Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 425 notek 149441 odsłon
Ignatius, 14 maja 2017 r.

Corruption: Virgin's Milk (2005) - Recenzja

48 0 0 A A A
99% of EVIL
99% of EVIL

Dawno nie miałem takiej zagwozdki jak z szóstym krążkiem Corruption. Pierwsze odsłuchy były dla mnie rozczarowujące, o ile zmiana na linii gitarniczej okazała się trafna, Thrashu został zastąpiony dwoma wioślarzami – Opathem (m.in. Leash Eye) i Erolem (również związany z Leash Eye – machnął im okładkę singla). To jednak znów spuszczono z tonu, stawiając jeszcze bardzie na klimat niż wymiatanie. Uspokajam, nie oznacza, że album tonie w balladach czy czymś w tym stylu. Chodzi o to, że… a zresztą sami zobaczycie.

99% of evil

99% of hell

69 ways to become the devil

666 say it before you die

Okładka zdecydowanie bardziej grzeczna niż seria poprzednich, idealnie by się nadawała na którąś z okładek Drinkersów – zwłaszcza, że i tytuł przecież może kojarzyć się z High Proof Cosmic Milk (1998), chociaż zdecydowanie tytułowi bliżej do innego słynącego niegdyś z pikanterii zespołu – Red Hot Chili Peppers: Mother’s Milk (1989). Jednak to tylko graficzno-tytułowe skojarzenia, bo muzycznie nadal jest to pełnokrwisty stoner w wykonaniu Corruption. Otwierający utwór tylko utwierdza w tym przekonaniu, „99% of Evil” to kawał radosnego rozbrykania, mięsisty kawałek podbity soczystym basiurem, energetyczny numer na dobry początek (złego?), proste riffy, tempo, do którego przyzwyczajani byliśmy już na krążku poprzedzającym. W połowie następuje załamanie, bardziej złowrogo brzmią gitary, głos Rufusa jakby upomina się o brakujący procent. W kulminacyjnym momencie następuje eksplozja z jazgotliwą solówką, która słodko ciągnie się i ciągnie. Długi ciężki walcujący finisz wieńczy ten wyskokowy utwór. W tym momencie sobie myślę – zespół w formie, dobra passa trwa, kolejna git płyta w dyskografii zespołu rodem z Sandomierza.

Pierwsze sekundy drugiego na liście „Hey You” i następuje bezwolny opad szczęki – bynajmniej z podziwu. Gdzieś ten swawolny riff na basie słyszałem… To przecież „Ernestine” z dwójeczki… Przearanżowany, zagrany czyściej, możliwe, że troszeczkę szybciej, z zdecydowanie bardziej przystępna manierą wokalną, zmienionym tekstem i tytułem… Jakby nie patrzeć jest to autoplagiat, bo Bacchus Songs (1996) był regularnym albumem – gdyby to był odzysk z taśmy demo, to sprawa wyglądałaby inaczej. Problem jest niestety szerszy, po przesłuchaniu albumu, okazało się, że to nie był wyjątek. Dranie prawie pół płyty oparli na tamtej kasecie, nagrywając jeszcze raz: „Sweet Misery” – tu, jako „Invisible Cry”, „I Distend”, jako „Disbelief” a nawet instrumentalny „Freaky Friday”, któremu tytułu nie zmieniono. Tu już może jest to moje przewrażliwienie, ale zamykający album „E.C.E.G.” dziwnie kojarzy mi się z „Ride the Dragon”.

Wszystkie wyżej wymienione kawałki oczywiście zostały odpowiednio przearanżowane i wpasowują się dzięki temu w ówczesną, nadal aktualną stylistykę. Zdecydowanie dużo lepiej to wyszło niż, prototypowe przedsięwzięcie, jakim było odświeżenie „Lubricant Rain” na Orgasmusica (2003), który stanowił niezobowiązujący dodatek. Tutaj rzecz jest dużo poważniejsza fan zespołu otrzymuje te same, nieco zmienione utwory na regularnej płycie. Gryzłem się z tym jakiś czas, bo z drugiej strony przyznać, trzeba, że nowe wersje są bardzo dobrze zrobione, nie mam mowy tu o kalce, pojawiają się różnego rodzaju smaczki, do jakich nas zespół przyzwyczaił.

Najbardziej chyba stracił „Freaky Friday”, który miał unikatowy klimat na kasecie, te wszystkie ledwo słyszalne efekty potęgowały apokaliptyczna atmosferę. Na szczęście clue utworu, czyli pasaż Anioła gniecie tak jak w pierwowzorze. Od strony gitarowej jest równie sympatycznie a nawet jest moment, który zaskakuje, - mowa o pojechanej, solówce w połowie kawałka. Sam utwór się wydłużył o całe półtorej minuty, gdzie wciśnięto na koniec kolejną smakowitą partie solową. 

Jednak szczerze mówiąc, pozbawiony „chuja” , tzn. skandowania na początku „Invisible Cry”, to już jednak nie to samo. Czasem brakuje ohydy pierwowzoru, z drugiej strony dopieszczenie utworu ma też swój urok (zwłaszcza partie perkusyjne Melona pod koniec). Wersja z 2005 roku jest bardziej wygładzona, ugrzeczniona – zapomnijcie amoku, w którym P.Honre nawoływał do wojny ostatecznej. Co ciekawe o ile „Freaky Friday” został wydłużony to już „Disbelief” jest krótszy od pierwowzoru o całe dwie minuty. Bardzo pogmerano w tym kawałku, jest to chyba najbardziej radykalnie zmieniony utwór – zwłaszcza pod kątem wokalnym, dużo więcej się dzieje.

Z jednej strony rozumiem krok zespołu, Bacchus Songs (1996) po tylu latach mógł być nieznany dla wielu fanów, którzy swoją przygodę z zespołem zaczęli od Pussyworld (2002). Zwłaszcza, że nowe raczej się bronią, nie odstają od reszty materiału. Na korzyść tego kontrowersyjnego zabiegu przemawia jeszcze fakt, że, część starszego materiału została uratowana od zapomnienia, dzięki dostosowaniu go do aktualnego repertuaru. Co za tym idzie mogła być włączona do koncertowego setu, a to chyba jest najważniejsze.

Opublikowano: 14.05.2017 13:35.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...
  • Gdyby drogi czytelnik, czytał uważnie wyłapałby pewien niuans, który widocznie w emocjach...

Tematy w dziale Kultura