Z okazji moich 28-ych urodzin udało się wyrwać z żonką do kina. A że to były moje urodziny mogłem wybrać film na który pójdziemy, więc padło nie na „Dzieci Sendlerowej” tylko na „Inglorious bastards”. Postaram się przesadnie nie spoilerować, niemniej jak ktoś chciałby oglądać z pełną przyjemnością niech lepiej dalej nie czyta.
Do filmów Quentina Tarantino mam stosunek mieszany. To znaczy uwielbiam „Wściekłe psy”, „Pulp fiction”, „Jackie Brown” a nawet nowelkę z „Czterech pokoi”. Ale potem był „Kill Bill” który nie podobał mi się tak fatalnie że „Death proof” nawet nie oglądałem. Nie jestem więc bezkrytycznym quentinistą-tarantinistą. I z tej pozycji muszę powiedzieć, że „Bękarty wojny” jest filmem genialnym.
Po pierwsze genialnie wykręca, przerysowuje, a wreszcie wywraca na lewą stronę konwencję kina przygodowego osadzonego w realiach II wojny światowej (i kilka innych konwencji przy okazji). Ot chociażby motyw dobrego Niemca, Ruska czy jak mu tam. W każdym filmie jak bohaterowie strzelają do Niemców to choć jeden z nich musi być dobry, ludzki i tak dalej. Wszak trzeba pokazywać, że wojna krzywdziła wszystkich, że i po drugiej stronie byli ludzie i tym podobne. Nawet w „Katyniu” Wajda (albo może scenarzysta) musiał tak zakręcić fabułą żeby jakiś dobry Rusek się pojawił. W bękartach przez pół filmu pałęta się nam po ekranie Niemiec tak dobry, że aż do wyrzygania. Widzowi autentycznie musi się go zrobić żal, że nie za swoje tylko Hitlera winy traktowany jest negatywnie przez dziewczynę do której się zaleca. No i z tego milusiego Niemca też musi wyjść bad guy, właściwie jedna z dwóch najmniej sympatycznych postaci filmu (oczywiście jeśli brać pod uwagę tylko zdarzenia pokazywane na ekranie, bo na ekranie pojawia się też Hitler, którego dokonania pozaekranowe trudno przebić).
Jeden z moich przyjaciół stwierdził niedawno, że film w sumie fajny ale ma straszne dłużyzny i byłby znacznie lepszy gdyby zamiast dwóch i pół trwał godzinę. Nastawiłem się więc na typowo tarantinowskie gadki-szmatki o niczym nie wnoszące nic do akcji. No i były gadki-szmatki, tyle że tym razem wnoszące wszystko do akcji, budujące akcje i postacie. Rozmowa w chacie na początku filmu, w tawernie, albo w restauracji (ta z Goebbelsem) to są majstersztyki - tam nie pada jedno zbędne słowo, jeden zbędny gest, ludzie siedzą i gadają a ogląda się to z największym napięciem i uwagą.
Do tego dużo dobrego humoru i znakomite kreacje aktorskie. Świetny Brad Pitt, świetna Diane Kruger (kto po roli drewnianej Heleny z „Troi” przypuszczałby że umie tak dobrze zagrać) no i przede wszystkim absolutnie fenomenalny (a nikomu wcześniej nieznany) Christoph Waltz w roli pułkownika SS Hansa Landy.
Kawał naprawdę dobrego, rozrywkowego kina.
Oczywiście zwolennicy dramatów o dylematach moralnych albańskich pasterzy owiec tudzież miłośnicy Krzysztofa „to w porządku przelecieć dziecko jak się jest moim kumplem” Zanussiego srodze się zawiodą.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)