Nie pisałem na moim blogu o sprawie "Agaty" i odnowionej wokół niej dyskusji wokół aborcji, zakładam jednak że wszyscy w miarę kojarzą o co chodzi.
Jednym z odprysków tej sprawy jest popularyzowana na forum Frondy akcja wysyłania do właściwego terytorialnie biskupa wniosku o ekskomunikę dla minister Kopacz, która ułatwiła dokonanie aborcji.
Nie znam się za dobrze na prawie kanonicznym, ale chyba nawet nie chodzi tu o nałożenie ekskomuniki tylko jej stwierdzenie bowiem osoby nakłaniające i pomagające w aborcji ekskomunice podlegają z automatu z chwilą dokonania owych czynów (choć jak mówię pewny tu nie jestem, może ktoś mnie poprawi).
Tym co mnie uderzyło i sprowokowało do napisania tego wpisu jest reakcja samej Pani minister w radiu TOK FM (za portalem gazeta.pl):
Jak podkreśliła, wychowała się w rodzinie katolickiej i chodzi do kościoła. "Wczoraj również byłam w kościele, więc nie mam powodu w tej chwili do tego, aby mieć poczucie jakiejkolwiek winy. Wręcz przeciwnie. Mam pewien dyskomfort wynikający z moich przekonań, ale niezależnie od tego - jako urzędnik dopełniłam swojej roli. I to chyba jest wszystko co mam do powiedzenia na ten temat" - dodała.
Według Kopacz, jej obowiązkiem - jako minister zdrowia - było wskazanie szpitala matce i córce, które zgłosiły się do rzecznika praw pacjenta. Polskie prawo mówi o 3 wyjątkach, w których można w sposób legalny dokonać aborcji; "prawo m.in. obejmowało tę czternastoletnią dziewczynę" - zaznaczyła.
Zdaniem minister zdrowia, "aborcja, która zgodnie z prawem się odbywa, zgodnie z prawem, które obowiązuje od 15 lat, nie jest niczym złym. Natomiast złą rzeczą jest na pewno to, co się dzieje w tzw. podziemiu aborcyjnym. Może to jest dobry moment do tego, żeby pokazać, jak pewne rzeczy trzeba usystematyzować".
- Jeśli zgodziliśmy się 15 lat temu na to, aby pewne wyjątki od tej zasady, świętej zasady, uczynić, to dzisiaj nie możemy z tego czynić zarzutu, komukolwiek - uważa Kopacz. "No, albo to prawo jest, albo tego prawa nie ma. Jeśli ono jest, to starajmy się go przestrzegać, a jeśli staramy się go przestrzegać, no to nie możemy spotykać się z naganą i karą" - dodała.
Ja tam nie wymagam od Pani minister heroizmu nawet w wymiarze politycznym - skoro prawo wymaga ode mnie decyzji sprzecznej z moimi przekonaniami religijnymi to podaję się do dymisji (bo takie samobójstwo polityczne byłoby jak na polityka czynem heroicznym). Ale żeby ktoś, kto publicznie deklaruje się katolikiem stwierdzał, iż po takim działaniu nie miał wyrzutów sumienia bo działała zgodnie z prawem i wykonywał tylko swoje obowiązki?
Uczciwszy wszelkie proporcje - znamy z historii takich sumiennych urzędników co tylko wykonywali swoje obowiązki, tudzież żołnierzy co tylko wykonywali rozkazy.
I tu przychodzi passus zwalający z nóg - skoro aborcji dokonano zgodnie z obowiązującym prawem to "nie jest niczym złym". Tym zdaniem pani minister dowodzi, że w ogóle cierpi na całkowity zanik czegoś takiego jak moralność nie tylko katolicka ale w ogóle jakakolwiek. Że o tym co jest dobre a co złe decyduje dla niej czy to coś jest zabronione przez aktualnie obowiązującą ustawę czy nie i nic po za tym. Analogie aż się cisną na pióro, przytoczę tu tylko jedną z najgrubszej rury. Stosując "moralność" pani minister pod rządami ustaw norymberskich dyskryminowanie Żydów najwyraźniej nie było niczym złym. W końcu takie było obowiązujące prawo...
A najlepsze w tym wszystkim jest to że pani minister radośnie rzuca te stwierdzenia publicznie. Tu akurat wolałbym choć odrobinę hipokryzji, gdyż ta jest jak wiadomo hołdem składanym cnocie przez występek. Niestety Pani minister nie tylko moralności nie ma, ale nawet się tego nie wstydzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)