W języku Departamentu I MSW nie nazywano tego wprost. Mówiono o „finalizacji”, „ściągnięciu do kraju”, „tajnym zdjęciu”, „zadaniu finalnym”. Jednak po odarciu tych zwrotów z biurokratycznego kamuflażu zostaje czysta treść: odurzyć, porwać, przewieźć, a jeśli trzeba, zabić
Przez lata wokół Departamentu I MSW narosło wiele mitów, na czele z legendą o istnieniu wyspecjalizowanej, ściśle tajnej „grupy likwidacyjnej”. Odtajniona dokumentacja oraz analizy historyczne, w tym badania dr. Witolda Bagieńskiego z IPN, pozwalają jednak zrekonstruować prawdziwy obraz komunistycznego wywiadu. Była to machina, w której fizyczna eliminacja przeciwników – uciekinierów z resortu, działaczy emigracyjnych czy liderów opozycji – nie stanowiła spontanicznego aktu morderstwa, lecz zbiurokratyzowaną, operacyjną kalkulację.
Prawna „podkładka” dla skrytobójców
W połowie lat sześćdziesiątych w Departamencie I MSW sporządzono niezwykle cyniczny dokument zatytułowany „Stosunek polskiego prawa karnego wobec osób, które dokonały likwidacji zdrajcy Ojczyzny”. Zachował się tylko jeden egzemplarz, przesłany przez ówczesnego wicedyrektora wywiadu MSW Mirosława Milewskiego do szefa wywiadu wojskowego gen. Włodzimierza Oliwy. Ekspertyza stanowiła próbę znalezienia luki prawnej sankcjonującej morderstwa dokonywane poza granicami kraju.
Eksperci MSW analizowali, jak wykorzystać pojęcie „stanu wyższej konieczności” z Kodeksu Karnego Wojska Polskiego, aby uchronić ewentualnych zabójców (oficerów lub agentów MSW) przed konsekwencjami karnymi za granicą i w kraju.
Powstanie tego dokumentu nie było przypadkowe. Bezpieka wyciągała wnioski z niedawnych wydarzeń. Jesienią 1960 r. wywiad udowodnił, że potrafi zabijać: kpt. Władysław Mróz (ps. „Claude”), który we Francji został podwójnym agentem, po nieudanej próbie otrucia cyjankiem, został ostatecznie porwany i zastrzelony na przedmieściach Paryża. Dokonano tego bez żadnego wyroku sądu, opierając się wyłącznie na decyzji kierownictwa wywiadu.
W kolejnych latach MSW musiało zmierzyć się z serią zdrad swoich oficerów. W 1961 r. w Berlinie zbiegł ppłk Michał Goleniewski, dekonspirując całą siatkę wywiadu naukowo-technicznego. W 1964 r. w Nowym Jorku w ręce Amerykanów oddał się szyfrant, kpt. Stanisław Szymonik. Obaj zostali skazani zaocznie na karę śmierci, jednak wywiad odstąpił od zamachów na ich życie z prozaicznego powodu: nie potrafiono ustalić miejsca ich pobytu lub obawiano się podwójnej gry zachodnich służb. Analiza z 1965 r. dowodzi jednak, że Centrala wywiadu przygotowywała się na moment, w którym namierzenie uciekiniera stanie się możliwe.
Mit „grupy likwidacyjnej” i egzekutorzy z afery „Żelazo”
W latach 90. w literaturze faktu zakorzenił się mit o funkcjonowaniu wewnątrz Departamentu I MSW specjalnej komórki etatowych zabójców. Dokumenty jednak przeczą tej tezie: w wywiadzie PRL nie było stałego zespołu od „mokrej roboty”. To typowa dezinformacja lub „kaczka dziennikarska”, powielana do dzisiaj.
Działania dywersyjne i likwidacyjne zlecane były zaufanym oficerom operacyjnym lub sprawdzonej agenturze. Najlepszym dowodem na to jest operacja o kryptonimie „Żelazo”, w którą zaangażowani byli bracia Mieczysław, Kazimierz i Jan Janoszowie. Przejęci pod koniec lat 60. przez wywiad z powodu ich kryminalnej działalności w Niemczech Zachodnich, realizowali „czarną robotę” dla MSW. Kazimierz Janosz wprost zeznał później, że w Hamburgu, na zlecenie przysłanego z centrali oficera, zastrzelił z pistoletu niezidentyfikowanego mężczyznę, po czym wrzucił broń do morza.
W 1977 r. z Janem Janoszem (ps. „Komteja”) negocjowano z kolei napad, a najprawdopodobniej zabójstwo Adama Michnika (sprawa krypt. „Truteń”), który podróżował wówczas po Europie Zachodniej. Za „załatwienie” figuranta oferowano agentowi 10 tysięcy marek. Do akcji nie doszło, ponieważ – jak tłumaczył później rezydent z ambasady w Bonn – agent uznał stawkę za zbyt niską w stosunku do politycznego ryzyka akcji, żądając 25 tysięcy dolarów, których polska strona nie mogła wyasygnować.
Śmigłowiec, TIR i bagażnik, czyli obława na por. Kopczyńskiego
To, do jakiego stopnia MSW było zdeterminowane, by ukarać zbiegów, obrazuje sprawa por. Andrzeja Kopczyńskiego (rozpracowanie krypt. „Anus”). Ten młody oficer, absolwent szkoły wywiadu w Starych Kiejkutach, zdezerterował w 1976 r. w RFN. Został przez sąd zaocznie skazany na karę śmierci. Wywiad błyskawicznie rozpoczął przygotowania do operacji, której celem była „fizyczna likwidacja na miejscu” lub porwanie go do kraju.
W styczniu 1977 r. opracowano plan „finalizacji” sprawy „Anusa”. Przewidziano dwa zasadnicze warianty: „fizyczną likwidację na miejscu” z ukryciem ciała na czas ewakuacji grupy operacyjnej albo „operacyjne uprowadzenie” samochodem i dostarczenie do wyznaczonego miejsca, skąd można byłoby przetransportować go do Polski. Dokument był zabójczo precyzyjny. Zakładano przewóz Kopczyńskiego w bagażniku auta z rejestracją dyplomatyczną, wariant z ciężarówką TIR oraz wariant z użyciem w akcji śmigłowca, który miał „zabłądzić” nad granicą czechosłowacko-austriacką i przejąć porwanego.
To nie był szkic literacki ani ćwiczenie sztabowe. Departament I uruchomił obserwację, wysyłał ludzi w teren, próbował nawiązać kontakt z wykonawcami, a nawet chciał wykorzystać ojca Kopczyńskiego jako przynętę, by ściągnąć go do Wiednia. W razie odmowy planowano podanie Kopczyńskiemu środków usypiających i dużej ilości alkoholu, a następnie transport do kraju pod legendą syna eskortowanego przez ojca w stanie głębokiego upojenia. Plan upadł nie dlatego, że ktoś się cofnął przed przemocą, ale dlatego, że oficer nie przyjechał na spotkanie i wkrótce znalazł się już pod ochroną CIA w USA.
Wywiad nie odpuścił. Ustalono jego dokładny adres w San Francisco, wykonano szkice budynku, zdobyto kopie kluczy do bloku, garażu i samochodu, rozpoznano wnętrza budynku i zabezpieczono broń oraz inne materiały potrzebne do zamachu. Ostatecznie z akcji zrezygnowano, najpewniej z uwagi na dyskretną ochronę ze strony amerykańskich służb oraz fakt, że Kopczyński i tak przekazał już CIA całą swoją wiedzę.
Śmiertelna farmakologia, czyli porwanie kpt. Fabisiaka
Kolejny przypadek udowadnia, że przemoc w wykonaniu służb nie była samowolą, lecz wymagała biurokratycznej zgody. Sprawa kpt. Ireneusza Fabisiaka (ps. „Edel”) to unikalne studium przygotowań do zastosowania farmakologicznych środków wobec własnego pracownika.
Pod koniec czerwca 1983 r., pełniąc misję wywiadowczą pod przykryciem dyplomaty w konsulacie PRL w Kolonii, kpt. Fabisiak niespodziewanie zażądał zwolnienia ze służby, wdał się w konflikty i przestał płacić składki partyjne. Centrala wywiadu wpadła w panikę, uznając to za preludium do dezercji.
W reakcji na zachowanie Fabisiaka uruchomiono machinę resortu. Dyrektor Departamentu I MSW, płk Fabian Dmowski, wystąpił o zgodę na użycie wobec Fabisiaka „środków nadzwyczajnych” i przewiezienie go do PRL w „stanie nieświadomości”.
Minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak, początkowo wstrzemięźliwy wobec pomysłu, 6 września 1983 r. ostatecznie podpisał zgodę na użycie środków farmakologicznych i akcję porwania.
W ślad za tym wywiad wystosował formalne pismo do Departamentu Techniki MSW, na które odpowiedział szef komórki chemii operacyjnej, płk dr med. Czesław Gochna. Nawiasem mówiąc mroczna postać. Był lekarzem wojskowym, który do MSW przeszedł w 1962 roku, od razu na stanowisko szefa Samodzielnej Sekcji „S” Biura „T” MSW, a później Departamentu Techniki MSW.
Mówiąc wprost – płk Gochna był specem od trucizn. W jego aktach personalnych, mocno przetrzebionych w 1989 r. zachowała się opinia służbowa, w której przeczytałem, iż „kieruje opracowaniami naukowymi i produkcją specjalnych preparatów chemicznych i farmaceutycznych dla potrzeb wywiadu i kontrwywiadu MSW, w szczególności dla departamentów I i II, III, IV, Biura Śledczego MSW i odpowiedników terenowych tych jednostek w komendach wojewódzkich MO. Kierowana przez płk Gochnę komórka, angażując wybitnych specjalistów naukowych, podjęła unikalne badania zmierzające do uzyskania preparatów farmakologicznych służących do wykonania specjalnych przedsięwzięć operacyjnych. Przy pomocy tych środków uzyskane zostały rezultaty o poważnym znaczeniu operacyjnym. W uznaniu zasług na tym odcinku płk Gochna w 1976 roku otrzymał nagrodę ministra spraw wewnętrznych”.
W tym miejscu wypada zadać ważne pytanie: Czy komórka płk Gochny brała udział w sporządzeniu trucizny, którą agenci wywiadu PRL otruli księdza Franciszka Blachnickiego? Czy nagła śmierć Prezydenta RP na Uchodźstwie Kazimierza Sabata 19 lipca 1989 roku w Londynie mogła być skutkiem otrucia przez truciznę z laboratorium MSW?
Wywiadowi wydano sporządzony przez podwładnych Gochny środek nasenny (niezmieniający smaku kawy czy alkoholu, wywołujący głęboki sen po 20-30 minutach) oraz ampułki do iniekcji dożylnych (m.in. Luminal i używany w weterynarii Baytinal) na potrzeby przedłużenia snu w trakcie wielogodzinnego „transportu dyplomatycznego”.
Dr Gochna w instrukcji podkreślał, że w przypadku oporu należy obezwładnić figuranta i podać środek siłą. Zaznaczył przy tym, że opracowane przez MSW preparaty są „stosowane od 19 lat i tylko w jednym przypadku nie było pożądanego efektu”.
Fabisiak ostatecznie dobrowolnie wrócił do kraju, unikając losu „żywej przesyłki”, a nawet śmierci. Niewykorzystane preparaty zostały zwrócone do laboratorium MSW protokołem z listopada 1983 r., „Edel” pokajał się, złożył wyjaśnienia i kontynuował karierę w wywiadzie aż do 1991 roku.
Plan porwania Fabisiaka nie był eksperymentem, lecz sięgnięciem po wieloletni, sprawdzony schemat operacyjny. Sam Fabisiak wrócił do kraju dobrowolnie, dlatego operacji nie wykonano, ale ocalały dokumenty, które pokazują pełen łańcuch decyzyjny: diagnoza zagrożenia, zgoda ministra, wydanie preparatów, instrukcja użycia.
Rozmawiałem z Ireneuszem Fabisiakiem. – Nie miałem pojęcia, że wywiad chce mnie uśpić i porwać. Nic na tak ostrą reakcję nie wskazywało. Miałem sporo sukcesów operacyjnych, prowadziłem cennych agentów. Moje problemy w czasie pracy w konsulacie wynikały zapewne z ujawnienia przeze mnie nadużyć popełnionych przez ambasadora w RFN, który był synem Bolesława Bieruta oraz przekazywanych do Departamentu I sygnałów o możliwej zdradzie rezydenta wywiadu – mówi Fabisiak.
Ta sytuacja udowadnia, że operacje porwań lub zabójstw były akceptowane przez kierownictwo wywiadu, a MSW było technologicznie i proceduralnie gotowe na przeprowadzanie takich akcji.
Departament I MSW nie był zbiorem komand skrytobójców. Była to chłodna, zbiurokratyzowana korporacja zbrodni, gotowa uśpić zrewoltowanego oficera, zamordować podwójnego agenta na przedmieściach Paryża czy zlecić kryminaliście strzał w potylicę. Zarówno uciekinierzy w mundurach, jak i opozycjoniści czy duchowni, byli traktowani z taką samą bezwzględnością. Przepisy, zgody ministerialne i instrukcje maskowały fakt, że w wywiadzie PRL ludzkie życie stanowiło wyłącznie problem operacyjny do rozwiązania.
Zbrodnia na ks. Franciszku Blachnickim nie może być więc rozpatrywana jako odrębna, egzotyczna anomalia, ale jako pytanie wpisane w logikę systemu, który przez lata ćwiczył i oswajał stosowanie przemocy wobec tych, których uznał za zagrożenie.
A oficerowie Departamentu I MSW PRL, którzy przeszli niemal „bez strat własnych” weryfikację w 1990 r., by służyć w wywiadzie III Rzeczpospolitej nie powinni być stawiani oficerom Agencji Wywiadu za wzór.
Artykuł opublikowany na portalu Tysol.pl




Komentarze
Pokaż komentarze (3)