Jak wyglądałaby komedia romantyczna, gdyby wyreżyserował ją Krzysztof Zanussi? To pytanie brzmi jak początek dowcipu, a tymczasem odpowiedź na nie możemy znaleźć właśnie w kinie pod postacią filmu „Serce na dłoni”.
Młodym rodzicom okazja na wyjście do kina, zwłaszcza wspólnie, zdarza się rzadko. Więc kiedy już się udało postanowiliśmy z żonką pójść na jakiś film kompromisowy który zadowoliłby gusta nas obojga. Trafiło na „Serce na dłoni” gdyż jako film Krzysztofa Zanussiego powinien zaspokoić wysublimowane gusta mojej małżonki, a jako komedia plebejski gust autora niniejszego wpisu.
Niestety jak się okazało film łączy złe strony obydwu tych elementów. Cechuje go mianowicie charakterystyczna dla komedii romantycznych płycizna, sztampowość i papierowość postaci oraz łopatologicznie podany morał na poziomie przedszkolaka. Zarazem jednak wywarł na nim swoje niepowtarzalne piętno reżyser zwany Krzysztofem Zanudzi: akcja posuwa się do przodu w tempie żółwia i w większości jest o tym że jeden facet gada z drugim facetem, który następnie gada o tym z trzecim facetem, potem ten trzeci gada z pierwszym. A drugi się patrzy i nic nie mówi i leci muzyka i tak przez dłuższy czas co sugeruje że facet myśli.
Właśnie - dodajmy do tego patetyczno-smętną muzykę Wojciecha Kilara która jest w stanie wprowadzić smutny nastrój nawet w taki klasyczny wyciskacz uśmiechu jak ostateczne spotkanie i pogodzenie pary zakochanych – i mamy komplet.
Chociaż nie, do kompletu brakuje jeszcze podstawowej wady jak na komedię – mianowicie mało śmieszy. Przez półtorej godziny ot kilka razy uśmiechnąłem się półgębkiem i tyle.
Ten film stanowi dla mnie ostateczny argument przeciw Zanussiemu jako reżyserowi. To nie jest tak że w jego filmach ludzie chodzą i deklamują publicystyczne kwestie (a poza tym nic się nie dzieje) dlatego, że robi filmy na takie ważne i głębokie tematy że inaczej nie da się ich robić. To reżyser nie umie inaczej robić filmów. Nawet komedię romantyczną zrobił w ten sposób.
Jak wyglądałby „Matrix” gdyby reżyserował go Zanussi? Zbigniew Zapasiewicz spacerując z jakimś księdzem wśród pożółkłych liści monologowałby przez dziesięć minut o tym, że prawda nas wyzwoli. A potem przez pięć minut siedziałby i patrzył się w okno z Bardzo Mądrą Miną na twarzy. Aha – no i w tle leciałaby muzyka Kilara. Pasowałaby w sam raz ta z „Serca na dłoni”.



Komentarze
Pokaż komentarze (9)