Tradycyjnie zamieszczam mój felieton z Gazety Świętojańskiej.
Ostatnia sesja upłynęła(by) pod znakiem budżetu, budżetu i jeszcze raz budżetu, gdyby cieniem na niej nie położyły się wycięte na Oksywiu drzewa wprowadzając niemały zamęt (ale jest to zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy woda na młyn czyich kół stoi za tymi nićmi).
Tak się składa, że siedzi we mnie taki mały systematyk-statystyk, co to lubi czasem wyjść na zewnątrz i posegregować świat dookoła. Tenże ostatnio spojrzał refleksyjnie na moją pisaninę do Gazety Świętojańskiej i posegregował moje dotychczasowe felietony na cztery główne grupy: felietony reporterskie, w których właściwie tylko opisuję, co działo się na sesji (te cenię sobie najniżej, zazwyczaj są efektem sytuacji w której czas i redaktor goni a weny za grosz), przykład – „Budżet Orłowo i polemiki”; felietony merytoryczne, w których jeden z punktów obrad staje się dla mnie początkiem rozważań nad jakimś zagadnieniem programowym , przykład - „O psach, ze szczególnym uwzględnieniem kup i podatków”; felietony satyryczne w których przede wszystkim sobie robię jaja, przykład – „Epifania radnego Zygmunta” oraz felietony metapolityczne, na przykład – „Trochę o gdyńskim spinningu” czy też „Bitwa o skwer, czyli o niespodziewanych sojusznikach Samorządności”. Te ostatnie cenię sobie najbardziej, a pomysł na nie polega na tym, że staram się wydarzenia z opisywanej sesji jakoś usystematyzować, wyciągnąć przed nawias jakąś ich wspólną cechę, czy wreszcie zilustrować nimi jakąś szerszą tezę o gdyńskim samorządzie.
Gdybym w tym miejscu skończył, musiałbym dla potrzeb sklasyfikowania niniejszego felietonu dodać piątą grupę – felietony wsobne, to jest traktujące o innych felietonach. W sumie byłoby to dość pociągające pisać głównie o tym, co się już napisało. Mógłbym tego rodzaju twórczość uprawiać w nieskończoność – nawet nie musiałbym być dłużej radnym. Przypominałoby to nawiasem mówiąc działalność wielu urzędów, dla których istnienie świata zewnętrznego jest cokolwiek zbędne. Wszyscy zajęci są pisaniem sprawozdań, aneksów, zarządzeń i okólników opartych wyłącznie na wcześniej wyprodukowanych sprawozdaniach, aneksach, zarządzeniach i okólnikach które powstały z kolej w oparciu o sprawozdania… i tak dalej.
Dość jednak tej pseudo teorii felietonistyki za dychę. Łapmy kontakt z rzeczywistością w postaci ostatniej sesji rady miasta. A rzeczywistość skrzeczy, odsłaniając pewną cechę polskiej sfery publicznej, a mianowicie imposybilizm. Autorem tego terminu jest Marek Jurek, a opisuje on charakterystyczne dla III RP przekonanie, że istnieje cały blok rzeczy, których po prostu nie da się zrobić. Więc lepiej nawet nie próbować, bo przyniesie to więcej szkody, niż pożytku. Nie da się przeprowadzić uczciwie lustracji, nie da się poważnie zawalczyć z korupcją czy przestępczością pospolitą, nie ma innej alternatywy, niż bezdyskusyjne przyjmowanie decyzji instytucji europejskich i tak dalej. Podobne jakościowo zjawisko opisywał swego czasu Milton Friedman w „Tyranii Status Quo”, niemniej mi bardziej odpowiada rodzimy termin imposybilizmu. Między innymi dlatego, że niestety w porównaniu z przedsiębiorczymi Amerykanami stoimy znacznie bliżej Ogólnej Niemożności Wszystkiego. Nasz imposybilizm to sytuacja, w której tak jak w amerykańskiej tyranii Status Quo nie da się nic zrobić – ale u nas nie da się bardziej.
I tak to właśnie podczas ostatniej sesji poczułem się w coraz gęstszych oparach imposybilizmu, atakujących mnie w czterech kolejnych wyziewach.
Po pierwsze podczas debaty absolutoryjnej opozycja, również w mojej osobie, wskazywała, że poziom wykonania gminnych inwestycji, poza kilkoma wielkimi projektami (finansowanymi w większości przez środki europejskie) jest zły a momentami katastrofalny. Już na komisjach w odpowiedzi usłyszeliśmy, że winne są procedury przetargowe (racja) oraz rynek (też racja), na którym wobec boomu inwestycji budowlanych wykonawcy przebierają i wybrzydzają w zleceniach. Swego czasu zażartowałem, że wobec tego odwróci się sytuacja i tak jak dotychczas to przedsiębiorcy starali się przekupywać urzędników, żeby wygrać przetargi, tak teraz to urzędnicy będą musieli przekupywać przedsiębiorców, żeby w przetargach startowali. Taki żenujący żart przewodniczącego (komisji), abstrakcyjny i oderwany od rzeczywistości.
No więc procedury są, jakie są, rynek jest, jaki jest – ale co miasto zrobiło lub zamierza zrobić, żeby z tą rzeczywistością się zmierzyć, żeby jednak zapewnić wykonanie inwestycji na przyzwoitym poziomie? Tak wołałem na puszczy na komisjach i na sesji i cisza była mi odpowiedzią. Najwyraźniej będziemy siedzieć i czekać, aż się zmienią procedury przetargowe i/lub sytuacja na rynku, inaczej się nie da.
Po drugie w proponowanej zmianie tegorocznego budżetu znalazło się ponad 200 tysięcy PLN ekstra na organizację nagrody literackiej Gdyni. Po szczegółowym dopytaniu okazało się, że dwieście tysięcy z hakiem pójdzie na cykl dyskusji z autorytetami o książkach, a przede wszystkim promujące owe dyskusje spoty i bilboardy. Skręcanie kasy „na kulturę” ma w Polsce ogromną tradycję (znane są na przykład przypadki wieeelkiego kompozytora żądającego od włodarzy jednego z miast kilkuset tysięcy złotych za recyklingowany stary utwór, czy też pisma literackiego, którego redakcja przez dwa lata żyła z państwowej dotacji nie wydając ani jednego numeru). Czy cykl dyskusji, na które przyjdzie wąskie grono zainteresowanych, jest dla miasta wart te ponad dwieście tysięcy? Dodam jeszcze, że będą to dyskusje postaci o dość jednorodnym światopoglądzie (Kazimiera Szczuka, Jacek Żakowski itp.), więc i dyskusyjność dyskusji będzie co najmniej dyskusyjna – podejrzewam że raczej przyjmie formę wzajemnego okadzania, co ma wśród polskich autorytetów bogatą tradycję. Taka refleksja większości radnych była niestety obca. Kasy „na kulturę” żałować nie można i takiego podejścia zmienić się niestety nie da.
Po trzecie w sprawie słynnej afery wycinkowej pan prezydent Szczurek na sesji, a pani prezydent Łowkiel na komisji rewizyjnej, wystąpili z tezą, iż w wyniku prawdopodobnego fałszerstwa i złej woli urzędnika podjęcia decyzji o wycince nie dało się uniknąć. Każdy z prezydentów podpisuje przecież tysiące decyzji, nie jest w stanie sprawdzać stanu faktycznego każdej z nich, więc musi ufać swoim urzędnikom. No cóż… już Lenin uczył, że zaufanie jest dobre, ale kontrola jest lepsza i jak rzadko w tym miejscu się z Włodzimierzem Iliczem zgadzam. Tym bardziej, że jak się dopytałem, okazało się, że decyzji o wycince kilku tysięcy drzew jest nie więcej niż kilka rocznie. Mi osobiście wydawałoby się, że zamiast obdarzać podwładnych bezgranicznym zaufaniem Pani prezydent powinna osobiście sprawdzić stan faktyczny w kilku decyzjach największej wagi, w kilku losowo wybranych spośród kilkudziesięciu średniej wagi i w kilku losowo wybranych spośród kilku tysięcy niewielkiej wagi. Tego rodzaju propozycja została skwitowana dramatycznym stwierdzeniem naczelnika wydziału: „Czy Pan nie ufa naczelnikowi wydziału?”. Trochę mnie zatkało, bo miałem opór przed powiedzeniem w twarz być może Bogu ducha winnemu człowiekowi, że faktycznie go nie znam, widzę pierwszy raz w życiu na oczy, więc nie mogę obdarzyć w ciemno zaufaniem. Tak naprawdę pytanie zgoła kuriozalne, z takim podejściem można by rozwiązać komórki kontroli wewnętrznej i audytu we wszystkich urzędach i oto urzędnicy byliby jedną wielką ufającą sobie rodziną. Pozostawałoby tylko wybrać dla tej rodziny capo di tutti capi i ustalić, gdzie będzie chowana forsa.
Nie sposób nie zauważyć, że „afera wycinkowa” bezlitośnie obnażyła wady oparcia funkcjonowania urzędu na zaufaniu, a nie na procedurach kontrolnych. Odniosłem niestety wrażenie, że świadomość tego stanu rzeczy do niektórych głów jeszcze nie dotarła. A nawet jak dotarła to - tak, tak, dobrze się Państwo domyślają – nie da się nic zrobić.
Wreszcie po czwarte: chciałoby się żeby, kiedy wreszcie układowi rządzącemu zdarzyła się ewidentna wpadka, opozycja wykorzystała ową wpadkę umiejętnie na swoją korzyść. I tu właściwie mógłbym przepisać słowo w słowo swój felieton sprzed miesiąca. Widać w Gdyni funkcjonuje jeszcze klątwa polskiej prawicy lat dziewięćdziesiątych, która potrafiła najlepszą sprawę i najsłuszniejszy postulat przedstawić w taki sposób, żeby zrazić do siebie wszystkich, których zrazić się dało, a ukontentować tylko najwierniejszych z wiernych i najbardziej nieprzejednanych z nieprzejednanych. Inaczej jak widać się nie da.
Cóż, jak wiadomo dobry szef otacza się ludźmi mądrzejszymi od siebie, mądry ogrodnik nie zrywa jabłek małych i zielonych, tylko czeka aż będą duże i czerwone i same mu spadną do ręki, a o polityku najlepiej świadczą jego wrogowie.
A żeby nie popadać w nastrój fatalistycznego pogodzenia z rzeczywistością w której nic się nie da zakończę opowieścią o tym jak ludzie zostają wielkimi odkrywcami i wynalazcami. Otóż wszyscy wiedzą, że są pewne rzeczy, których nie da się zrobić. I raz na jakiś czas znajdzie się idiota, który o tym nie wie. I ową rzecz robi.
Czego sobie i Państwu życzę.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)