73 obserwujących
745 notek
655k odsłon
  347   0

KONSUMOWAĆ CZY OSZCZĘDZAĆ?

Śledząc serwisy informacyjne, łatwo można dojść do przekonania, że wszystkie problemy trapiące gospodarkę światową, spowodowane są malejącą konsumpcją. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to pogląd błędny. Stan gospodarki światowej wynika z malejących oszczędności i malejącej produkcji. Twierdzenie przeciwne, to obracanie kota ogonem. Każdy wie, że z wydawaniem i konsumowaniem nie mamy najmniejszego problemu. Praca i oszczędzanie przychodzą nieco trudniej. Tymczasem argumentacja większości ekonomistów jest odmienna, wręcz naiwna. Opiera się na założeniu, że to konsumpcja, a nie produkcja jest przyczyną bogactwa. Twierdzą oni, że ludzie wydają coraz więcej pieniędzy, wskutek tego rośnie sprzedaż, rosną przychody firm i płace, a to „nakręca gospodarkę”.

Warto wytknąć błędy tego rozumowania. Zanim się coś się sprzeda i skonsumuje trzeba to coś wyprodukować. Produkcja wymaga pracy i oszczędności. Ściślej mówiąc dóbr kapitałowych, które istnieją dzięki oszczędnościom. Dobrobyt obecny w naszym świecie, zawdzięczamy pracy i oszczędnościom poprzednich pokoleń. Gdyby nasi przodkowie nie rozpoczęli procesu akumulacji kapitału - nie konsumowali mniej niż wynosiła ówczesna produkcja - nigdy nie osiągnęlibyśmy poziomu życia znanego obecnie. Świat, w którym konsumpcja stale przewyższa produkcję, jest światem ciągłego niedostatku, w którym człowiek nie jest w stanie osiągnąć niczego, co wykraczałoby poza bieżącą chwilę. Świat odwrotny - w którym produkcja stale przewyższa konsumpcję - czyli świat, w którym dzięki oszczędnościom następuje stały proces akumulacji kapitału, to świat rozwijający się. To świat, w którym ludzie planują na wiele lat do przodu i w którym systematycznie pozbywają się niedostatku. Nie byłoby potrzeby przytaczać tych oczywistych twierdzeń, gdyby nie fakt, że co dzień bombardowani jesteśmy twierdzeniami przeciwnymi. Twierdzeniami, które trudno nazwać inaczej niż propagandą. Nie ma tutaj znaczenia czy ta propaganda to rozmyślne działanie osób, którym akurat wysoka konsumpcja jest na rękę, czy bezmyślne powtarzanie zasłyszanych twierdzeń. Musimy uświadomić sobie, że kult konsumpcjonizmu ma oparcie w wątpliwej teorii ekonomicznej, która zawładnęła uniwersytetami na całym świecie. Zawładnęła tylko dlatego, że jest idealnym usprawiedliwieniem działań rządów. Rządy państw rozwiniętych wydają góry pieniędzy, przyznają sobie coraz szersze kompetencje i wkraczają coraz mocniej w osobistą wolność i życie jednostek, powołując się na twierdzenia ekonomistów, których sami opłacają. Obecnie proces ten jest tak zaawansowany, że wydaje się być naturalnym stanem rzeczy, już nie uświadamianym przez żadną ze stron. Rządy się zmieniają, przybywa magistrów ekonomii, a kolejni eksperci tłumaczą, że wydając dzisiaj całe swoje pieniądze na zupełnie niepotrzebne gadżety, spełniamy obywatelski obowiązek ratowania gospodarki przed recesją. Wszyscy gładko wdrażają się w system, który powstał parędziesiąt lat temu. Nawet taki wstrząs jak obecny kryzys gospodarczy, nie jest w stanie wyrwać ich z transu uwielbienia dla interwencjonizmu państwowego i powolnego zniewalania jednostki przez instytucje.

Większość ludzi nie jest ekonomistami. Nie zastanawia się też nad tym jak działa gospodarka i wolny rynek, przyjmując na ogół zasłyszane twierdzenia za prawdziwe. Zainteresują się tymi sprawami dopiero wtedy, gdy stracą pracę albo inflacja dotknie ich tak mocno, że za 100 złotych nie będą w stanie kupić bochenka chleba. Wtedy gniew tłumu obróci się zapewne ku wolnemu rynkowi i kapitalizmowi, jako głównym sprawcom nieszczęść. Przyspieszy to jeszcze bardziej proces wprowadzania socjalizm i przyczyni się do rozpadu społeczeństwa.

Oczywiście tak nie musi być. Istnieje szansa, że dostatecznie dużo osób dostrzeże fakt, że w „naszym” systemie coś nie gra. Kiedy po okresie prosperity przychodzi załamanie gospodarcze, a zwłaszcza kryzys tak potężny jak obecny, niektórzy zaczynają zastanawiać się czy tak istotnie musi być. Czy naprawdę wzloty i upadki gospodarki to „stan naturalny”, element boskiego planu, który skazuje miliony ludzi na pogorszenie warunków życia, utratę pracy, oszczędności, zmusza właścicieli do zamykania firm, sprawia, że konieczne jest „dokapitalizowanie” banków, a rząd stawia w pozycji sędziego decydującego, kto ma zginąć, a komu pozwoli się przetrwać? Kiedy jednostka zacznie szukać odpowiedzi na to pytanie szybko dotrze do Austriackiej Szkoły Ekonomii - jedynego nurtu ekonomii który dogłębnie i logicznie, tłumaczy naturę boomów i recesji których doświadczamy. Szkoła opisuje stworzony przez rządy system pustego papierowego pieniądza, w którym obecnie żyjemy oraz pokazuje, że system ten prowadzi do sztucznego wzrostu gospodarczego - fali optymizmu, po którym przychodzi rozczarowanie i nieunikniona recesja. Ekonomiści austriaccy przypominają, że istniał kiedyś, wcale nie tak dawno temu, system pieniądza towarowego, którego wartość nie była zależna od woli rządzących. Standard złota był przez dziesięciolecia zgodnie psuty przez rządy tego świata, a związek pomiędzy „prawnymi środkami płatniczymi”, a dobrowolnie akceptowanym pieniądzem, czyli złotem, nikł coraz bardziej. Zastanówmy się przez chwilę. Jeśli te kawałki papieru, które nazywamy pieniędzmi mają jakąś wartość, to czy musi być na nich napisane „prawny środek płatniczy”? Dlaczego muszą mieć tak głębokie osadzenie w systemie prawnym, że są jednym dozwolonym środkiem regulowania zobowiązań w danym państwie? Dlaczego rządy nie pozwalają ludziom rozliczać się między sobą w czym zechcą, choćby muszelkami, kamykami, wielbłądami, czy srebrnymi i złotymi monetami? Wszystkie te przedmioty służyły kiedyś jako pieniądz. Jak to się stało, że ludzie zamienili twardy kawał złota, który zawsze będzie miał realną wartość, na zwykły papier? Bajki o tym, że papier jest poręczniejszy, monety ciężkie itd. są właśnie tym: bajkami. W czasach standardu złota, system bankowy doskonale poradził sobie z tym problemem, oferując usługę przechowywania złota w zamian za niewielką opłatę i zaopatrując swych klientów w substytuty pieniądza czyli banknoty. Jednocześnie nikt nie mógł ich bezkarnie duplikować, nie zwiększając jednocześnie rezerw prawdziwego pieniądza. Nazwy banknotów pochodziły od wagi złota, którą reprezentowały.

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale