Dla nie zorientowanych: Polityka opisała niedawno działalność spółki Greenhouse w największym skrócie zajmującej się żerowaniem na zadłużeniu państwowych szpitali. Działalność ta była co najmniej wątpliwa pod względem moralnym (o aspekt prawny współtworzący spókę tuzowie palestry pewnie umieli się dobrze zatroszczyć). "Polityka" a za nią inne media np. "GW" na pierwszy plan wybija fakt, że część prawników zaangażowanych w działalność spółki jest znajomymi prezydenta Kaczyńskiego. PO już zdążyło wnioskować o zbadanie sprawy przez CBA.
Ja jednak w gdyńskiej polityce siedzę od dziesięciu lat i nie narzekam na zaniki pamięci. Pamiętam więc o fakcie - jak w tytule. Pan Krachulec - jak wynika z artykułu wykorzystujący pozycję dyrektora gabinetu politycznego ministra zdrowia dla akwizycji długów dla Greenhouse, a następnie pracownik tej firmy (i jednoczenie nadal doradca społeczny w MinZdr) - był szefem PO w Gdyni w początkach funkcjonowania tej partii. Chyba nosił tytuł pełnomocnika, ale nie jestem ekspertem w dziedzinie ówczesnej nomenklatury.
Dlaczego dziennikarze "Polityki" tak dokładnie prześwietlający życie towarzyskie bohaterów artykułu nie prześwietlili jednocześnie z podobną wnikliwością ich życia partyjnego?
Czyżby potencjalny tytuł "Były polityk PO zamieszany w handel długami" był mniej w smak od "Znajomi prezydenta zamieszani w handel długami"?
PS. Gwoli zachowania kompletności informacji dodaję że w międzyczasie w gdyńskiej PO zaszła personalna rewolucja i obecna ekipa PO Gdynia według mojej wiedzy nie ma z p. Krachulcem nic wspólnego, a on sam wycofał się z aktywnej działalności politycznej. Na ocenę rzetelności dziennikarza pomijającego tak smaczny wątek "partyjny" a eksponującego inny nie ma to żadnego znaczenia, ale czytelnikom z poza Gdyni należy się pełny obraz sytuacji.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)