W Radzie Miasta tydzień komisyjny. We wtorek komisja gospodarki mieszkaniowej, a wczoraj bezpieczeństwa i samorządności lokalnej. Zazwyczaj - głównie dzięki elokwencji i dociekliwości kolegów radnych Bekisza i Krzyżankowskiego - zdecydowanie dłużej trwała mieszkaniówka. Tym razem role się odwróciły. Mieszkaniówka potrwała niecałe dwie godziny, a bezpieczeństwo niemal pięć.
Na mieszkaniówce porządek obrad nie wykroczył poza opiniowanie uchwał na sesję. A że tychże nie było zbyt wiele, więc i nie było zbyt wiele powodów do dyskusji. Co więcej nie uchwalamy żadnych planów miejscowego zagospodarowania, tylko przystępujemy do ich sporządzenia. Trudno polemizować z samą intencją zrobienia planu, uwagi mogą się pojawić dopiero do konkretnego projektu.
Zupełnie inna historia na bezpieczeństwie. Poza opiniowaniem uchwał gościliśmy naczelników wydziałów dróg oraz inżynierii ruchu jak również przedstawiciela policji (temat: bezpieczeństwo drogowe w Gdyni) oraz komendanta Straży Miejskiej. Dobrze usłyszeć, że bezpieczeństwo drogowe w naszym mieście rośnie, w ostatnich latach wyraźnie zmniejszyła się liczba wypadków.
Jak wiedzą stali czytelnicy tego bloga straż miejska to jeden z moich "koników". To była pierwsza okazja poznania pana komendanta Straży Miejskiej i pierwsze wrażenie zrobił na mnie dobre. Kompetencja, profesonalizm a przede wszystkim zaangażowanie w wykonywaną pracę i energia. W dodatku pan komendant ma mejla i go używa, co niestety nadal jak na pracownika polskiej administracji jest miłym zaskoczeniem. Mam nadzieję na długą i owocną współpracę.
Nieoczekiwanie największe emocje wzbudziła dyskusja nad projektami gminnych programów walki z narkomanią i alkoholizmem. W roli głównych adwersarzy wystąpli, z resztą nie po raz pierwszy, pani prezydent Łowkiel i kolega radny Bzdęga. Radny dobrze odrobił pracę domową i zasypał panią prezydent licznymi pytaniami, a następnie zgłosił kilka poprawek. Niestety w dyskusji miało miejsce kilka zjawisk, które - gdyby miały na trwałe zagościć na obradach komisji - byłyby bardzo niekorzystne.
1. W miarę dyskusji narastała wzajemna irytacja adwersarzy. Wchodzenie sobie w słowo, podnoszenie głosu, argumenty ad personam itp. naruszenia kultury dyskusji.
2. Pani prezydent była wyraźnie zniesmaczona zgłaszaniem przez radnego poprawek. Ja osobiście czułem się postawiony w sytuacji nie władzy uchwałodawczej gminy, ale ucznia lub studenta. Znakomici eksperci przygotowali wykład, a radni powinni siedzieć cicho i go słuchać i cieszyć się, że mogą obcować z objawioną doskonałością - a nie złośliwie zgłaszać jakieś poprawki.
3. W dyskusji pojawiło się równerz imputowanie niskich pobudek, w rodzaju stwierdzeń: "pan chce tylko zaistnieć za wszelką cenę", "pan traktuje ten program instrumentalnie" itp.
4. Finałem było zarekomendowanie przez panią prezydent odrzucenia wszystkich poprawek nawet bez wysłuchania uzasadnienia wnioskodawcy wobec większości z nich, po czym opuszczenie obrad komisji.
5. I tu już zgroza - rekomendując odrzucenie pani prezydent stwierdziła "zwracam się do klubu Samorządności" wprowadzając tym samym (jak potwierdziły późniejsze głosowania) de facto dyscyplinę klubową na komisji (sic!).
Sytuacja radnych Samorządności była nie do pozazdroszczenia. Z jednej strony dostali nakaz głosowania przeciw, z drugiej wobec opuszczenia obrad przez panią prezydent byli pozbawieni wsparcia merytorycznego z jej strony i pozostawieni sam na sam z nabuzowanym i naładowanym wiedzą i argumentami radnym Bzdęgą. Mimo wszystko dyscyplina klubowa zaczęła funkcjonować, a radni uczepili się argumentu, że brak im wiedzy, że nie mają dokumentów wobec czego na wszelki wypadek muszą zagłosować przeciw.
Widząc, że sytuacja zmierza do gładkiego odrzucenia bez dyskusji wszystkich poprawek właśnie na bazie argumentu o braku dostatecznej wiedzy zgłosiłem wniosek formalny o reasumpcję dotychczas odbytych głosowań poprawek (skoro były głosowane przez radnych sygnalizujących brak wystarczającej wiedzy) i danie czasu na zapoznanie się z tematem - czyli zwołanie jeszcze jednej komisji przed sesją. Wniosek przeszedł jednogłośnie.
Po doświadczeniach z tej komisji chciałbym podkreślić jeszcze raz: wprowadzanie dyscypliny klubowej na poziomie komisji to błąd (a nawet wielbłąd). Rozumiem uwarunkowania polityczne i dyscyplinę ale - na Boga - miejsce na to jest na sesji. Na komisje niech każdy radny przychodzi z własną a nie klubową logiką i wiedzą, bo przecież po to są komisje żeby merytorycznie pracować i szlifować drobiazgi a nie po to żeby podejmować polityczne decyzje. Mnie na przykład w niektórych sprawach przekonał radny Bzdęga (np. że warto wpisać priorytet dla młodzieży ze środowisk patologicznych w korzystaniu z zajęć sportowych), w innych prezydent Łowkiel (np. że zwiększanie kwalifikacji pracowników socjalnych powinno być wpisane do środków a nie celów programu), w innych czułem że brakuje mi wiedzy więc chciałem się wstrzymać (jak czuję że brak mi wiedzy do podjęcia decyzji to się wstrzymuję, a nie głosuję przeciw "na wszelki wypadek"). Przychodząc na komisję klubowe legitymacje zostawiajmy w szatni - czy koledzy radni mnie słyszą?
PS: Z dyscypliną na sesjach też różnie bywa. Pewnym zaskoczeniem dla obserwatorów z poza Gdyni może być to że zamordystyczne kluby tych strasznych centralistycznych partii rządzonych żelazną ręką przez Kaczora i Donalda bardzo rzadko wprowadzają dyscyplinę partyjną i często dzielą się w głosowaniach - podczas gdy spontaniczny, oddolny i obywatelski klub Samorządności działa jak żelazny monolit i jak dotąd we wszystkich sprawach głosuje tzw. albańską większością.


Komentarze
Pokaż komentarze