Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 425 notek 148648 odsłon
Ignatius, 11 kwietnia 2017 r.

Zemsta mściciela trwa: Wolf Spider - Relacja

48 0 0 A A A
Oby takich lineupów było więcej
Oby takich lineupów było więcej

Obecnie trwająca trasa koncertowa KAT & Romana Kostrzewskiego jest wyjątkowo atrakcyjna dla miłośników klasyki polskiego metalu. Punktem kulminacyjnym był koncert, który odbył się w krakowskim klubie Kwadrat, gdzie deski jednej sceny dzieliły z gwiazdą wieczoru Wilczy Pająk i Dragon (śląskie smoki towarzyszą headlinerowi przez całą trasę). Gdy zobaczyłem skład tego koncertu na plakacie, to nie mogłem wprost w to uwierzyć, to tak jakby cofnąć się w czasie o trzy dekady, organizatorzy tej trasy stworzyli substytut tego czym miała być celebracja trzydziestolecia pierwszej edycji Metalmanii, która okazała się kolejnym wałem pewnego hochsztaplera, który narobił nadziei zarówno zespołom jak i fanom, którzy mieli brać udział w tym przedsięwzięciu, który mógł przejść do historii. Szczęśliwą konsekwencją tego blamażu była reaktywacja katowickiego zespołu Dragon, który zakończył działalność niecałe dwadzieścia lat temu. Powiem szczerze, że to właśnie obecność Dragona i Wilczego Pająka zaważyła, że wybrałem się na ten gig – jeszcze parę lat temu, nie uwierzyłbym, że dane mi będzie zobaczyć na żywo te zespoły, marzenia się jak widać spełniają. Niemal na 31 rocznicę Metalmanii 86 po latach trzy zespoły, które budowały polską scenę metalową znów razem zagrały. Oczywiście malkontenci zaraz mogą się przyczepić, że KAT & R.K. i Wilczy Pająk to niemal coverbandy, ja jednak nie wybrzydzałbym. Widać i słychać oddanie muzyków, którzy często chowali się na muzyce zespołów, w których obecnie dane jest im grać. Zresztą o czym tu dyskutować, skoro wchodzimy w erę holograficznych frontmanów (niedługo pewnie całych grup) i w 100% generycznych zespołów. Skandalem jest zbyt mała promocja tej trasy a zwłaszcza koncertu w Krakowie o którym dowiedziałem się przypadkiem i bardzo bym żałował, gdyby mnie ominęła taka sztuka. 


Always can
just a thrash...

Drugim zacnym bandem, który umilał piątkowy wieczór był Wilczy Pająk, który przed sześciu laty wskrzeszony, przeżywa swoją drugą młodość. Zespół znany z thrashowych połamanych dźwięków, również i teraz zachwyca techniką poszczególnych instrumentalistów. Również Maciej Wróblewski bez trudu eksponuje swoje możliwości wokalne - zwłaszcza w kawałkach z Kingdom of Paranoia (1990). Od razu słyszalną różnicą był fakt, że w zespole jest dwóch gitarzystów i to nie byle jakich – Piotra Mańkowskiego wspierał Przemysław Marciniak. Tandem obu gitarzystów sprawdzał się idealnie w boju. Również i sekcja rytmiczna jest mocną stroną zespołu, bas obsługuje Mariusz Przybylski, a za garami siedzi wzbudzająca wielkie emocje Beata Polak, która znana jest z gry np. w 2Tm2,3. Sama w sobie jest fenomenem druzgocącym stereotypy – kobieta w metalowym zespole (i to nie w jakiś popierdółkach, tylko w konkretnym bandzie) w dodatku perkusista, która naprawdę ma pojęcie o graniu. Set składał się z przeplatanego materiału historycznego jak i kawałków z ostatniej płyty V (2015). Nie zabrakło nawet szlagieru z debiutanckiego albumu - Wilczy Pająk (1987) – „Zemsta mściciela”. Koncert był bardzo urozmaicony i dynamiczny, mieszał się typowy oldschoolowy thrash z klasycznie heavy i progresywno metalowymi wtrętami. Największe wrażenie na mnie zrobił chyba „Desert” z drugiego albumu – pewnie dlatego, że najbardziej cenię właśnie ten okres zespołu. Mam nadzieję, że zespół częściej będzie sięgał po numery z dwójki, trójki i według mnie mało docenianej Hue of Evil (1991) - która była „półkowinikiem” z 1988 roku (w dodatku nagrana w dwóch wersjach językowych). Chyba rzeczywiście bardzo trafnie ktoś stwierdził, że Wolf Spider wyprzedzał swoje czasy - na przełomie lat 80/90 oferując muzykę, która wyprzedzała swoją epokę (cóż to były czasy gdzie, głównie ceniło się ekstremalną, niekoniecznie skomplikowaną muzykę metalową). Dziś oferta Wilczego Pająka chyba jest bardziej doceniana i zyskuje sobie aplauz zarówno starszego jak i młodszego pokolenia fanów. Zwłaszcza w sytuacji, gdy zespół ma niemały arsenał utworów, które wpisywać się mogą w różne trendy. Od kilku lat w „modzie” jest oldschool, więc jak znalazł można, bez żenady jechać z kawałkami w stylu „Zemsta mściciela”, która paręnaście lat temu byłaby uznana za szczyt obciachu. Bardziej „poważny” słuchacz będzie miał frajdę wsłuchując się w technicznie zawiłe pasaże, jakie dominowały na kolejnych albumach. Zresztą wystarczy przyjrzeć (najlepiej przysłuchać) się powrotnemu albumowi, który demokratycznie czerpie z obu etosów metalowego grania i jest pomostem pomiędzy okresem poszukiwania muzycznej tożsamości.       

Po odegraniu jednego z utworów (chyba był to właśnie „Desert”) sam Maciej Wróblewski słusznie żachnął się, że to nie są ludzie, tylko pieprzone roboty – nic dodać, nic ująć.

 


Opublikowano: 11.04.2017 21:45.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tematy w dziale Kultura