Zachęcony tym że poprzedni post spotkał się z odzewem większym niż zerowy kontynuuję wątek wojny secesyjnej.
Ulysses S. Grant niekiedy znajduje się w różnych opracowania najwybitniejszych wodzów w historii. Czy na to zasługuje?
Oczywiście miał wiele sukcesów na zachodnim teatrze wojny secesyjnej przed 1864. Najczęściej jednak wynikały one z wykorzystania błędów jego niezbyt wybitnych adwersarzy po stronie Konfederacji tudzież przewagi materiałowej i/lub logistycznej. Oczywiście wielu innych dowódców przegrywało pomimo takich atutów. To jednak nie ma znaczenia bo ja nie twierdzę że Grant był złym dowódcą, był na pewno dowódcą dobrym - pytanie tylko czy wybitnym.
Czy Siloh czy Fort Doneldson to przykłady to przykłady takich dobrych, poprawnych operacji, prawidłowego wykorzystania okoliczności, własnych zalet i wad przeciwnika ale bez błysku geniuszu.
Jedyny moment kiedy Grant zdradził błysk geniuszu to operacja zakończona zdobyciem Vicksburga, z resztą jedna z bardzo nielicznych w całej wojnie sytuacji w których przewaga liczebna była po stronie wojsk CSA. To był jednak odosobniony przypadek.
Co więc dzieje się gdy w 1864 Grant staje naprzeciw prawdziwie wybitnego wodza jakim był Robert E. Lee? Oczywiście można powiedzieć - to się dzieje że po roku ten wybitny wódz jest zmuszony podpisac kapitulację. Tu oczywiście punkt za to że Grant dokonał to czego nie udało się McCllellan'owi, Hooker'owi i Meade'owi pytanie tylko jakim kosztem. Cała kampania Armii Potomaku w 1864 to nieustanne walenie głową w mur, kolejne taktyczne porażki nie powodujące ostatecznej klęski a nieraz przekuwane w strategiczne sukcesy jedynie dzięki orgomnej przewadze w zasobach materiałowych i ludzkich. Zakończone beznadziejnym utknięciem na długie miesiące pod Petersburgiem.
Oczywiście taka taktyka ciągłego parcia naprzód pomimo porażek i strat własnych w końcu zakończyła się sukcesem - co z tego że Grant tracił trzy razy więcej żółnierzy skoro mógł ich uzupełniać praktycznie w nieskończoność a dla Lee każda strata była bezpowrotna.
Tyle że taka strategia - która przyniosła Grantowi miano "rzeźnika" i wyprodukowała ponad 100 tys. trupów w niebieskich mundurach - była bardzo ryzykowna. Groziła zmęczeniem opinii publicznej Północy ogromnymi ofiarami a co za tym idzie zwycięstwem nastrojów pokojowych, wygraną McCllellan'a nad Lincolnem w wyborach w 64 i pokojem potwierdzjącym niepodległość CSA. Kto wie czy gdyby Konfederaci w Georgii kontynowali zręczną obronę Johnstona zamiast go wymieniać na Hooda i nieodpowiedzialnie próbować ofensywy - Sherman nie zdobyłby Atlanty na czas przed wyborami żeby przywrócić entuzjazm do wojny na Północy.
BTW. Jest taka książka bodajże "Grey victory" która opisuje historię alternatywną bazującą na tym założeniu - Sherman nie zdobywa Atlanty przed wyborami, zniechęcona do wojny Północ wybiera McCllellan'a a ten podpisuje pokój z Konfederacją.
Strategię Granta można uznać za usprawiedliwioną, logicznie prowadzącą do zwycięstwa i minimalizującą ryzyko jeżeli za jedną z danych do jej wykalkulowania przyjmiemy założenie że Armii Północnej Wirginii nie da się tak po prostu wyraźnie pobić w polu w jednej-dwóch bitwach. Trzeba więc ją - zgodnie z określeniem Granta - "młotkować", nieustatnie zalewać kolejnymi falami ataków które będą oczywiście odparte ale w końcu to bezustanne odpieranie wyczerpie zasoby przeciwnika. Trudno za wybitnego uznać dowódcę który jako kluczowy element swojej strategii przyjmuje bezdyskusyjną wyższość taktyczną swojego adwersarza.
Natomiast zaletą Granta - i dlatego był dowódcą dobrym - było to, że w przeciwieństwie do poprzednich dowódców Armii Potomaku nie żył złudzeniami, przyjął wyższość geniuszu wojskowego Roberta Lee i po prostu opracował strategię która pozwoliła wygrać pomimo tego.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)