Marcin Horała Marcin Horała
60
BLOG

Patologie na radzie

Marcin Horała Marcin Horała Polityka Obserwuj notkę 3

Niniejszy artykuł jest moim stałym felietonem do dwugłosu w Gazecie Świętojańskiej. Macie więc państwo niepowtarzalną okazję zapoznania się z wersją autorską przed opublikowaniem wersji redakcyjnej. Oto ona:

W przeciwieństwie do poprzednich ostatnia sesja rady miasta nie miała w porządku obrad wielu punktów i zapowiadała się na krótką. Okazało się jednak, że nawet w krótkim porządku obrad znalazły się sprawy, które wzbudziły emocje i dyskusje. 

Najciekawsze polemiki wywołały gminne programy walki z alkoholizmem i narkomanią. Tu muszę oddać sprawiedliwość konkurencyjnemu klubowi PO – jego radni najlepiej odrobili lekcję “w tym temacie”. To znaczy oczywiście w temacie programu zwalczania, a nie alkoholizmu i narkomanii jako takiej:) Już na komisjach radni szczegółowo analizowali program i zgłaszali do niego poprawki. 

Tu mała dygresja – od początku kadencji radni obserwować mogą zawiązującą się specyficzną więź pomiędzy panią prezydent Łowkiel a radnym Bzdęgą. Tak jakoś się ułożył rozkład zainteresowań radnych oraz kompetencji prezydentów, że wspomniana dwójka przy różnych tematach na siebie “wpada” prowadząc coraz bardziej podbarwione emocjonalnie polemiki. Jak Mirmił i Hegemon jak Kloss i Brunner, jak Tusk i Kaczyński tak państwo Łowkiel i Bzdęga ścierają się w coraz to nowych bitwach (słownych). 

Prawdopodobnie ze szkodą dla meritum sprawy gminne programy “patologiczne” stały się kolejną potyczką Ł vs. B. Zaowocowało to sporą dawką patologii tym razem w funkcjonowaniu rady. Tak się składa, że zasiadam w komisji Samorządności Lokalnej i Bezpieczeństwa, więc mogłem obserwować spór od samego początku. Zdarzały się takie kwiatki jak rekomendacja klubowi Samorządności odrzucenia poprawek bez wysłuchania ich uzasadnienia przez wnioskodawcę. Nie można się oprzeć wrażeniu, że ocena osoby wnioskodawcy w takiej sytuacji mogła grać rolę co najmniej równie istotną jak merytoryczna ocena poprawek. Domyślają się chyba Państwo, kto proponował poprawki, a kto rekomendował odrzucenie bez uzasadnienia?  

Mój szczególny niepokój, któremu dałem od razu wyraz na tym blogu było faktyczne wprowadzenie dyscypliny klubowej na poziomie obrad komisji. Muszę oddać sprawiedliwość moim kolegom z Samorządności, że był to wypadek osamotniony. Z tego co słyszałem np. na komisji zdrowia podziały przebiegały merytorycznie a nie klubowo. Z czasem, gdy emocje opadły, dwójka głównych protagonistów była w stanie dogadać się na tyle, że część proponowanych zmian znalazła się w tekście w formie autopoprawki. Niestety nikt nie powiedział tego radnym Samorządności z komisji. Zaowocowało to wpisaniem przez Panią prezydent do programu autopoprawki, która godzinę wcześniej jeszcze jako poprawka radnego została odrzucona na komisji w stosunku 4-3 (a więc Samorządność – reszta świata).  

Czyżby rozłam w największym klubie rady? Szybciej Urban nawróci się na rzymski katolicyzm niż zostanie złamana żelazna dyscyplina Samorządności. Niemniej mamy oto w kronikach kolejną śmiesznostkę wynikającą z nadmiernie krótkiego trzymania radnych w owym klubie (inną jest absolutna jednomyślność w dokładnie wszystkich, nawet najdrobniejszych, głosowaniach). 

Na samej sesji mieliśmy do czynienia z próbą przegłosowania dwóch poprawek, obydwu gładko odrzuconych. To, że odrzuconych, to akurat mniejsza. Ja akurat przy jednej byłem za, a przy drugiej się wstrzymałem, w wypadku obu nie będąc ich fanatycznym zwolennikiem. Gorzej z uzasadnieniem odrzucenia – tu wyszła na jaw kolejna patologia rady. 

Pierwszym uzasadnieniem było – streszczając – przeświadczenie, że szkoda czasu na dyskutowanie o takim czy innym sformułowaniu. Przegłosujmy szybko jak jest, bo życie i tak płynie sobie swoim nurtem niezależnie od tego, co przegłosujemy. Expressis verbis taki pogląd wyraził na swoim blogu mój sąsiad z dwugłosu.  

Drugim uzasadnieniem był argument o tym, żeby “nie pisać programu na kolanie”, nie zmieniać w ostatniej chwili itp. 

Obydwa argumenty w istocie formalno-proceduralne, występowania argumentów merytorycznych nie stwierdzono. 

Zapamiętajcie Państwo te dwa argumenty, jeszcze do nich wrócę. Tymczasem drugie studium przypadku z ostatniej sesji, czyli uchwalanie wysokości opłat za korzystanie z komunikacji miejskiej. Tu z sali padły dwa wnioski – klubu PO o przyznanie ulg studentom studiów doktoranckich oraz klubu PiS o przyznanie darmowych przejazdów radnym rad dzielnic. 

W moim mniemaniu obydwa słuszne. Nie rozumiem dlaczego mielibyśmy karać młodych ludzi za to że się edukują na wysokim, doktoranckim poziomie. Dlaczego ktoś kto np. osiem lat studiuje pięcioletnie studia ma mieć lepiej niż geniusz który na indywidualnym toku studiów zrobił studia w trzy lata a teraz pisze doktorat. Z resztą takie zniżki obowiązują w wielu miastach w Polsce... 

Co do rad dzielnic to już w ogóle sprawa oczywista. Właśnie mieliśmy wybory, w których frekwencja wyniosła 7%, a w sześciu radach wystarczył jeden głos żeby się dostać. Ilość rad, do których wybory były rzeczywiście konkurencyjne można policzyć na palcach jednej ręki wieloletniego pracownika tartaku. Tymczasem propozycja minimalnego wynagrodzenia desperados, którzy pomimo wyjątkowej niewdzięczności tej pracy działają w radach, została gładko odrzucona. Jaka będzie frekwencja następnym razem? Czy pobijemy magiczną barierę 5%? I w ilu radach będzie mniej chętnych niż miejsc? Pewnie w połowie... 

Argumentacja przy odrzucaniu tych poprawek była również dwojaka: 

Po pierwsze – przymiarki do jednego biletu w Trójmieście. Wspólny bilet wymagać będzie ujednolicenia systemu ulg i zwolnień. Obecnie jest wiele różnic stąd nie należy wprowadzać nowych ulg, które jeszcze skomplikują sytuację. Tu poczułem się jak człowiek, który właśnie na przyjęciu skończył rozmowę, poszedł do toalety – a tam przypomniała mu się genialna anegdota, którą zabłysnąłby w towarzystwie. Teraz może sobie ją opowiedzieć do lustra. Tak samo ja. Riposta przyszła mi na myśl dwa punkty porządku obrad dalej. Skorzystam więc z okazji i podzielę się nią tutaj. Otóż odpowiedź jest prosta: właśnie dlatego że już teraz są duże rozbieżności, nie należy przesadnie się obawiać wprowadzenia nowych ulg. Przecież i tak trzeba będzie się spotykać, negocjować, uzgadniać. To czy na jakimś spotkaniu będzie do omówienia np. 11 czy 13 punktów nie robi chyba aż tak dużej różnicy. Co innego gdyby obecnie systemy ulg były zgodne i nie wymagały negocjacji. Wówczas faktycznie wprowadzanie nowych ulg byłoby nierozsądne.  

Drugi argument to – uwaga, uwaga – “nie wprowadzanie poprawek na kolanie”. Kurtyna. 

Pamiętają jeszcze państwo argumentację przy odrzucaniu poprawek do programów walki z patologiami? „Życie sobie a strategie sobie”, oraz „nie zmienianie na kolanie”. I tu moje szkiełko i oko widzi kliniczny przypadek – kto wie czy nie największej – patologii na radzie. 

Patologia ta nazywa się: rada faktycznie nie jest władzą miejską. A nawet jeśli jakąś władzą jest, to wyraźnie trzeciej kategorii. Strategia, nieprzypadkowo uchwalana przez radę a nie nadawana przez jaśnie panującego prezydenta, ma być kamieniem węgielnym pod system zwalczania patologii w mieście. Jeżeli powołujemy się na argument, że po co coś tam wpisywać do strategii skoro nawet bez wpisywania to i tak funkcjonuje – to znaczy że strategia jest martwa. Że jest to faktycznie nic nie znaczący świstek papieru. To znaczy że kto inny (kto, zgadnijcie koteczki) faktycznie decyduje o strategii działań w zakresie zarezerwowanym dla rady. Względnie, że nie decyduje o strategii nikt i wszystko sobie jakoś leci w przypadkowo obranym kierunku. 

“Poprawianie na kolanie” oznacza w istocie normalną, statutową pracę rady. Tak procedują tego rodzaju ciała (sejm, sejmiki wojewódzkie itp.). Zgłoszony przez władzę wykonawczą projekt jest opracowywany na komisjach a potem na sesji. Przyjmowane są lub odrzucane są poprawki, odbywa się merytoryczna dyskusja i praca nad dokumentami. 

W Gdyni tymczasem forsowany jest inny punkt widzenia. Co wyszło z urzędu to – z definicji – objawione dobro i doskonałość wyprodukowane przez wybitnych fachowców. A radni to banda złośliwych debili, którzy “na kolanie” chcą do tych znakomitych propozycji urzędu powpisywać jakieś głupoty. Z definicji należy wszelkie takie próby dusić w zarodku.

 Jeżeli przyjmiemy taki punkt widzenia to spokojnie radni mogą sobie odpuścić wysiadywanie na sesjach. Uchwały mogą być oktrojowane (użyje sobie mądrego słowa, a co), a rola radnych sprowadzi się do ewentualnego prowadzenia biura porad i zgłoszeń problemów od mieszkańców i przekazywania ich odpowiednim urzędnikom. Czego sobie i kolegom radnym zdecydowanie nie życzę. 

Na zakończenie dodam, iż po raz kolejny poczułem się zwiktymizowany (ha, to już drugie mądre słowo w moim felietonie) przez tzw. “dylemat miejscowego planu zagospodarowania”. Dylemat ten polega na tym, że właściwie nie można się sprzeciwić sporządzeniu planu. Otóż jeżeli na planie przewidziano jakieś rozwiązania, co do których się nie zgadzasz, to i tak właściwie nie możesz głosować przeciw niemu. Bo całkowity brak planu oznacza możliwość budowy z dobrego sąsiedztwa, potencjalnie potworów jeszcze większych niż na owym złym planie.

Tym razem syndrom objawił się przy okazji przystąpienia do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania dla terenów po prawej stronie al. Piłsudskiego. Plan, co nie jest tajemnicą, prowadzić będzie do zabudowy skweru Plymouth kolejnym, niezbędnym w Gdyni... szpitalem? boiskiem? teatrem? hospicjum? nie – centrum handlowym. Kurtyna.  

Ale jak być przeciwnym planowi skoro bez niego za chwilę mogłaby się zacząć wycinka drzew przy Piłsudskiego i „akcja beton” na tym niezwykle urokliwym terenie rekreacyjnym? Bądź tu mądry i wybierz mniejsze zło. Na razie z kolegami z klubu PiS się wstrzymaliśmy, budząc zdziwienie co poniektórych.  

Na tym, wyczerpawszy porządek obrad, kończę.                                

 

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka