3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  102   0

Oswabadzające ozdrowienie: Mystic Festiwal 2022 - Relacja

Dzień pierwszy Mystic Festiwalu, dniem progresywnym przeglądu skandynawskiej piosenki.
 
Po tak intensywnym Warm Up Day, z moich wyborów wynikło, że właściwy dzień pierwszy festiwalu, był dla mnie względnie „najlżejszym” i tematycznie eksplorujący współczesną, progresję metalową. Tego dnia pojawiła się łamiąca wiadomość, że Killing Joke olał fanów, którzy skoro tyle się naczekali to mogą sobie jeszcze poczekać - zespołowi nie zgrał się grafik, woleli zagrać gdzieś indziej, ponoć mają zagrać we wrześniu regularnie biletowany koncert. Na miejscu fanów polecałbym bojkocik i potraktowanie zespołu symetrycznie.

Kvelertak (Park Stage)

Pierwszy dzień zacząłem od norweskich pijaków z Kvelertak – oczywiście pisząc we wstępie o współczesnej progresji metalowej nie miałem na myśli tejże bandy… Chociaż jakby się przyjrzeć ich okładkom to estetycznie… śmiałoby zdobić mogły płyty zespołu z pogranicza rockowej psychodeli i progresji.   

Stylistycznie jest to jednak barwna mieszanka, (przeważnie) norweskojęzyczna, wyjątkowo zapijaczonego rock’n’rolla, black’n’rolla, punk metalu, pop rocka. Cały ten muzyczny gnój zaprawiono tanim wińskiem i piwskiem w przejaskrawiony i pozytywny sposób.

Zespół na tapecie ma Splid (2020), swoją ostatnią i zarazem pierwszą płytę z nowym wokalistą piastującym to miejsce od 2018 roku - Ivarem Nikolaisenem. Jest to sceniczne zwierzę, w swej dekadenckiej pozie jest bardziej Axl Rose’owy niż Axl kiedykolwiek mógłby być… Pod koniec koncertu zachwalał jedno z naszych piw, dopytywał, czy jest Polskie, stwierdził, że nie wie czego w browarni dodają… ale czuję się po nim wprost wspaniale – widać, że mimo młodego wieku, może spokojnie czuć się weteranem w tej materii. Na finał, machał ogromnym proporcem, po czym zaliczył dwukrotny stage diving. Podczas drugiego razu - ktoś (podejrzewam, że mogła to być ustawka), poczęstował Ivara fajką z papierośnicy. Ściema czy nie, dla świadków zdarzenia było to widowiskowe. Intrygująco prezentował się również basista Marvin Nygaard z cynkówkami i basem z tyłu podpisanym Felix.

W pełnym słońcu, mimo konkretnej temperatury, dali niesamowitego czadu, bardzo żywiołowy, dynamiczny gig będący kwintesencją brudnego rock and rolla. Pół setu kręciło się wokół wspomnianej czwartej płyty: zaczęli od otwierającego Splid (2020) „Rogaland” –idealny na rozruch, dobre wrażenie wzmocniono rzewnym, hiciorem „Crack of Doom”, który razem z „Bråtebrann” wytypowano do promowania albumu. Ckliwe przypływy melancholii przemieszane z wybijającą brudną agresją. Szczęśliwie zespół nie zapomniał uwzględnić starszego materiału, dlatego jako trzeci zaproponowano stylistycznie cięższy „Braune Brenn” z albumu Meir (2013). Największe spustoszenie generowały jednak strzały z debiutu z 2010 roku. W środku setu, jak już się gawiedź zdążyła rozruszać, zapodano jeden po drugim: „Blodtørst” i „Ulvetid”. Oba stanowiące black’n’rollową wizytówkę Norwegów.  

Ciekawe spostrzeżenie jednym z najlepszym miejscem, aby zobaczyć występy na Park Stage były te całkiem darmowe... z zewnątrz. Oczywiście ludziska nie omieszkały skorzystać.

Występ ochlaptusów z Kvelertak To z pewnością był jeden z barwniejszych i rozrywkowych występów pierwszego dnia festiwalu.

Pod koniec koncertu pewien jegomość, potknął się, źle stanął, stopa ugrzęzła w uszkodzonej darni… ledwo się po wszystkim pozbierał – wyglądało to groźnie na tyle, że wciąż to mam przed oczami i mam nadzieję, że nie skończyło się to poważną kontuzją.

Po występie Norwegów zrobiłem sobie małe okienko i wróciłem na plac boju dopiero na…

Mastodon (Main Stage)

Masywni progmetalowcy rodem z Atlanty to już zawodowcy znacznie większego i cięższego kalibru. Uznany za jeden z najistotniejszych zespołów metalowych początku XXI wieku.

Perkusista/wokalista Bran Dailor rozbroił mnie wyłamującą się ze wszelkich konwencji ozdobą centralki (uroczy, malutki pudelek najlepiej odzwierciedla stylistykę Mastodon), wokalista\basista Troy Sanders za to drażnił mnie koszulką Killing Joke… pewnie też liczył na ich gig...

Mastodon przytłaczał głębią lejącego się, ponurego monolitycznego brzmienia, początki zespołu zainspirowane sludgem. Klasa sama w sobie psychoaktywne smęcenie na gęsto, w współczesnym progresywnym sosie. Oczywiście z konkretnym wygarem, które w kulminacyjnych punktach rozpędzają się do solidnego średniego tempa.

Mastodon przybył z opasłym (dla niektórych nawet przesadzonym) podwójnym albumem Hushed and Grim (2021). Na żywo materiał nawet się broni ale to może dlatego, że przeplatany urozmaicającymi repertuar kawałkami z różnych lat. Wyraźnie słychać to było, gdy zespół pod koniec seta wcisnął pomiędzy „More Than I Could Chew” a „Gobblers of Dregs” kawałek „Mother Puncher” z obchodzącego dwudziestolecie debiutu.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura