Metallica 19.05 zawitała na Stadion Śląski po raz pierwszy od 18 lat. Łącznie wystąpili w Chorzowie trzy razy. Pierwsza wizyta to usłany legendami koncert, w ramach trasy Monster of Rock w 1991 roku. Wówczas gwiazdą wieczoru było AC/DC a konnica apokalipsy z Bay Area była świeżo po premierze Czarnej płyty... Niemal każdy gig Mety w Polsce był znaczącym, szerzej komentowanym wydarzeniem dla fanów muzyki metalowej, szerzej muzyki popularnej. Nie inaczej ma się sytuacja z ostatnim sukcesem - rekord frekwencyjny obiektu, wyprzedany koncert, ponad 90 tysięcy zadowolonych uczestników...
Gojira
Francuski towar eksportowy ekstremalnego metalu. Na samym starcie muszę zaznaczyć, że to co zaprezentowała Gojira pokrywa się z moim aktualnym postrzeganiem współczesnego/nowoczesnego metalu: technicznego, progresywnego, z nieszablonowym podejściem do muzycznej materii. Frapujący, świetnie zrealizowany całokształt, bez plastiku i nachalnej pretensjonalności - chociaż za wyjątek posłużyć może fuzja muzyki metalowej z operą w kompozycji „Mea Culpa (Ah! Ca Ira)". Daleki jestem od pochwalania przekazu to przyznać muszę, że samo wykonanie było jednym z najbardziej zapadających momentów całego wieczoru. Utwór ten został wykonany w 2024 na otwarciu Olimpiady w Paryżu. Gojira wespół z Mariną Viotti - operową śpiewaczką, uwspółcześnili hymn rewolucji francuskiej, „tłumacząc" go na postmodernistyczny język samopożerającej się (pop)kultury, która w następstwie wydala tak efektowne wynalazki, które potrafią wzbudzić emocje a nawet kontrowersje. Oczywiście pamiętać należy, że światy muzyki symfonicznej i rockowej/metalowej krzyżowały się niemal od zawsze.
Przede wszystkim Gojira nie popełnia grzechu przekombinowania mimo, że przez cały występ aż się roiło od niebanalnych, znamiennych dla stylu Francuzów rozwiązań brzmieniowych. Co istotne zespół nie zapomniał o odpowiednim ważeniu dramaturgii.
Zaczęli od „Born to One Thing" - otwieracza z wciąż ostatniego długograja Fortitude (2021). Od pierwszych sekund koneserzy żabich udek (czy ktoś zwrócił uwagę na to, że współczesny francuski zespół w 100% składa się z białych ludzi?! (sic)) jechali równo. Skwapliwie skomplikowana muzyczna materia, tak słodko zgrzytliwa i uroczo chropowata swobodnie, żeby nie napisać lekko wydobywała się z instrumentów poszczególnych muzyków, którzy zostali obdarzeni darem kontrolowania muzycznego chaosu. Idąc dalej potrafili dokonać jego wiwisekcji, siląc się na systematyzację zwichrowanych dźwięków dla własnych artystycznych celów.
Inaczej niż w przypadku grona zespołów, które za punkt honoru obrały uczestnictwo w wyścigów szczurów, w daremnym, kaskadowym piętrzeniu fraz. Zespołów, które na siłę komasują, mnożą, komplikują, dla samego gordyjskiego poplątania. Następnie z widocznym trudem same mierzą się, z tym co nawywijali, nie będąc wstanie przenieść efektów pracy studyjnej na deski sceny koncertowej. Dotyczy to często młodszych składów, ale żeby daleko nie szukać (w myśl zasady że najciemniej pod latarnią) oddając się tej dygresji, od razu przyszedł mi na myśl casus Metalliki (konkretniej pana perkusisty) i jej skądinąd wyśmienitej: ...and Justice for All (1988) - kiś kiś. Wracając do występu Gojiry, od początku do końca gigu ich muzyka nie była łatwa w odbiorze ale też nie przytłaczająca, wręcz przeciwnie nieskrępowanie rozpościerała się niczym rozgałęzienia roślin.
Gojira skakała sobie z płyty na płytę skupiona raczej na ostatnich dokonaniach reprezentowanych przez: „Grind" i „Amazonia", ten drugi dedykowany Sepulturze, która niebawem ma ostatecznie przejść na muzyczną emeryturę. Z albumu Magma (2016) pocisnęli wiązankę „Stranded" i „The Cell" będącym szalonym mariażem stylistycznym, który skwitować można by mianem metalu z przedrostkiem post. Obawiam się jednak, że w kwestii upraszczania mowa byłaby raczej o gilotynie niż brzytwie Ockhama.
Mechaniczność, sterylność a jednak niepozbawione człowieczeństwa szaleństwo zaklinało nieustannie rosnący tłum wypełniający przestrzeń Stadionu Śląskiego. Trudno o wskazanie jednego bohatera: każdy z instrumentalistów zaprezentował się od najlepszej strony, ale gdybym miał wyróżnić jeden aspekt to najbardziej urzekła mnie gitarowa materia multiplikowana przez wiosłowych: Joego Duplantiera i Christiana Andreu.
