Koniec wakacji, koniec lata, czas dożynek, ostatnich plenerowych festiwali. Od 4-5 września w Katowicach w amfiteatrze Parku Zadole odbył się AmfiROCK Festiwal: dwudniowa impreza z pod znaku rocka i metalu (ludycznego, festynowego czyli zgodnego z oczekiwaniami gawiedzi)
Festiwal podzielony został na dwie sceny. Na dużej scenie zagrały gwiazdy, na małej świeżaki. Ponadto zorganizowano panele dyskusyjne, warsztaty i inne atrakcje dla dużych i małych.
Zagrały takie zespoły jak m.in.: Nocny Kochanek, Łzy, Frontside, The Analogs. Co ciekawe wstęp na wydarzenie był wolny, w tak zróżnicowanym można było znaleźć coś dla siebie. Ja zdecydowałem się głównie ze względu na udział Frontside i Nocnego Kochanka wybrać się na końcówkę pierwszego dnia.
Frontside
Po raz trzeci w tym roku zaliczony, choć wcale tego nie planowałem i ten spontaniczny wypad okazał się najlepszym z nich. Ledwo ich widziałem na festiwalu Hell in the Shell, gdzie odnotowałem progres względem sztuki z Zabrza i muszę stwierdzić, że naprawdę dużo lepiej wypadli w Katowicach. Wpływ mogło mieć na to obłędne przyjęcie fanów, którzy rządzili pod sceną od początku do końca. Zespołowi ewidentnie się to udzieliło, bo zagrali jak natchnieni. Mimo że zagrali dokładnie to samo co słyszałem zaledwie dwa tygodnie wcześniej na Sosnowcu, to wszystko zabrzmiało dużo potężniej i to nie tylko dzięki akustyce obiektu i świetnemu nagłośnieniu.
Po znanym z ostatniej płyty intro objawił się „Omen". Początkowo podchodziłem do niego z rezerwą ale z każdym kolejnym odsłuchem na żywo przekonuje mnie co raz bardziej i gotów jestem przyznać, że to prawdziwie współczesny frontsideowy hicior. Bezpośrednie przejście w „Apokalipsa trwa" legitymuzuje obecną kondycję sosnowieckich metalcorowców. Jednocześnie przypominając, że przed nimi w Polsce nikt tak nie grał. Już w tym momencie stwierdziłem, że zagrali mocniejszy gig niż w Sosnowcu. Podczas „Brzemienia piekła" karty właściwie były już rozdane. Mollie odpalił się wreszcie, wszędzie było go pełno, zagrzewając do epickiej walki pod sceną. Demonowi też nie można odmówić zaangażowania, głębokiego growlu i groźnych grymasów.
Zaprocentowało to wyśmienitą kooperacją podczas odbytej „Drogi krzyżowej", gdzie pierwszym przystankiem była efektowna ściana śmierci. Publiczność w Katowicach w amoku a takie pociski jak: „Syndrom mesjasz", „Huragan" podsycały tylko ogień. Ten drugi był zresztą poprzedzony motywacyjną sugestią do „sprawdzianu z wf" jak to wokalista Frontside określił zachęcając do biegania w kółeczko. Znajdując entuzjastyczny odzew ze strony fanów, zamieniając pole bitwy w jeden wielki huraganowy kocioł.
Nową zabawą ze strony publiczności było podawanie występującym na scenie swoich telefonów, z którymi przez chwilę biegali i rejestrowali z niedostępnej dla śmiertelników perspektywy, odwiedzali perkusistę (w tej roli nadal na zastępstwie Kuba Homik z Drown My Day).
To do ciebie wraca człowieku
Kości zostały rzucone
Jak robak toczący w piekle sumienia
Siałeś ziarno zniszczeń bez końca
Dużo mocarniej zagrali „Zniszczyć wszystko" a zwłaszcza „Martwe serca", zapiaszczonym brzmieniem jakby rodem z drugiej płyty. Uwagę przykuwały niczym szpikulce do lodu über solówki Darona, rozbudowane i soczyste. Słodkie wokale zostały przykryte i od razu wykonanie na tym zyskało w moich uszach. Tego samego nie mogę do końca powiedzieć o wstępie do „Wspomnień jak relikwie", który jednak szybko został uratowany przez publiczność, która słowa wykrzyczała na całe Katowice. Mollie wokalnie równie sprawnie wrócił na właściwy tor. Przy tym nieustannie dbał o wspaniałą interakcję i prezentował rasowe zachowania sceniczne zgodne z stylistycznymi konwencjami czytaj skakał, biegał, machał dynią. Emocje targały i roznosiły cały obiekt wzdłuż i wszerz niczym tytułowe narzędzia z trzeciego singla: „Sztylet, brzytwa, hak i sznur".
Im bliżej finału tym piekielne ciśnienie wciąż rosło dając upust w „Naszym przeznaczeniem jest płonąć" - znów dając szerokie pole do popisu fanom żeby sobie wesoło gardła pozdzierała. Po rzewnym zapewnieniu o chęci przechodzenia przez piekło, zbombardowano Katowice utworami: „Bez przebaczenia" i „Granice rozsądku".
Przez całą sztukę bił żywy ogień ze sceny, trawił dusze pod sceną i na miejscach siedzących amfiteatru.
Nocny Kochanek
Ładnych parę lat nie byłem na Nocnym Kochanku i przyznaję, że jakoś specjalnie nie wypatrywałem afiszy, także czystym spontanem postanowiłem zobaczyć co słychać u czołowych przedstawicieli rubasznego metalopolo.
Zamiast zwyczajowego „napierdalać!" fani skandowali „pokaż dupę!". Wreszcie kochankowie objawili się na scenie wzbudzając zachwyt wśród miłośników Amareny, cycków i kebabów. Powitanie zaiste godne gwiazdy wieczoru.
Zespół odpowiedział utworem z stosownym do sytuacji zapytaniem zaszyfrowanym w tytule „Co tu się od1€84£0?" a potem już z wdziękiem mieszali niczym kolorowe alkohole głównie starsze roczniki z nowszymi. Set w dużej mierze oparli na sprawdzonym przebojowym materiale z drugiej płyty: Zdrajcy metalu (2017): „Łatwa nie była", „Poniedziałek", „Zdrajca metalu", zostawiony na finał „Pierwszego nie przepijam" - jaki widać kanon, który uzupełniały równie popularne i lubiane „Czarna czerń" i esencja: doskonały pastisz power ballady: „Dziewczna z kebabem" - o ile mnie wzrok nie mylił, ktoś wrzucił kebab na scenę. Z całą pewnością nie jeden biustonosz z numerami telefonów trafił w ręce Krzysztofa Sokołowskiego, który dokonywał fachowych oględzin. Pod sceną zaś dominowała zabawa w wspólne wiosłowanie. Z ciekawszych zachowań scenicznych jakie utknęły mi w pamięci to autograf złożony na paczce fajek, który trafił do jednego z fanów podczas wykonania utworu „Cudzesy".
Co rusz nieustępliwi fani domagali się pokazania dupy, na co frontman miał przygotowaną ripostę w postaci negocjacji i rzucenia wyzwania, żeby to publiczność się obnażyła - znaleźli się tacy co podjęli rękawice ale były to tak śladowe przypadki, że zawiedziony Krzysztof skwitował to tylko, że „pięć pośladków" to zdecydowanie za mało aby sam miał je pokazywać. Temat wrócił jeszcze, gdy na koniec, na scenie pojawili się organizatorzy festiwalu ale i oni nie byli skorzy do zabawy (pełni luzu ale jednak przedstawiciele Babilonu). To dobry moment na to, żeby przytoczyć hasło przewodnie całego wydarzenia czyli: Wóda, cyce, Katowice „Idea, która łączy"... a mogli poprzestać na starym dobrym sex, drugs and rock'n'roll - byłoby to dla woodstockowo/polandrockowej grupy docelowej bardziej tożsame.
Wracając do meritum, Nocny Kochanek mnie pozytywnie zaskoczył, kabaret kabaretem, fakt, że o intencjonalnie niewybrednym poczuciu humoru. Jednak warsztat, technika instrumentalistów i wokalisty to naprawdę kwestia godna uwagi, której nie powinno się bagatelizować - jest na czym ucho zawiesić. Do tego charyzma i naturalność delikatnie przejaskrawionego rock'n'rollowego narcystycznego showmaństwa. Wszak jest to zespół, który zapoczątkował w Polsce falę tego typu projektom, sam zespół dziwi się, że po ponad dziesięciu latach ta formuła się jeszcze nie wyczerpała i nadal ma rację bytu wśród fanów, których wciąż przybywa.
Na bis zagrali „Konia na białym rycerzu" z obowiązkowym wstępem zagranym na flecie przez Artura Żurka (garowego grupy), esencja pastiszu, niewykluczone, że jest to artystyczne opus magum Nocnego Kochanka. Skończyli „Minerałem Fiutta" hiciorem stworzonym na potrzeby pełnometrażowego filmu Kapitan Bomba: Zemsta faraona (2012). Słuszny wybór, mocne zwieńczenie bardzo dobrego koncertu.
Do końca wahałem sie czy zostać na Nocnego i zdecydowanie było warto, bawiłem sie świetnie i cieszyłem oko i ucho tym, że w dobie AI żywa muzyka nadal potrafi przyciągnąć świadomych młodych słuchaczy, którzy wiedzą po co chodzi się na koncerty.




Komentarze
Pokaż komentarze