Marcin Horała Marcin Horała
46
BLOG

Sesja cicha i spokojna

Marcin Horała Marcin Horała Polityka Obserwuj notkę 0

Lada chwila, a może już, na stronie Gazety Świętojańskiej ukaże się nowy mój felieton w ramach "dwugłosu" po sesji Rady Miasta. Wklejam jego treść i tutaj:

 

Tak to już jest z sesjami rady miasta, że nie zawsze mamy do czynienia na nich ze starciami i fajerwerkami. Czasami upływają one pod znakiem wspólnej, cichej i spokojnej pracy. Czy to dobrze? Otóż nie, nie i po trzykroć nie. 

Na sesji rady miasta rozstrzygają się wszak sprawy fundamentalne dla naszego miasta. To tam powinny zapadać decyzje wpływające na codzienne życie Gdynian. Gdynianie więc mają prawo oglądać swoich przedstawicieli jak z rozwichrzonym włosem, pianą na ustach i szaleństwem w oku spierają się do białego rana. Bo skoro rozmowa o sprawach dla naszego miasta fundamentalnych to i bardzo poważne spory powinniśmy my – radni – toczyć. Aby w ogniu naszych walk wykuwały się decyzje wiodące nasze miasto do świetlanej przyszłości, a przede wszystkim aby z tych debat mieszkańcy mogli się dowiadywać o ważnych dla nich sprawach, wyrabiać sobie na nie poglądy i później mądrze i świadomie decydować w wyborach. 

Tak się niestety nie dzieje i to z kilku powodów. Najważniejsze są trzy: powód medialny, powód polityczny i powód fizjologiczny. 

Powód medialny polega na tym, że media lokalne (z chwalebnym wyjątkiem Gazety Świętojańskiej) nie przejawiają przesadnego zainteresowania obradami. Ot czasem na łamach lokalnej prasy przemknie się jakiś artykulik na ósmej stronie. Zazwyczaj przegrywa z tematami takimi, że gdzieś tam pies pogryzł babę (no a gdyby baba pogryzła psa no to już w ogóle), tudzież gdzieś tam wybiła kanalizacja i zalało trzy ogródki i jedną piwnicę. Taki mamy tzw. format lokalnych mediów i nic na to nie poradzimy. Niestety nie ma również telewizyjnej transmisji obrad, choć niewątpliwie mieszkańcy byliby nimi zainteresowani. Na tego rodzaju transmisję stać Redę czy Wejherowo, ale Gdynię najwyraźniej nie. Cóż, prowincja... Nie ma więc dla radnych zewnętrznego dopingu do większej aktywności na sesji. 

Powód polityczny jest taki, że większość w radzie miasta ma klub Samorządności, który wbrew nazwie sam się bynajmniej nie rządzi. Pełni raczej funkcję pasa transmisyjnego decyzji podejmowanych w wiadomych gronach na prace rady miasta. A jak już sam podejmuje decyzje to ma taki brzydki zwyczaj wzajemnego przegłosowywania na spotkaniu klubowym określonego stanowiska – a następnie stania za nim murem na sesji bez względu na poglądy. Siłą rzeczy przegłosowani nie będą się wygłupiać i z trybuny głosić poglądy inne od posiadanych więc siedzą cicho. Ta wiedza podcina czasem skrzydła również radnym opozycyjnym, bo największe nawet zwycięstwo w debacie i przytoczenie stu i jeden argumentów i tak nie przekłada się na zmianę w sposobie głosowania radnych panny S. Co najwyżej potem jeden czy drugi podejdzie po sesji, pogratuluje wystąpienia i powie że on to się zasadniczo prywatnie zgadza, no ale wiesz jak jest. 

Powód fizjologiczny jest taki, że sesje startują w południe, co powoduje iż po dwóch, trzech godzinach większość radnych ma wypisane na twarzy: „Kurza twarz, jak ten Horała/Bzdęga/Trzebiatowski zaraz nie zejdzie z mównicy to się spóźnię na obiad”. Ja tam bym był za tym, żeby już narazić troszkę gdyńskiego podatnika na wydatek i do królujących w kuluarach jabłek dorzucić jakąś kanapeczkę. Myślę że byłaby to dobra inwestycja w rozwój lokalnej debaty publicznej. Niegodziwością byłoby pominąć tu rolę Pana Przewodniczącego, który zazwyczaj oznaki zwiększonej aktywności sesyjnej radnych, ze szczególnym uwzględnieniem składanych interpelacji, kwituje miną i tonem krzywdzonej niewinności. Ostatnio mina jaką przybiera przewodniczący w takich sytuacjach nieodmiennie kojarzy mi się z miną mojej trzymiesięcznej córeczki, kiedy poczuje że znów została podstępnie zamoczona w wannie choć przecież już wielokrotnie dawała do zrozumienia że tego nie lubi. Również i inni znamienici włodarze naszego miasta potrafią skierować oczy ku niebiosom w niemym proteście przeciwko niegodziwości takiej, że jakiś radny mówi już trzecią minutę na temat jakiegoś tam planu zagospodarowania, podatków lokalnych czy regulaminu porządkowego. A przecież wszyscy i tak wiemy jak skończy się głosowanie. 

Czasem jednak występuje powód czwarty cichości sesji, i ten wystąpił na sesji ostatniej. Jest to mianowicie przypadek. Po prostu raz na jakiś czas zbierze się na sesję zestaw spraw tak oczywistych, że pokłócić by się przy nich trzeba na siłę. A o ile  kłótnia, nawet ostra, na ważne i kontrowersyjne sprawy jest życiodajnym sokiem lokalnej demokracji – tak kłócenie się w każdej sprawie dla zasady byłoby trucizną. Której to trucizny rada tej kadencji sączyć nie zamierza (niestety i owe ożywcze soki pompuje dość niemrawo). 

Dobra, dość tej niezbyt udanej metafory z sokami. Na ostatniej sesji rada zajęła się przygotowaniem planów zagospodarowania przestrzennego służących długofalowej ochronie rzeki Kaczej oraz przygotowaniom do V etapu budowy drogi Różowej. Wyraziła również zgodę na szereg drobnych operacji na majątku gminy (np. sprzedaż działek w drodze przetargu nieograniczonego, nabycie działek na cele publiczne i tak dalej – najciekawsze było przekazanie działki bankowi Nordea w zamian za objęcie przez gminę nowych udziałów w tymże). Zapadły również decyzje w sprawie postępowań administracyjnych, w których gmina jest stroną i tak dalej. Może koledzy współfelietoniści będą mieli więcej zacięcia reportażowego i szerzej o tych decyzjach napiszą. Nieodmiennie zapraszam do lektury. 

Ja natomiast chciałbym skorzystać z okazji i przypomnieć czytelnikom o pewnej bardzo ważnej sprawie a mianowicie wyborach 21 października. Główny wybór odbędzie się w nich oczywiście pomiędzy III a IV RP. Czym jest IV RP każdy widzi (choć oczywiście oceny są diametralnie różne). Czym była III RP każdy widział (choć oczywiście w większości pamięta już trzy po trzy). Moje stanowisko w tym sporze jest chyba znane i nie będę tu ponownie wałkował tematu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że zadecydujemy nie tylko o tym jaka koncepcja państwa nam odpowiada, ale również kto konkretnie będzie ją wprowadzał w życie w Sejmie.  

I tu chciałbym powiedzieć, że trudno o osoby lepiej do tego przygotowane niż osoby z doświadczeniem samorządowym. Bo są to zarazem osoby sprawdzone w działaniu, których znajomość spraw publicznych możemy łatwo sprawdzić na decyzjach dotyczących naszego lokalnego otoczenia – a jednocześnie nie jacyś wielcy politycy (politykierzy) z zadymionych warszawskich gabinetów, tylko ludzie stąd, nasi sąsiedzi, którzy zadbają w Warszawie również o sprawy naszego miasta. Dlatego właśnie zdecydowałem się kandydować do Sejmu RP... wróć. Ja nie kandyduję, nie ma lekko. Będą państwo musieli czytać moje wypociny posesyjne jeszcze co najmniej trzy lata. Tym lepsza moja rada bo nie mam w niej osobistego interesu i myślę, że warto również ten aspekt przemyśleć nad urną. 

Do zobaczenia za miesiąc, z nowym Sejmem, ale starą dobrą Radą Miasta Gdyni.

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka