Ignatius Ignatius
24
BLOG

Anhedonia martwych serc: Frontside / Hamulec / Drown My Day - Relacja

Ignatius Ignatius Kultura Obserwuj notkę 1
Po premierze płyty należy odbyć promocyjną trasę - tak każe obyczaj. Frontside po długich, jałowych latach wrócił z dziesiątym albumem i trasą w roli headlinera. Scenę dzielił z świetnymi załogami, m.in. młodymi gniewnymi ziomalami z Hamulec, którzy również dowieźli nowy długograj i niewiele starszymi kumplami po fachu - Drown My Day. Jedna ze sztuk miała miejsce w zabrzańskim C.K. Wiatrak.

27 marca, tuż przed Świętami Wielkanocnymi, przypomnieli wreszcie o sobie metalcorowi banici rodem z Zagłębia Dąbrowskiego - zespół Frontside. Tuż po premierze długo oczekiwanego albumu Nemesis (2026) postanowili wyruszyć w tournée.

Drugim przystankiem drogi krzyżowej pt. Chaosu nastał czas był zabrzański C.K. Wiatrak, gdzie koncertowym wyjadaczom towarzyszyły nie mniej rządne krwi 'corowe bestie: Ballkick, Drown My Day i thrash punkowe bękarty z Będzina -  Hamulec. Skład zacny z zachowaniem pożądanej różnorodności niepozbawionej spójności.

Niestety z bólem krocza przyznaję występ Ballkick przegapiłem... zacząłem wieczór od małopolskich wymiataczy:

Drown My Day

Jegomoście już drugą dekadę łoją energetyczny, dynamiczny death/metalcore napędzany treściwym groovem.

Potrafią sromotnie przyfanzolić sprawiając, że gumę żuje się rękoma... miło słyszeć i widzieć, ile serca wkładają w swe rzemiosło a publiczność odwdzięcza się pięknym za nadobne - wprost proporcjonalnym zaangażowaniem pod sceną.

Krakowiaków widziałem i słuchałem na Summer Dying Loud w 2023 roku i na otwartym ogniu dożynkowego festu poważnie mnie zaintrygowali. Podzielili się z słuchaczami wówczas jeszcze gorącym, parującym singlem pt. „Murder". W ramach obecnej trasy, jak się okazało, po raz pierwszy gościli w zabrzańskim C.K. Wiatraku.

To co znów rzuciło mi się w ucho to potężne głębokie growle Macieja Korczaka - w tej materii  jest to naprawdę szefu pierwszej klasy.

Precyzja i selektywność wymiatania poszczególnych instrumentalistów, już na samym starcie zawiesili wysoko poprzeczkę, którą trudno było przeskoczyć następnym wykonawcom tego wieczora.

Na upartego można by sprowadzić Drown My Day do miana pilnych uczniów gwiazdy wieczoru. Zaprezentowali się wzorowo zadając kolejne druzgocące razy publice, która z sekundy na sekundę co raz bardziej skora była do tuptania w młynie.

It's okay, it's allright
Everything gonna be fucked up!

Kolejnym atutem był przemyślany pod kątem dramaturgii program: równo jechali z tematem odpalając zahartowane w nie jednej bitwie numery. Przypomniano stare hiciorki z debiutu a w zasadzie sięgających czasu sprzed pierwszej płyty - utwory z EPki Forgotten (2010) zostały ponownie nagrane na płytę Confessions (2013). Z leciwych rzeczy zagrali masywnego masakratora - „Undead God", okraszonego pysznymi, melodyjnymi solówkami „Forgotten but Not Forgiven". 

Zaprezentowano też świeżutki, jeszcze gorący strzał pt. „Anhedonia" - dla złaknionych nowinek sygnowanych nazwą małopolskiego bandu jest to łakomy kąsek wyostrzający apetyt na więcej - godnego następcę The Ghost Tale (2018) z którego zagrali singlowy pocisk „Battle Royale". Swoją drogą na pełnoprawnego następcę każą sobie czekać dokładnie tyle samo lat co Frontside na swój najnowszy krążek... 

Dzięki potężnemu nagłośnieniu (pod tym względem, nie bez przesady napiszę, że w moich uszach zabrzmieli korzystniej niż Frontside ale o tym później) Drown My Day w pełni zaprezentował swój potencjał koncertowej bestii.

Było melodyjnie, skocznie, nie zabrakło momentów masywnego gniecenia. Tak to była doskonała forpoczta dla gwiazdy wieczoru.

Hamulec

Zdecydowanie czarny koń trasy, ziomale z Zagłębia Dąbrowskiego (zespół bezpiecznie określa własne pochodzenia jako z okolic Katowic) zagrał bezkompromisowy crossover oparty na bezczelnym, surowym, prymitywnym thrashu i punku - czołobitny oldschool.

Hamulec to band, który nieustannie zabiega o atencje fanów - jak na mój gust robi to momentami zbyt nachalnie. Taką jednak mają strategię, to zespół, który inaczej buduje zaplecze fanowskie, bardzo sprawnie posługując się komunikacyjnymi kanałami takimi jak TikTok. Przez to młode koty rządzą w wirtualu, prowadzą nowoczesny, bezpośredni marketing skutecznie trafiający do młodszych adeptów muzyki metalowej. Grunt, że działa i sprawia, że armia fanów wymalowanych z koncertu na koncert rośnie. Dla porównania: mimo, że Drown my Day jest grupą z dużo większym stażem i rozpoznawalnością w skali kraju, to jednak na Hamulcu się zagęściło się od zakoszulkowanych fanów.

Po raz pierwszy usłyszałem o nich w dobie pandemii ale jakoś nie dane mi było ich ostatecznie posłuchać aż do niniejszej sztuki. 


Młodzi gniewni funkcjonują od 2018 roku, dbają o płynność wydawniczą w dniu koncertu wydali swój trzeci długograj pt. Na śmierć (2026), hojnie z niego częstowali - o ile się nie mylę zagrali go w całości. Program uzupełniał koncertowy killer pt. „222x3" z poprzedniego krążka Na pohybel (2023). 

Widać i słychać, że z grania mają wiele frajdy, co rusz mobilizując słuchaczy do aktywności pod sceną. Grają surowo nieokrzesanie - nie słyszę w tym fałszu, za to spore pokłady zdrowej zuchwałości. O prymat nad funkcją frontmanów „konkurują" bracia Karolewscy: Mikołaj który szarpie zarówno struny wiosła i własne głosowe, ma wydawałoby się jednoznaczne pierwszeństwo w tej materii a jednak ma konkurenta w postaci perkusisty Filipa, któremu może bardziej pasuje miano żywej maskotki ze względu na najbardziej intrygującą stylówę, popisy akrobatyczne (na moment opuścił swoją baterię artyleryjską i walnął salto do tyłu), udziela się też w chórkach i ogólnie posiada aparycję z Muppeta Zwierzaka, który co za zbieg okoliczności, również był perkusistą. Przypadek ??? - nie sądzę. 

Fani przybyli, bawili się równie dobrze jak punk metalowa załoga na scenie. Medal należy się za aktywne zgrzewanie do walki, bardzo pozytywnie nakręcali fanów do kręcenia się w kółko. Spójności nadawała naturalna dla mieszanki stylistycznej bajera. Było siarczyście srogo w konwencji: pół żartem, pół serio. Równo do przodu z krótkimi pauzami spokojniejszych fragmentów dających moment na odsapnięcie. 

W występie Hamulca podobała mi się thrashowa pierwotna, nieokiełznana chłosta dobrze skundlone z punkową pretensjonalnością, bezkompromisową prymitywną lutą, przypudrowaną ckliwością w dwóch czy trzech numerach. 

Hamulcowi kibicuję z nadzieją, że jak najdłużej zdołają podtrzymać ów zaraźliwy entuzjazm.

Frontside

W roli weteranów metalcorowego łupania, wreszcie z nowym materiałem, płytą - Nemesis (2026) będącą efektem żmudnej pracy twórczej - z czego, z dumą zespół zdążył się wyspowiadać się w licznych wywiadach. Wystarczy zresztą samemu posłuchać jak płyta jest dopieszczona do granic możliwości. Wierzę Demonowi na słowo, że album ten jest obecnym szczytem możliwości Frontside.

Dlatego zacznę relację od mego zdziwienia, że trasa promocyjna takiego albumu reprezentowana jest raptem przez dwa utwory: „Omen" i „Kapłanów diabła". Oba rzucone dosłownie w koncertowy wir faktycznie zyskały w mych uszach choć w ostatecznym rozrachunku nie należą do moich faworytów, na Nemesis (2026) są lepsze utwory... ekstrawagancja, ekstrawagancją ale żeby nie zagrać tytułowego kawałka trasy?! 

Przyznać muszę, że na żywo solówka Darona w „Omenie" robi duże wrażenie i rzeczywiście stanowi ona ozdobę ostatniej płyty. Starzy fani mogą pamiętać wywiady sprzed 20. lat kiedy to Daron niejako zwiastował taki stan rzeczy, z pokorą twierdząc, że był wówczas dopiero na etapie doskonalenia się w roli gitarzysty solowego.

Stety/niestety reszta setu to mocarny the best of, ograniczający się do ery aumanowej (zdecydowanie zabrakło szlagieru „Bóg stworzył szatana"... choć pewnie doczekamy się prędzej czy później Molliego mierzącego się z materiałem z dwóch pierwszych albumów Frontside).

