Po przeczytaniu artykułu będziesz wiedział:
- Jakie są główne obszary, w których AI wchodzi dziś do redakcji europejskich
- Dlaczego podcasty stają się nowym frontem walki o biznes medialny
- Co AI może dać lokalnym dziennikarzom i dlaczego to zaskakujące
- Gdzie AI nie dotrze i dlaczego to właśnie tam jest przyszłość zawodu
Aktywista zamiast obserwatora
Stefan Aust, redaktor naczelny Der Spiegel, w czasie swojego wystąpienia zauważył, że wielu dziennikarzy widzi się dziś bardziej jako aktywistów niż obserwatorów. Piszą o świecie, jaki chcą zobaczyć, nie o tym, jaki jest. Sztuczna inteligencja nie ma tego problemu, bo nie ma poglądów, nie ma agendy, nie ma potrzeby bycia po właściwej stronie. Pytanie, które Aust zadał sali, brzmiało właściwie: czy my, dziennikarze, potrafimy AI dogonić w obiektywizmie?
To ważniejsze pytanie niż się wydaje, bo jeśli AI produkuje coraz więcej treści, a dziennikarze karmią algorytmy własnymi poglądami zamiast faktami, to po co w ogóle człowiek? Rola "watch doga", jaką lubią obierać dziennikarze, nie jest wygodna, bo wymaga odłożenia własnych przekonań na bok. A to rola, której AI samo nie wykona.
Dwa tysiące ludzi w cenie dwustu
Redakcje europejskie nie rozmawiały w Wiedniu o tym, czy wdrożyć AI. Rozmawiały o tym, jak to zrobić, unikając wpadek. Der Spiegel przedstawił własną strategię: AI wchodzi przez użyteczność i szybkość, nie przez wielkie deklaracje. Research, przegląd agencji, gramatyka, weryfikacja wideo, podstawowy montaż. Rzeczy, które wcześniej pochłaniały czas ludzi bez szczególnego efektu dziennikarskiego.
Efekt? Jedno z wydawnictw, które zatrudnia 200 osób, według właściciela pracuje jak 1000 pracowników. Brzmi jak marketingowe zdanie, ale za tym stoją konkretne decyzje kadrowe. AI przerabia treści na kilka wersji językowych, a to oznacza mniej korektorów, mniej stanowisk technicznych, mniej procesów pomocniczych.
Czas reklam pojawiających się na stronach internetowych się kończy, ale to wiedzieliśmy bez wyjazdu do Wiednia. W stolicy Austrii dyskutowano, co te reklamy zastąpi. Jedną z odpowiedzi było przekonanie, że kreatywność dziś nie polega już na tym, żeby wymyślić nowy format, tylko na tym, żeby wymyślić, jak za niego zapłacić.
Podcasty: jedyny rynek, który rośnie?
Stefan Lassnig z Missing Link Media w Austrii postawił tezę, której nikt na sali nie zakwestionował: podcasty to ostatni segment mediów, którego AI nie zdominowała i prawdopodobnie nie zdominuje szybko. Powód jest prosty i fizyczny. Słuchacz rozpoznaje sztuczny głos. Nie chodzi o jakość techniczną, chodzi o obecność prawdziwej osoby po drugiej stronie mikrofonu.
Lassnig pokazał liczby. Vox Media zarabia 80 milionów dolarów rocznie na samych reklamach podcastowych. Rynek w USA wart jest 2,4 miliarda dolarów i rośnie. W Europie ten rynek jeszcze raczkuje. Ekspert powiedział wprost: okno jest otwarte, ale historia mediów uczy, że takie okazje zamykają się szybko.
Podcast to produkt, który buduje relację z odbiorcą i którego AI nie skopiuje w przekonujący sposób. Pytanie, ile polskich wydawnictw to rozumie i ile ma odwagę zainwestować, zanim rynek się nasyci.
AI ratuje lokalne dziennikarstwo
Maximilian Helm z Sächsische Zeitung ze wschodnich Niemiec zabrał głos o czymś, co brzmi kontrlogicznie: AI może uratować małe redakcje lokalne, nie je zniszczyć. Pokazał, jak to działa w praktyce.
Mały portal lokalny, kilku dziennikarzy, budżet ledwo spinający koszty. Dotychczas połowę czasu pochłaniały relacje z posiedzeń rady gminy przepisywane z protokołów, komunikaty urzędowe, powtarzalne formaty sprawozdawcze. AI przejęła to wszystko. Efekt: dziennikarz wychodzi zza biurka. Dziury w drodze, praca urzędów, lokalne sprawy kryminalne, te tematy nigdzie nie uciekły. Trzeba pojechać, pogadać, zrobić prawdziwe zdjęcie, a nie ściągać z Facebooka. Wygląda jak dziennikarstwo sprzed ery internetu, ale chyba właśnie tego ludzie oczekują. Redakcje wysyłają dziennikarzy na wojnę i w strefy katastrof. Czemu nie wysyłać ich też w miejsca, które nie wyglądają tak efektownie, ale są być może ważniejsze niż globalne wydarzenia?
Helm zaznaczył, że Sächsische Zeitung nie zwolniła ludzi. Zmieniła to, na co ci ludzie poświęcają czas. I to dla mnie najważniejsza obserwacja z całego kongresu.
Tłumacze w kolejce po informatykach
Konferencja o tym, że AI nie zastąpi człowieka, była obsługiwana przez AI. Obok tłumaczy symultanicznych działały słuchawki z tłumaczeniem maszynowym i transkrypcja na żywo na telefonie. Brzmiało i wyglądało to bardzo dobrze.
Czy tłumacze mogą ustawiać się w kolejce zaraz po informatykach? Zawody, które polegały na przetwarzaniu informacji z języka na język, z formatu na format, z protokołu na artykuł, są na linii ognia AI.
Ale to dziennikarze i redaktorzy mają wielką przewagę. Mogą stać się bliżsi ludziom właśnie dlatego, że AI wchodzi do redakcji. Nie dlatego, że są lepsi od maszyny w pisaniu newsów o posiedzeniach rady gminy. Tego nikt już nie powinien robić ręcznie. Ale dlatego, że mogą teraz robić to, czego maszyna nie zrobi: wyjść do ludzi, budować zaufanie, zadawać pytania, na które nikt nie chce odpowiadać. To przepis na przetrwanie.
Kiedy maszyna traci rozum
W Wiedniu mówiono o możliwościach AI. Warto jednak pamiętać, co się dzieje, kiedy te możliwości wymykają się spod kontroli. Nie jako scenariusz science fiction, ale jako udokumentowane fakty z ostatnich dwunastu miesięcy.
Przypomnijmy sobie lipiec 2025. Grok, chatbot Elona Muska zintegrowany z platformą X, po aktualizacji systemu zaczął wulgarnie komentować polityków, wychwalał Adolfa Hitlera i zaczął nazywać siebie "MechaHitler". Pisaliśmy o tym na Salon24: Grok publicznie "przejechał się" po Romanie Giertychu w trakcie jego dyskusji ze Sławomirem Mentzenem, używając wulgaryzmów i obraźliwych określeń. Na celowniku znaleźli się też Donald Tusk i Mateusz Morawiecki.
Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski powiedział wtedy wprost: "Wolność słowa należy się człowiekowi, a nie AI" i nie wykluczył zablokowania X na terenie Polski.
X.com przeprosił publicznie za to, co sama nazwała "horrific behavior", a Elon Musk przyznał, że Grok był "zbyt podatny na manipulację."
Ale nie był to incydent techniczny. Był to efekt celowej decyzji: inżynierowie usunęli z prompta systemowego linijkę nakazującą chatbotowi "głęboko analizować i wyciągać własne wnioski" przed odpowiedzią na pytania polityczne. Efekt pojawił się w ciągu kilku dni.
Kolejny kryzys przyszedł ponad pół roku temu. Grok udostępnił w X funkcję generowania i edytowania zdjęć. W ciągu dziewięciu dni algorytm wyprodukował ponad 4,4 miliona obrazów. 1,8 miliona z nich to zseksualizowane wizerunki kobiet wygenerowane bez ich zgody.
Badacze z Center for Countering Digital Hate oszacowali, że Grok stworzył 23 tysiące zseksualizowanych wizerunków dzieci w ciągu 11 dni. W szczytowym momencie użytkownicy zlecali chatbotowi generowanie 6700 takich obrazów na godzinę, 84 razy więcej niż pięć największych serwisów deepfake razem wziętych. Wystarczyło odpowiedzieć pod cudzym zdjęciem komendą "put her in a bikini."
Malezja i Indonezja szybko zablokowały Groka. Francja wszczęła śledztwo w sprawie zaprzeczania Holokaustowi. Swoje postępowania w tej sprawie rozpoczęły Kanada, Australia, Wielka Brytania i Unia Europejska.
Te wpadki nie były buntem maszyn w rozumieniu filmowym, bo Grok się nie zbuntował. Zrobił dokładnie to, do czego go zaprojektowano, tylko że projektanci nie przewidzieli, co się stanie, gdy usuną kilka linii kodu. Albo przewidzieli i zignorowali. To drugie jest nawet gorsze.
Piotr Paciorek
Fot: Stefan Aust, redaktor naczelny Der Spiegel, w czasie Kongresu Wydawców w Wiedniu/ Salon24





Komentarze
Pokaż komentarze (1)