Last night, alone, I met the moon
I saw its halo and the love around
„Now take the path, don't ever lose your time
Just watch the light you have inside"
Z leciwych rzeczy zagrali „Backbone" i „Flying Whales" z From Mars to Sirius (2005), mnie szczególnie ucieszyła obecność w secie „Love" z debiutanckiej Terra Incognita (2001), która narobiła małego fermentu na początku XXI wieku, kiedy to wieszczono o nieuchronnym a jednak przedwczesnej śmierci death metalu. Gojira na kanwie wiodącego wówczas podgatunku metalowej ekstremy - tej wysublimowanej, otwartej na stylistyczne fuzje, miała swój udział w przedłużeniu agonii co raz bardziej wyeksploatowanego podgatunku.
Szkoda tylko, że występ był tak wcześnie, przez co nie było mowy o żadnej grze świateł, a sam zmierzch majowego nieba mógłby spotęgować atmosferę niesamowitości - mimo to nawet w słońcu i obliczu surowej, przepastnej sceny napisać, że Gojira się obroniła to tak jakby nic nie napisać.
Pozostaje tylko życzyć w (niedalekiej) przyszłości stadionowej lub przynajmniej halowej trasy w roli headlinera.
Vive Gojira!
Metallica
Skoro na wstępie tak wszystko wyliczałem, to dla formalności dodam, że tegoroczny koncert jest trzecim w Polsce, w ramach światowego tournée M72 World Tour - trasy, która wystartowała 14.04 2023 roku i jest ogromnym przedsięwzięciem... w zasadzie pod każdym względem. Począwszy od sceny 360° z Snake Pitem, które sprawiło, że określenie „Kocioł czarownic" nabrało dodatkowego znaczenia. Kończywszy na istocie rzeczy czyli frekwencji. W samym Chorzowie na Metę przyszło ponad 90 tysięcy osób ustanawiając rekord obiektu.
Take a look to the sky just before you die
Po obowiązkowym intro „The Ecstasy of Gold" Mistrza Morricone, Papa Het (w trakcie sztuki wyznał, że ma najlepszą pracę na świeciez) wraz z resztą jeźdźców wjechali na pełnej... z miejsca ostrzeliwując stadion tym co posiadają najlepszego w arsenale: „Creeping Death" i „From Whom the Bell Tolls" - zaprawdę trudno o lepsze otwarcie, to nie tylko dla mnie: fundament fenomenu thrash metalu i przyczyna dlaczego w ogóle pofatygowałem się na ten koncert.
Rzecz to oczywista, pochodzące z drugiej płyty standardy to przykłady epickiego amerykańskiego thrashu w najlepszym, możliwym wydaniu. Miło było widzieć reakcje młodych fanów, którzy z ogromnym szczęściem wymalowanym na twarzach, po pierwszych taktach rozpoznawali utwory będące... lekko dwa razy starsze od nich a przeżywających tak jakby znali je i wielbili od czasu premiery.
To był awers, niestety jak to bywa z medalami jest też rewers.
Program jaki wykonała Metallica w Chorzowie dobitnie pokazuje marazm twórczy, trwający zespół nieprzerwanie od czasu wydania płyty Metallica (1991). Po wydaniu piątej płyty, nigdy później już nie zbliżyli się artystycznue do czasów swojej świetności. Przez co zaprezentowali najbardziej zachowawczy set jaki mogli zagrać. Dominował (a jakże) Czarny album, z nowej płyty zagrali ledwie (kto by się spodziewał?!) „Lux Æterna"...
I pomyśleć, że mogło to być naprawdę wyjątkowe, wręcz historyczne wydarzenie, gdyby uczcili czterdziestolecie wydania płyty Master of Puppets (1986) - na taki pomysł wpadli funfle z Slayera, którzy zdążyli zaplanować trasę po Ameryce Południowej celebrującą ukazanie się Reign in Blood (1986). Szkoda, że nie wykorzystali okazji i nie odegrali albumu w całości albo chociaż nie zaakcentowano tego faktu tłustym madleyem. Metallica niestety ze swojego opus magnum zagrała jeno utwór tytułowy ze swoim esencjonalnym riffem, którego nie sposób nie wielbić. Była to najjaśniejsza część finału obok koncertowo przeciągniętego „Seek and Destroy" i „Enter Sandman", którym pożegnali się z Chorzowem na dobre w deszczu metallikowych, nadmuchiwanych piłek.
Jako umiarkowanie wybredny słuchacz muszę dodać, że w porównaniu z repertuarem z poprzednich koncertów z Warszawy (przypomnę, że grali wówczas w formacie No Repeat Weekend, czyli dwoma koncertami, z dwoma różnymi setami i zespołami supportującymi) chorzowski wypada blado, chociaż zdarzyły się miłe niespodzianki takie jak: „Of Wolf and Man" - jeden z lepszych numerów z Czarnej a zarazem bezdyskusyjna ozdoba tegorocznego setu.
Najbardziej stadionowym wydarzeniem koncertu, nielicząc może ledowej iluminacji podczas wyświechtanego do granic możliwości „Nothing Else Matters", było wykonanie „The Memory Remains" z albumu ReLoad (1997). Piosnka ta spotkała się z naprawdę epickim odzewem publiczności - stadion przy ul. Katowickiej 10 dał z siebie wszystko podczas mruczanki (w wersji studyjnej mruczała sama Marianne Faithfull, która odeszła z tego świata 30.06.2025r.). O ile wersja studyjna mnie nie ziębi, nie grzeje tak już stadionowa egzaltacja samoistnie się napędzająca niczym kula śniegowa, w pełni ukazała potencjał przebojowości tego numeru.
Trzecią i niestety ostatnią niespodzianką okazał się „The Day That Never Comes" z Death Magnetic (2008). Utwór ten wypadł nader korzystnie, choćby ze względu na to, że był powiewem „świeżości", wreszcie urozmaicili setlistę czymś mniej oczywistym. Aż zachciało mi się po latach wrócić do tego krążka.
Jak widać zaczęli gargantuicznie i równie mocarnie skończyli. Już pal licho, że grali dawno zgranymi kartami, przewidywalnymi jak diabli. Niepodważalnym faktem jest to, że dzięki perfekcjonistycznej produkcji koncertu, pieczołowitego podejścia do detali takie utwory jak: „Sad But True" czy „Wherever I May Roam" według mojej skromnej opinii zabrzmiały lepiej niż na płycie (sic). Nawet gra Larsa jakby zyskała na sile rażenia. Odniosę się tu ponownie do warszawskich koncertów na nieszczęsnym Basenie narodowym. W 2024 roku stał się cud i (przynajmniej tam gdzie wylądowałem na płycie) nie miałem najmniejszych powodów do narzekań jeżeli chodzi o kwestię nagłośnienia, dziwowałem się bardzo mając w pamięci koncert doszczętnie zarżnięty koncert AC/DC. Akustyka Stadionu Śląskiego pozwoliła wyśrubować tak brzmienie, że momentami zaczęło mnie wręcz drażnić owe przeprodukowanie, nadmiernie selektywnego brzmienia. W myśl zasad, że co za dużo to nie zdrowo oraz tego, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.
Gwoździami programu były najbardziej efektownie wykonane utwory „Fuel" i „One". Oba jak nie trudno się domyśleć ekstatycznie przyjęte przez publiczność stadionu, nie tylko za sprawą bogatej pirotechnicznej oprawy. Rzeczywiście trudno sobie wyobrazić koncert Metalliki bez efektów specjalnych i świetlnych poprzedzających wykonanie „One" stanowią one same w sobie majstersztyk o filmowym rozmachu.
To samo należy powiedzieć o popisach solowych Kirka Hammetta, jego gitarowa ekspresja stanowi kluczowy atut poszczególnych wykonań utworów.
Jeszcze trochę a byłbym zapomniał wspomnieć o równie gorączkowo oczekiwanym jamowaniu Kirka i Roba, dla niewtajemniczonych: nową świecką tradycją jest łechtanie tubylców, „spontanicznym" mierzeniem się z lokalnym specjałem. W Polsce do tej pory zagrano utwory: Czesława Niemena, Dżemu, Maanamu, krążyły życzeniowe spekulacje, że skoro po latach grają na śląskiej ziemi to może pokaleczą KATa? Na szczęście/ niestety nadal eksplorują zespoły z boomu lat 80. i padło tym razem na „Chcemy bić ZOMO być sobą" Perfectu. Jak nie trudno się domyśleć - wiele nie trzeba było, Stadion Śląski kolejny raz odleciał tego wieczoru, a samo wykonanie, nie zostało skomentowane (przynajmniej oficjalnie) jedynie przez Prezydenta, Premiera, Papieża i kota Prezesa.
Idea sceny w kształcie obręczy sprawdza się, jednak koncert w Chorzowie uświadomił mi straszną alienację poszczególnych jeźdźców apokalipsy. Naprawdę rzadko kiedy cały zespół występował razem obok siebie, najczęściej każdy „zabezpieczał" swój sektor, rzadko kiedy wchodząc sobie w drogę. Przy takiej masówie nie było mowy o bardziej spontanicznej interakcji z publicznością ale po prostu trzeba wziąć poprawkę, że stadionowe spędy rządzą się swoimi prawami tak jak kameralne gigi swoimi.
Z organizacyjnych kwestii bez wchodzenia w szczegóły (bo nie chcę się znów denerwować) wspomnę tylko o tym, że w głowie mi się nie mieści to jak jedno wydarzenie artystyczne na Stadionie Śląskim jest wstanie tak skutecznie sparaliżować miasto (a nawet miasta) aglomeracji Śląskiej i to na długo po zakończeniu wydarzenia.
Niemniej koncert zrealizowany na najwyższym poziomie, które przez długie lata będzie wspominane przez fanów. Mam tylko nadzieję, że na kolejny koncert na Stadionie Śląskim nie przyjdzie nam czekać tylu lat.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)