Zabrze rzęsiście zostało ostrzelane materiałem z lat 04-10 i wyżej wspomnianymi wyjątkami z ostatnich płyt. Fani właśnie tego okresu powinni być zadowoleni, zwłaszcza że wybór utworów nie ograniczał się jedynie do oczywistych singli.

Jeśli zapomniałeś o Bogu - I nie odróżniasz dobra od zła
Zobaczysz gniew piekieł!

Ucieszyło mnie, że zagrali kawałki z płyty Absolutus (2006) której w tym roku stukną równe dwie dychy! Mowa zwłaszcza o idealnie wpisującym się w przedświąteczny okres utworze „Droga krzyżowa". To jest jeden z najlepszych „biblijnych" killerów, które w warunkach bojowych sprawdzają się idealnie dzięki przejmującego tonu całokształtu. 

Z powyższego albumu pojechali z obiema landrynami: „Wspomnienia jak relikwie" i „Martwe serca" - nie ma co wybrzydzać, bo to w nich właśnie Mollie pokazał na co tak naprawdę go stać. W czystych partiach, w które wkłada dużo serca, momentami przerasta samego mistrza! Nowy gardłowy interpretując dotychczasowy dorobek zaskakuje wachlarzem niespotykany wcześniej w twórczości Frontside maniery wokalnych i ozdobników, które nadają dodatkowego dramatyzmu dobrze znanym pieśniom. Sądzę jednak, że w miejsce któregoś z powyższych lepiej by się sprawdził „Nie ma chwały bez cierpienia".

Koreluje to z innym zabiegiem, nowa płyta z którą sosnowiczanie przyjechali do Zabrza charakteryzuje głębia, przestrzenność, jest cięższa od poprzednich, z tej okazji przearanżowano starsze utwory obniżając strój gitar i pod tym względem eksperyment jak najbardziej się udał - Frontside spotężniał, brzmi masywnie jak nigdy - choć nie do końca bo odniosłem wrażenie, że coś poszło nie tak pod kątem realizacji. Ostatecznie brzmienie całokształtu było spłaszczone i nie wiem czy do końca intencjonalnie - zapiaszczone niczym na albumie ...i odpuść nam nasze winy... (2002). Jedynie solówki Darona były odpowiednio wyeksponowane, niczym skalpel przecinający się przez betonozę. 

To że z Zmierzchem Bogów (2004) nowy wokalista sobie radzi pokazał na jubileuszowych gigach mu poświęconych. Nie mniej, nie może nie cieszyć w secie obecność takich miazgatorów jak „Syndrom mesjasz" czy „Apokalipsa trwa" to w rzecz jasna - Frontside w szczytowej formie, który nic a nic się nie zdeaktualizował siejąc takie same spustoszenie pod sceną jak w chwili premiery. 

Na bis zagrali „Naszym przeznaczeniem jest płonąć", gdzie jak zawsze zespół mógł liczyć na odzew i zaangażowanie ze strony fanów. To był zaiste bardzo intensywny wieczór spod znaku biegania w kółeczko i efektownych ścian śmierci. Brawa należą się dla publiczności, która wykazała się wysokim poziomem zaangażowania i fanowskim entuzjazmem - jak na gig Frontside przystało była to zacna potańcówka.

Co mnie uderzyło (nie licząc ścian dźwięków i ścian śmierci) to oldschoolowe podejście słuchaczy, którzy praktycznie w ogóle nie używali telefonów podczas poszczególnych gigów (sic). Mam nadzieję, że takie przeżywania koncertów stanie się normą.  

Szczypta dziegciu

Oprócz wspomnianego problemu z selektywnością i nagłośnieniem (Drown My Day tego wieczoru wypadł w moich uszach znacznie korzystniej). Frontside jako zespół będącym maszyną koncertowego pogromu stracił frontmana. Molliemu warsztatu odmówić nie można, pod względem wokalnym i tego jak się wpasował w zespół - tu wszystko gra i buczy, ale niestety charyzma nie jest jego najmocniejszą stroną. Pod tym względem wygłodniałe młode wilki z Hamulca wciągają ich nosem. Najlepszym tego dowodem był punkt kulminacyjny koncertu, gdy na scenę wbili zawodnicy z Hamulca i Drown My Day i tym samym skradli show gwieździe wieczoru. 

Mój kategoryczny osąd mam nadzieję, jest przedwczesny i nowy wokalista jeszcze w materii showmaństwa zdąży się wyrobić. 

Ignacy J. Krzemiński 

Zobacz galerię zdjęć:

Drown My Day
Drown My Day Hamulec Frontside
Ignatius
O mnie Ignatius

♤Everything louder than everyone else♤ Entuzjasta hard'n'heavy

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura