Tym razem będzie zupełnie prywatnie i klasycznie-blogowo, więc osoby zainteresowane wyłącznie polityką mogą w tym miejscu przestać czytać.
Tak się złożyło, że obejrzałem w krótki odstępie obydwa najsłynniejsze antywesterny Sama Peckinpaha: "Dzika banda" i "Pat Garret i Billy the Kid". Nie dużo wcześniej również przeniesioną na Dziki Zachód wersję Moby'ego Dick'a czyli "Majora Dundee". To jednak jedno z wcześniejszych dzieł Sama, nie doszedł w nim jeszcze do pełni wirtuozerii więc zostawmy je na boku.
"Dzika Banda" i "Pat Garret..." to już typowe dla dojrzałego Peckinpaha krwawe moralitety. Obydwa opowiadają o tym samym czyli o wybitnych jednostkach, które są nieprzystosowane do małego i podłego, a co najmniej zmieniającego się świata. Oczywiście z takiej sytuacji nie ma dobrego wyjścia i obydwa filmy niczym w klasycznej greckiej tragedii dążą do nieuniknionej końcowej katastrofy.
Różnica w tym że o ile dzika banda walczy z żołnierzami i łowcami nagród o tyle Pat Garret - mimo iż cały film oczywiście obfituje w strzelaniny - walczy głównie z samym sobą. Ostatecznie banda wybiera wierność samym sobie co powoduje finałową rzeź w bazie generała Mapeche i fizyczne unicestwienie bohaterów. Pat Garret ostatecznie wygrywa walkę z samym sobą, podporządkowuje się wymogom zmieniających czasów, w których nie ma już miejsca dla wyjętych spod prawa rewolwerowców. W finałowej scenie strzela do uśmiechającego się na jego widok Billy'eg. Co oczywiście powoduje że też przegrywa, bo zabijając Billy'ego zabija młodszą wersję samego siebie, wyrzeka się tego kim jest. Dlatego drugi strzał oddaje do własnego odbicia w lustrze.
To co jednak w istocie stanowi o największej różnicy międy filmami to muzyka. W Dzikiej bandzie to takie standardowe westernowe kawałki, a w Garrecie ballady Boba Dylana - i różnica jest kolosalna. Dziką bandę ogląda się jak taki trochę dziwny - i czasami dłużący się - western. Dopiero ostatnie dwadzieścia minut zmienia odbiór całości w kierunku wyżej opisanym. Natomiast "Pat Garret..." od początku niesiony jest muzyką Dylana, jest nią przesiąknięty, i właśnie dzięki temu od razu widać że te colty i kapelusze to tylko dekoracja do opowieści aktualnej w każdych czasach.
Ja tam wielkim fanem muzyki nie jestem w ogóle, a zachwytów nad tym że film ma świetną muzykę nigdy nie rozumiałem. Tymczasem tu po raz pierwszy muszę przyznać, że muzyka jest integralną częścią dzieła filmowego i również stanowi o jego wartości. Bez muzyki Dylana "Pat Garret & Billy the Kid" nie byłby takim arcydziełem, jakim jest.
I z drugiej strony ta sama muzyka powoduje jedyną rysę na konstrukcji filmu. Chodzi mianowicie o dziejącą się idealnie w środku filmu scenę, gdy pomocnik szeryfa umiera siedząc nad brzegiem rzeki. Lecące wówczas "Knocking on heavens door" powoduje iż scena ma ogromny ładunek emocjonalny, dla mnie większy niż scena finałowa. Bo zabiciu Kida wewnętrznie złamany Pat Garret odjeżdża w stronę wschodzącego słońca (tak, tak wschodzącego, to też świadome złamanie konwencji, wszak bohaterowie westernów powinni odjeżdżać w stronę zachodzącego słońca), w tle leci wówczas ballada "Billy the Kid" - i ta scena aczkolwiek poruszająca nie zwala już tak z nóg. "Krwawy Sam" chyba nie docenił przebojowej siły "Knocking on heavens door" i przez to najsilniejszy akcent emocjonalny mamy w środku filmu, a nie tam gdzie powinien być czyli na końcu.
Mama take this badge of me
I can't use it anymore
It's getting dark too dark to see
Feels like I'm knocking on heavens door



Komentarze
Pokaż komentarze