3 obserwujących
563 notki
229k odsłon
  144   0

Krew lata: Summer Bloody Summer 2022 - Relacja

Zdecydowanie lepsze przyjęcie, większa aktywność pod sceną i rosnąca frekwencja. Widać było i słychać fanów, którzy wiedzieli po co przyszli już od pierwszych sekund „The Wolf Queen”, z entuzjazmem przyjmowano kawałki z Erebos (2010): zarówno utwór tytułowy jak i zamykający owe płyciwo „Luminous Horizon”.

Mimo, że drugi raz widziałem Hate występujący z tym programem, to bawiłem się bardzo dobrze, technicznie (zwłaszcza perkusista należy do młodego pokolenia wymiataczy) i brzmieniowo pozamiatali towarzystwo.

Thy Disease i Hate były bardzo podobnie nagłośnione, poruszają się też w dość zbliżonej stylistyce dzięki czemu można było uczciwie porównać jak oba zespoły wypadają w warunkach bojowych. Oba idealnie dobrane na rozruch przed najlepszym koncertem tego wieczora. Tuż po Hate ktoś zaczepiał zgromadzonych pod sceną pytaniami w stylu - przyjechałeś na Huntera? Bo jak na Huntera to do tyłu. W sumie było to zbędne zatłoczyło się od osób, które głównie przybyły na Vader.

Ojciec

Niedługo przed rozpoczęciem w tle leciało dużo standardów muzyki metalowej ale największe emocje wzbudził „Ace of Spades” - z godnie wyryczanymi refrenami przez publiczność co raz liczniej gromadzącej się pod sceną. Jako bezpośrednio intro poleciał subtelnie zremiksowany temat z Stawki większej niż życie (1968).

Szacun zwłaszcza dla gościa o kulach, który uwieszony na barierkach przetrwał całą batalię.

To już był mój trzeci koncert Vader w tym roku, drugi na wolnym powietrzu. Niby wciąż w ramach świętowania jubileuszu drugiej płyty długogrającej De Profundis (1995) a jednak każdy z gigów był inny. Za każdym razem wypadali równie obłędnie. Ze względu na set jaki Vader prezentował na krajowej mini trasie Summer Bloody Summer 2022, traktować ją należy jako preludium dla Final Declaration Northern Tour 2022, gdzie teatr wojenny przeniósł Vader wraz z Thy Disease i Hate na tereny regionu bałtyckiego. Była to już bardziej festiwalowa mieszanka tego co olsztyński death metalowy standard ma najlepszego w swym arsenale.

We're marching on

To the grave

Druzgocący atak na kręgi szyjne w postaci „Vicious Circle”, to rzeczywiście idealny utwór na start, jako drugi odpalono „Triumph of Death” z Tibi et Igni (2014) co stanowi pożądane odświeżenie setu. Z De Profundis (1995) ostatecznie zagrano jedynie trzy utwory, które i tak stanowią żelazny trzon repertuaru: „Silent Empire”, „Blood of Kingu” i „Sothis” - death metalowa esencja, która w wydaniu koncertowym nigdy nie bierze jeńców i w swej klasie jest bezkonkurencyjna.

O Ancient Ones!

Gods of the Night!

AZABUA!

IAK SAKKAK!

KUTULU!

NINNGHIZHIDDA!

O Bright One, GIBIL!

O Warrior, IRRA!

Seven Stars of Seven Powers!

Ever-Shining Star of the North!

SIRIUS!

DRACONIS!

CAPRICORNUS!

Wspomnieć należy, że „Sothis” poprzedzony został inkantacją „Hymn to the Ancient Ones” jak na EPce Sothis (1994) - idealne dysonansowy wstęp do gargantuicznego pasażu.

Bywalcy koncertów z ostatnich dwóch lat dziwi obecność dwóch pierwszych kawałków z Solitude in Madness (2020) czyli „Shock and Awe” i „Into Oblivion”, które niewiele ustępują starszemu materiałowi stanowiąc treściwe wypełnienie.

Dziedzictwo zła

Przelewa się jak mroczna rzeka

Unosi strach

Unosi piekielny zew

Na śląskiej ziemi, w pobliżu świeżo odsłoniętego (niestety), pokracznego pomnika Romana Kostrzewskiego (miało ono miejsce 20.08) nie mogła nie wybrzmieć zbrutalizowana, death thrashowa wersja „Wyroczni” - fakt, że utwór ten grany jest na każdym koncercie Vader od śmierci Romka oraz to, że Peter zakłada koszulkę KATa stanowi godny hołd i upamiętnienie twórczości Romka. A autor tych słów znów niemożebnie zdarł sobie gardło...

Dalej chorzowska Leśniczówka poddawana była kolejnymi odsłonami niszczycielskiej furii nalotów dywanowych: nieco wolniejszym, przez co bardziej masywnym, ultra klimatycznym „Black to the Blind”, nieludzko intensywnym „Carnal”, sztandarowym, lovecraftiańskim „Dark Age” (tak tylko przypomnę, że klip do tego utworu, był pierwszym polskim teledyskiem wyemitowanym w MTV).

Powyższy zestaw stanowi dla perkusisty Michała Andrzejczyka najlepszy z możliwych testów umiejętności technicznych. Mam to szczęście, że byłem na jednym z pierwszych koncertów z jego udziałem, z każdym koncertem widać, że jest co raz śmielszy, co raz naturalniej się czuje w pancernej załodze Petra. Co najbardziej istotnie jego gra brzmi jakby już się urodził ze znajomością twórczości Vadera.

Zwyczajowo ostatnie druzgocące natarcie przywołało na (zbyt) krótką chwilę album Litany (2000): Uderzenie nastąpiło zarówno z powietrza - „Wings” jak i umęczonej ziemi „Cold Demons”. Możliwe, że się powtarzam ale mimo, że zawsze wyczekuje tych utworów totalnych (utyskuję tylko nad absencją „Xeper”) to mając świadomość wojny na Ukrainie „Cold Demons” robi na mnie jeszcze bardziej piorunujące wrażenie - to już nie jest historia lub fikcja literacka fascynata militariów, to niestety brutalna rzeczywistość drugiej dekady XXI wieku gwałcąca europejskie państwo.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura