Koncert Mayhem to nie lada wydarzenie dla miłośników metalowego fundamentalizmu. Znak czasu, tuzy poszczególnych podgatunków celebrują jubileusze istnienia, wydania przełomowego albumu. Nie ominęło to również najbardziej kultowego z kultowych norweskich hord. Mayhem - nazwa będąca mokrym snem wszystkich „prawdziwków” – obecnie ogrywa w całości swój debiutancki album De Mysteriis Dom Sathanas (1994).
Dziwne zważywszy, że okrągłą trzydziestą rocznice obchodzi równie kultowa EPka Deathcrush (1987) ale kto by się tam przejmował takimi niuansami. Przecież już dzieci w przedszkolach wiedzą, że to album pomnik, podsumowanie pierwszych burzliwych lat działalności norweskiego black metalu, całej makabry w tle…
Wróćmy jednak do teraźniejszości i pierwszego z dwóch koncertów w Polsce obecnej trasy Mayhem. Sztuka odbyła się w Katowickim MegaClubie, gdzie zespołowi towarzyszyło wsparcie czterech grup. Osobiście załapałem się na dwa ostatnie - rodzimy Deus Mortem, który jest dosyć świeżym bandem, składającym się z doświadczonego składu. Na czele wrocławskiego zespołu stoi Necrosodom. Zespół zagrał szczery, surowy bleczur – nic dodać nic ująć.
Dużo więcej można napisać o enigmatycznych brytolach z Dragged Into Sunlight. Ponoć grupa obraca się w rejonach blackened death metalu doprawionego doom metalem – dlaczego ponoć zdradzę poniżej.
Początkowo, gdy dowiedziałem się, że Mayhem odegra „tylko” płytę w całości byłem faktem tym zdziwiony, że tak krótko. Ostatecznie okazało się, że to było w sam raz, wszystko inne byłoby nic nieznaczącą zapchajdziurą. To było Anty-misterium, choć w moim odczuciu w wyszła z tego groteskowa (anty)szopka. Spójności i dopracowania odmówić norweskiej hordzie nie sposób. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy to nie przypadkiem Ghost nawrócony na black metal?!... Atilla w najbardziej „bogatych” lachach stoi na czele reszty mniszków. Wizualnie najbardziej rozbrajający był Necrobutcher (jak wiadomo ostatni z współzałożycieli zespołu). Łypał wyłupiastymi oczami z pod habitu, niczym braciszek z ekranizacji powieści Umberto Eco Imię Róży (1986). Chociaż nie, wróć – najbardziej rozbroiła mnie parka kinder black metali z bardzo nieudolnym corpse paintingiem.
Najbardziej raziły mnie tanie chwyty w postaci pseudo ambony z świeczkami i czaszką, czy finalne machanie kadzidłem, które wywoływało uśmiech politowania. Ten bezkompromisowy bunt, przekorność jawić się może w rzeczywistości, jako głód symboliki i obrządków kościelnych niż wykrzywiony ich substytut – wszędzie istnieją granice, które po przekroczeniu stać się mogą autoparodią. Konwencja ta jest oklepana jak diabli. Zespołom tego typu trudno wyjść po za schemat bezsensownego przedrzeźniania swoich adwersarzy. Choćby sięgali po najbardziej wymyślne gesty symbole - to wszystko już było.
Co by jednak nie mówić w przeciwieństwie do poprzedników, dbałość o budowanie nastroju rekwizytami znajdowała pokrycie w esencjonalnym repertuarze. Jednak brak świńskiego łba uważam za straszliwy afront, z którym naprawdę trudno mi było się pogodzić.
Asekuracyjnie na koniec wyjaśniam – trochę ponarzekałem (może nawet więcej niż trochę), dlatego nie zrozumcie mnie źle. Nie ulega wątpliwości Mayhem pomimo jasełkowo-odpustowego (aczkolwiek dopracowanego) spektaklu, zagrał godny odgrywanej płyty koncert. Na koniec krótka refleksja, obserwując groteskowego Necrobutchera zastanowiłem się jak by to było, gdyby zaproszono na tę trasę Varga – wszak to przecież Count Grishnackh gościnnie nagrał partie basu na tym albumie.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)