Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy i nie
0 obserwujących 440 notek 154027 odsłon
Ignatius, 30 czerwca 2017 r.

Nigdy nie mów nigdy: Guns n' Roses / Killing Joke - Relacja

675 1 0 A A A

Stało się, marzenie wielu polskich fanów spełniło się. Scenariusz niszowej amerykańskiej komedii ziścił się, niemożliwe stało się możliwe! 20.06. na gdańskim stadionie Energa w niemal złotym składzie Guns n’ Roses wystąpił po raz pierwszy w Polsce w ramach Not in This Lifetime Tour. Tak naprawdę amerykanie gościli w Polsce po raz trzeci, a jednak za sprawą powrotu Slasha i Duffa, można stwierdzić, że jednak po raz pierwszy.


Jednak zanim przejdziemy do szczegółów tego wydarzenia, należy się parę słów o supportach. Na Virgin z Dodą załapałem się tylko na końcówkę, także za dużo na ten temat wypowiedzieć się nie mogę. Dużo bardziej zależało mi na Killing Joke, bardzo się uradowałem na wiadomość, że będą poprzedzać Gunsów – stylistycznie pasują do siebie jak pięść do nosa.

 

Killing Joke zagrali to, co trzeba, zaczęli od „The Wait” - trudno chyba o lepszy otwieracz, tego zasłużonego bandu, Szkoda, że z jedynki tylko ten jeden kawałek zagrali. Posłuchałbym znacznie więcej klasyków z lat 80 (zwłaszcza z pierwszej jej połowy).

 

Szczęśliwie, w tym okrojonym secie znalazło się miejsce dla „Love Like Blood”, który został zadedykowany ś.p. Bowiemu i Lemmiemu. Pomyśleć, że Jazowi Colemanowi nic a nic się głos nie zmienił. Ironią losu jest, że utwór ten pochodzi z piątej płyty, która wyszła w roku kiedy chłopcy z Guns n' Roses postanowili założyć zespół... z Night Time (1985) zagrano również inny przebój - słynny „Eighties”, który zarąbali potem flanelowcy z Nirvany - problem, że sam Killing Joke miał się „mocno inspirować” innym nagraniem - tak to jest w erze postmodernizmu, złodziejstwo artystyczne rzecz powszechna... Koncert był bardzo spójny pomimo typowego dla zespołu eklektyzmu. Czuć było ducha lat 80, aż trudno w to uwierzyć, że po trzydziestu latach udało się zespołowi w tak naturalny sposób wrócić do własnych korzeni. Mam nadzieję na to, że zespół przyjedzie jeszcze na klubowe koncerty. Dzień wcześniej grali takowy w Warszawie i sądząc po secie, jaki zagrali musiało być bardzo dobrze. Panowie od nagłośnienia walczyli o brzmienie jak o niepodległość. Przyznać trzeba, że jak na warunki stadionowe, na trybunach było całkiem znośnie. Problem, że ekipa Jaza Colemana nie jest zespołem stadionowym. W dodatku koncert w pełnym słońcu to był zabójczy żart... Paradoksalnie jednak usilnie budowana gotycka atmosfera zdołała przywołać (a właściwie obudzić) nietoperza! Interesującym elementem scenografii był… dywan, ciekawe czy czuli się dzięki temu jak u siebie w domu?

 


Na długo przed koncertem zastanawiałem się nad potencjalnym czasem, opóźnienia, jakim mógł uraczyć publiczność Axl... Z jednej strony nie dziwię się pompowaniu emocji, (którym sam uległem), jaka ta trasa wzbudziła na świecie - wszak sam zespół jest  rockowym fastfoodem nie pierwszej świeżości, który został jednocześnie pokochany i znienawidzony.  Ów niemal złoty skład Axl, Slash, Duff (zabrakło Izziego i Stevena) to coś, co nawet sceptykowi takiemu jak ja wydało się warte zachodu. 


Chwała niebiosom Axl  nie gwiazdorzył. Lekkie spóźnienie poprzedzające serią wizualizacji przedstawiające wystrzały z rewolwerów z logo zespołu. Budowało napięcie, które niektórych chyba przerosło, bowiem dochodziło do konfliktów o miejsca w nienumerowanych sektorach trybun. Jeżeli ktoś taktycznie nie przybył wcześniej (zwłaszcza wieloosobowe grupki) miały poważny problem ze znalezieniem miejsc. Miejscami nie obyło się bez rękoczynów. Organizator zdecydowanie nie popisał się decydując się na tak absurdalny krok. To jednak nic w porównaniu z rekordowym „golden circle” na 3/4 stadionu - współczuję tym co się na to dali nabrać, słono przepłacając za to oszustwo. Zresztą na szczęście ludzie tego nie puścili płazem, w mediach społecznościowych krąży wiele opinii na ten temat. 

 

Motyw przewodni z Zwariowanych melodii był jasnym zwiastunem, że się zaczęło rock and rollowe przedstawienie z fajerwerkami, rozbudowaną rozświetloną sceną na miarę rockowej marki, jaką są Gunsi. Przyznać trzeba, że to był uczciwy trzygodzinny set (27 utworów!), oparty głównie na pierwszych albumach ze Slashem + kilka coverow (na mój gust o kilka za dużo).  Całość była spójna,  dynamiczna w duchu rock and rolla przyprawionego słodko-pikantnymi cekinami. Zaprezentowany repertuar był w zasadzie bliski ideału - znaczna większość z debiutanckiej Appetite for Destruction (1987), która w tym roku kończy trzydzieści lat. Trochę skąpiej potraktowano obie części Use Your Illusion (1991), z których i tak wybrano smaczne kąski. Dzięki temu nawet taki jak ja gunsowy malkontent został usatysfakcjonowany, że mógł usłyszeć w tym składzie „Welcome to the Jungle”, „Rocket Queen”, „Nightrain” i tym podobne zawadiackie strzały. 

Opublikowano: 30.06.2017 22:15. Ostatnia aktualizacja: 30.06.2017 22:18.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Bezsprzecznie to są pionierzy i klasycy, którzy stanowią luźny ale jednak, punkt odniesienia...
  • To dobra propozycja na tytuł goregrindowego albumu ;)
  • Co do Aerosmith miałem podobnie, wybrałem się na nich, żeby odhaczyć kolejne dinozaury,...

Tematy w dziale Kultura