodek (urzędowy) który ma siły i środki na codzienną produkcję takowych gotowców.

Dodajmy do tego magazyn Wieczór będący wyłącznie bogato ilustrowaną kroniką towarzyską, efemeryczne i nastawione wyłącznie na reklamy darmowe gazetki dzielnicowe oraz niskonakładowy gdyński dodatek Wyborczej poświęcony obyczajowo-wspominkowym opowiastkom i lokalnym ciekawostkom – i mamy pełny obraz drukowanej prasy lokalnej.

Z różnych stacji radiowych tylko półtorej zajmuje się w ogóle jakąkolwiek tematyką lokalną – Radio Gdańsk i troszeczkę (kiedyś, dawno i nieprawda) Radio Plus. Radio Gdańsk nie odbiega tu od normy wyznaczanej przez gazety, to znaczy gdańskocentryczności i koncentracji na (nielicznych) pojedynczych sprawach reportersko-interwencyjnych pokazywanych w zupełnym oderwaniu od całości problemów i mechanizmów rządzących gdyńskim samorządem. Mogę od razu hurtem załatwić i TVP Gdańsk, dopisując ją do powyższej charakterystyki. Dodatkowo zarówna radio jak i telewizja nie mają ani jednej osoby, która by się w tematyce gdyńskiej specjalizowała i orientowała na bieżąco.

Szczególnie boli brak telewizji takiej jak nieodżałowanej pamięci TV Gdynia (później Tele-Top) która koncentrowałaby się na gdyńskim podwórku, nadawała transmisję z Rady Miasta i tym podobne. Znacznie mniejsze od Gdyni miasta miewają takie telewizje (czasem nawet dwie), a u nas niestety posucha. Podobnie z drukowaną miejską gazetą lokalną.

Pozostaje jeszcze Internet a w nim godny uwagi ze względu na popularność serwis trójmiasto.pl (nie odbiegający niestety od wyznaczanego przez inne media lokalne modelu dziennikarstwa przypadkowo-interwencyjnego) i oczywiście Gazeta Świętojańska.

Świętojańska ma oczywiście swoje ogromne wady, których tu nie opiszę, bo mi i tak redaktor wytnie. Ma jednak również ogromną zaletę – jako jedyne, dosłownie jedyne medium lokalne próbuje czasem dziennikarstwa analitycznego, nie kwituje poważnych problemów małymi artykulikami, jedynie tutaj można czasem przeczytać/obejrzeć/posłuchać jakiś merytoryczny wywiad z lokalnym politykiem, można śledzić jak poszczególne tematy się rozwijają i jak dowiadujemy się o nowych okolicznościach spraw już raz opisanych. Słowem mamy tu do czynienia z namiastką gdyńskiej debaty publicznej. Niestety namiastką, gdyż pełna debata publiczna wymaga, by po pierwsze była wielostronna a więc również toczyła się choćby w kilku miejscach (każde medium – również GŚ – ma swoje sympatie i antypatię i po swojemu odgina debatę, dopiero polifonia pozwala odbiorcom na wrobienie sobie pełnego obrazu sytuacji), a po drugie by była publiczna – a niestety nadal media internetowe mają mocno ograniczony krąg odbiorców.

Skoro więc ustaliliśmy, że zasadniczo debata publiczna w Gdyni nie istnieje (poza przypadkowymi śladami i jedną pełnoprawną namiastką w GŚ) pozostaje nam jedynie ucieszyć się z tego faktu. Bowiem nieistnienie debaty niesie ze sobą niezaprzeczalne korzyści.

Przede wszystkim nie ma na poziomie lokalnym newsmakera innego niż władza – a więc na tematy lokalne gdynianie z grubsza rzecz biorąc myślą to, co władza chce żeby myśleli.

Konsekwentnie w tym kierunku idzie również polityka deprecjonowania roli Rady Miasta w ogóle, a sesji plenarnych w szczególności. Żywe sesje mogłyby bowiem wygenerować jakieś newsy czy wręcz całe narracje odbiegające od urzędowego wzorca. Toteż wszelki przejaw dyskusji na sesji przyjmowany jest z niesmakiem, poprawki i propozycje zgłaszane na sesji odrzucane z góry jako pisane na kolanie, odczytywanie interpelacji wywołuje niechętno-ironiczne komentarze i tak dalej. Opozycja ma nawet prawo czasem coś powiedzieć, zgłosić, czasem nawet jakąś poprawkę czy propozycję przeforsować – pod warunkiem, że będzie to miało miejsce na posiedzeniach komisji. A więc tam, gdzie już absolutnie żaden pies z kulawą nogą nie zauważy.

Czemu akurat teraz mi się zebrało na powyższe refleksje? Ano dlatego, że na ostatniej sesji miało miejsce zdarzenie, które jest idealnym przykładem a zarazem jaskrawym unaocznieniem płynących dla władzy korzyści z zaduszenia publicznej debaty.

Oto od jakiegoś czasu grupa radnych z wszystkich opcji pracowała nad pakietem zmian w ustrojach rad dzielnic. W pewnym momencie kontakt pomiędzy organizującym prace kolegą z PO (od niedawna ponownie goszczącym na tych łamach) a kolegami z Samorządności się urwał – co ten pierwszy, być może zbyt pochopnie, uznał za desinteressment wobec dalszych prac. Pewnie Mariusz Bzdęga nie dochował pełnej staranności w próbach nawiązywania tego kontaktu, ale i trzeba przyznać że takie desinteressment byłoby logiczną kontynuacją polityki Samorządności zbywania problemu reformy rad dzielnic (żeby wspomnieć o storpedowaniu projektu utworzenia specjalnej komisji w tym celu) – a więc spokojnie można było założyć że tak właśnie jest ponownie. Działając więc w przeświadczeniu że radni Samorządności nie są zainteresowani dalszą wspólną pracą szybko w gronie radnych PO i PiS uzgodniliśmy sześć projektów uchwał i zgłosiliśmy jako inicjatywę grupy radnych…

…I tu się okazało że tym samym uraziliśmy uczucia kolegów z Samorządności, którzy we własnym mniemaniu czekali na dalsze wspólne prace i uzgodnienia. W tym miejscu założyłem dobrą wolę obydwu stron i zaproponowałem rozwiązanie kompromisowe – koledzy z „S” mieli wskazać, które ze zgłoszonych projektów uchwał im odpowiadają i te przedstawione zostałyby jako wspólne. A pozostałe wnioskodawcy wycofaliby z porządku obrad (oczywiście rezerwując sobie prawo do ponownego zgłoszenia za kilka sesji już jako odrębnego projektu opozycji). Wydaje mi się, że propozycja dawała szansę na wyjście z twarzą z sytuacji przez wszystkie strony, a przede wszystkim nie wylewanie z dziecka z kąpielą (czyli tej części projektów, które wszystkim wydawały się sensowne).

Samorządność na taką propozycję nie przystała, wysuwając w zamian nie do końca oficjalną propozycję, żeby to te akceptowalne dla wszystkich projekty zdjąć z porządku (celem późniejszego wspólnego zgłoszenia) a pozostałe – w domyśle – odrzucić. Na to z kolei nie zgodziliśmy się my – wnioskodawcy – nie widząc sensu w zdejmowaniu gotowych dobrych projektów i narażaniu ich na późniejsze nieznane losy w zamian za mgliste obietnice, że kiedyś wrócą pod obrady.

I tu klub Samorządności zachował się dla mnie w sposób zdumiewający, to znaczy zagłosował w czambuł przeciwko wszystkim projektom, nie argumentując nawet swojego zachowania inaczej jak „zerwaniem ustaleń” odnośnie wspólnej pracy. No do ciężkiej cholery – nawet jeżeli faktycznie doszło do „zerwania ustaleń” (co jak opisałem wyżej nie jest wcale takie oczywiste) – nie zmienia to ani na jotę treści projektów. Gdyby argumentowali, że taki i taki projekt jest zły to bym się nie zgadzał, ale rozumiał. Odrzucanie bez takiej argumentacji nie jestem w stanie pojąć.

To „nie bycie w stanie pojąć” wyżej to oczywiście taka figura retoryczna felietonisty, otóż jestem w stanie pojąć tylko pojęcie owe nie prowadzi do szczególnie optymistycznych wniosków.

Swego czasu życzliwi donieśli mi, że w kręgach Samorządności funkcjonuje niepisana – ale czasami werbalizowana – zasada: opozycja z definicji jest niekonstruktywna. Najwyraźniej mieliśmy do czynienia z jej manifestacją. Przydatne tu będzie ćwiczenie z dialektyki. Otóż subiektywnie projekt np. zmniejszenia ilości podpisów wymaganych dla rejestracji kandydatów do rad dzielnic może być sobie słuszny – ale obiektywnie jest niesłuszny ponieważ został zgłoszony przez radnych opozycji, a wszystkie projekty radnych opozycji są z zasady niesłuszne. Projekt opozycji ewentualnie może uzyskać status słuszności na zasadzie koncesji udzielonej przez Samorządność w ściśle ograniczonym zakresie tematycznym i proceduralnym. Zgłaszając projekt tak jak go zgłosili, wnioskodawcy naruszyli zasady koncesji, „złamali ustalenia”, a więc tym samym projekt osunął się w odmęty niesłuszności.

Porażające jest brak w tym wszystkim refleksji nad dobrem naszego miasta. No bo nawet jeżeli niektórzy radni poczuli się obrażeni czy oszukani – to powinni sprawę omówić po męsku z winowajcami, może nawet się obrazić, przestać podawać rękę albo i wyzwać na pojedynek – ale nie ukatrupiać projekty uchwał. Wychodzi więc na to, że prywatne uczucia radnych Samorządności są dla tego klubu ważniejsze od merytorycznej pracy nad dobrymi dla miasta rozwiązaniami. Zdążyłem już dość dobrze poznać zainteresowanych radnych (czyli dwóch Andrzejów: Kieszka i Bienia) i raczej nie wydaje mi się by byli takimi primadonnami, żeby ze względu na osobistą gorycz torpedować dobre uchwały.

Pozostaje więc nam jeden motyw – kontroli wizerunku. Nie po to latami inwestowano tyle w markę „gdyński samorząd” (również miliony publicznych pieniędzy), żeby teraz pozwolić, aby choć odrobinę gdyński samorząd skojarzył się z czymś innym niż Samorządnością i jej liderem. Aby okazało się że z kręgów opozycji lub przynajmniej przy jej udziale może urodzić się wartościowy, merytoryczny, godny przyjęcia projekt. Nie pierwszy to przejaw stawiania budowy wizerunku wyborczego jako absolutnego priorytetu przez rządzący Gdynią układ, ale przejaw szczególnie smutny.

I tu wracamy do początków mojego wywodu – taka sytuacja jest możliwa tylko przy zaniku lokalnej debaty publicznej. Gdyby kilku dziennikarzy przepytało radnych Samorządności dlaczego uważają, że rejestracja kandydata do rady dzielnicy powinna być proporcjonalnie kilkukrotnie trudniejsza niż kandydata do Senatu RP, albo dlaczego radny ma tracić mandat z powodu przeprowadzki… gdyby telewizja lokalna transmitowała niemą radę miasta która jest przeciw uchwale dla zasady, mimo braku jakichkolwiek merytorycznych argumentów… to takie sytuacje by po prostu nie zaistniały. I dobry merytorycznie projekt miałby czasem jakąś szansę na przejście nawet mając niesłusznych autorów, tudzież powstając ze „złamaniem ustaleń”.

PS. Tak przy okazji osiągnąłem już w tej kadencji liczbę 7. projektów uchwał, których jestem autorem lub współautorem. Wszystkie zostały oczywiście odrzucone, ale tylko jeden po normalnej merytorycznej dyskusji na sesji, a reszta bez dyskusji lub wręcz poprzez zdjęcie z porządku obrad. Odrzuconych poprawek nie zliczę. Pewnie przy okazji wyborów usłyszymy, że radni opozycji to niemerytoryczni politykierzy, co to tylko krytykują, a nie pracują dla dobra miasta… Pytanie jak długo dowolny pracownik pracowałby zapałem, gdyby miał pewność, że wszystkie efekty jego pracy zostaną automatycznie wyrzucone do kosza, z czego zdecydowana większość bez czytania

Tym sposobem mam przyjemność przyznać sobie tytuł rekordzisty – autora największej liczby nieprzyjętych uchwał Rady Miasta Gdynia.

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka