Nawet nie to żebym dzisiaj był jakoś szczególnie wkurzony, dzień zaczął się dość przyjemnie.
Po prostu mam ochotę coś napisać a akurat nic z tematów bierzących mi nie podpasowało, więc dam upust swojej długotrwałej frustracji w temacie tak zwanych kontaktów z mieszkańcami.
Faktycznie są pewnie radni, którzy mają dyżur raz w miesiącu, są na tym dyżurze rzadkimi gośćmi i inaczej ich zastać trudno. Niemniej moja obserwacja jest taka:
Sesja rady miasta jest ogólnodostępna, ale zazwyczaj na galerii jest kilka a nieraz jedna-dwie osoby (z czego jedną zazwyczaj jest pan Andrzej Skucha). Jak jest jakiś punkt obrad bezpośrednio dotykający zainteresowanych do na galerii jest spora grupa (kilkanaście-kilkadziesiąt osób), ale zwijają się oni niezwłocznie po punkcie obrad bezpośrednio ich dotyczącym.
Komisje są ogólnodostępne ale na palcach jednej ręki pijanego pracownika tartaku można policzyć przypadki żeby przyszedł na nie jakiś mieszkaniec.
Większość dyżurów radni spędziają patrząc się w sufit tudzież nadrabiając braki w lekturze. Ja osobiście jestem tu przypadkiem szczególnym bo - chyba z powodu ekstensywnej kampanii wyborczej - robię za takiego małego lokalnego celebrity i na frekwencję na dyżurach nie narzekam. Na funkcjonujących od początku kadencji dyżurach na Pustkach i na Chyloni "klientów" mam niemal zawsze, a ostatnio musiałem już wyznaczać ile minut mogę poświęcić na jedną sprawę, tak żeby dla wszystkich starczyło czasu. Dyżur na Cisowej na razie upływa spokojnie, bo chyba nie trafił jeszcze do powszechnej społecznej świadomości. Niemniej normą wśród innych radnych jest spędzanie dyżurów na "sufitowaniu".
W gorącym okresie kampanii wyborczej sprawa się ma tak:
Zaczepianie przechodniów w sobotę pod rynkiem lub rano jak idą na kolejkę to chamstwo i skandal bo są zajęci swoimi sprawami, śpieszą się, i nie należy zawracać im głowy.
Chodzenie door-to-door to chamstwo i skandal, bo narusza spokój wypoczynku, mir domowy, stresuje mieszkańca i kończy się często dla kandydata stekiem wyzwisk (a miałem i przypadki poszczucia psem).
Rozdawanie gazetek pod kościołem ludziom WYCHODZĄCYM z mszy świętej - a to dopiero chamstwo i skandal, przeszkadzanie ludziom w modlitwie i "szkoda że jeszcze na ołtarz nie wejdziecie". To moje ulubione. Dlaczego grzeczne wyciągniącie ręki z materiałem informacyjnym w miejscu publicznym i ogólnodostępnym (bynajmniej nie na terenie kościoła) ma stanowić taki skandal do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć. Jak ktoś nie chce to nie weźmie i nikt go nie zmusi. Jak ktoś się jeszcze modli idąc do domu albo przemyśliwuje na tematy religijne (tak z ręką na sercu - ile takich osób jest? zazwyczaj jednak myśli i tematy rozmów krążą wokół problemu co będzie na obiad) to sobie schowa do kieszeni/torebki i przeczyta popołudniu w domu popijając herbatkę. Nie wspominając o tym że uczestnictwo w życiu publicznym jest dla katolika obowiązkiem, a Polska ma bogatą tradycję kościołów jako ośrodka życia wspólnotowego, również w aspekcie politycznym. Właśnie w kościołach odbywała się np. większość sejmików. Staram się to zawsze tłumaczyć spokojnie i kulturalnie i zazwyczaj bezskutecznie owym płonącym świętym oburzeniem. Niestety niektórym wyciągnięta ręka z gazetką/ulotką w drodze z kościoła tak przeszkadza w religijnym skupieniu, że aż uznają za stosowne obrzucić wyciągającego rękę bliźniego stekiem nieraz wulgarnych wyzwisk. Tak po chrześcijańsku.
Tak to generalnie jest z tą chęcią mieszkańców do kontaktu z radnymi (oczywiście zdażają się chwalebne wyjątki). I dobrze, i na zdrowie jak ktoś nie chce to trudno.
Tylko jak się potem słyszy taki tekst jak w tytule...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)