Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 468 notek 166939 odsłon
Ignatius, 1 grudnia 2017 r.

Dynie Zjednoczone: Helloween - Relacja

181 0 0 A A A
Yeah, it's Helloween… tonight
Yeah, it's Helloween… tonight

Fani tradycyjnej muzyki metalowej powinni zapisać w pamięci datę 28.11. Tegoż dnia stołeczne miasto Warszawa, zostało nawiedzone przez kultowy power metalowy zespół Helloween.

Kultowy zwłaszcza dla pokolenia pierwszych Metalmanii, słuchaczy audycji Metal Top 20 - Dla tych, których w latach 80 serce zamieniło się w metal.

Koncert niemieckich weteranów odbył się w ramach wyjątkowej trasy Pumpkins United. Zespół wpadł na wyborny pomysł aby zaprosić na scenę byłych członków Helloween. Dla wielu fanów to było to święto, na które czekali  całe dekady. 

Listen now--we are calling you…

Dynie na obecnej trasie występują jako sepstet (sic) w następującym składzie:

Wokaliści:

Kai Hansen (1983-1988) – również gitara, uznany za „dziadka power metalu” – m.in. współzałożyciel Helloween, Gamma Ray.

Michael Kiske (1986-1993) – główny wokalista na najważniejszych dziełach zespołu, Keeper of the Seven Keys Part I (1987) oraz Keeper of the Seven Keys Part II (1988) i dla przeciwwagi dwóch albumów z okresu „eksperymentalnego” (1991-1993), uznanych za największe nieporozumienia w bogatej dyskografii Helloween.

Andi Deris – Nieprzerwanie od 1994 obecny wokalista.

Gitarzyści:

Michael Weikath – jeden z współzałożycieli Helloween, swoimi grymasami kasował wszystkich black metalowych mizantropów.

Sascha Gerstner – w zespole od 2002 roku, najmłodszy z wioślarzy, który rozpraszał publiczność interesującą stylizacja włosów. 

Sekcja rytmiczna:

Basista Markus Grosskopf obok Michaela Weikatha jedni muzycy będący od początku istnienia Helloween.  

Perkusista Dani Löble, który grzeje w dyniowe bębny od 2005 roku.

Co ciekawe liczba muzyków symbolicznie pokrywała się z ilością tytułowych kluczników.

Już na wstępie mogę napisać, że Helloween zagrał jeden z najlepszych koncertów 2017 roku. Trzy godzinna metalowa uczta, suto zasłana samymi klasykami. Koncert ten był wyjątkowy również ze względów organizacyjnych. Otóż wyobraźcie sobie, że w dzisiejszych czasach da się w względnie przystępnej cenie zobaczyć koncert  w warunkach na styku klubowego i halowego.  Bez idiotycznie sztucznych podziałów na golden circle etc. Hala Koło, choć niepozorna na pierwszy rzut oka, okazała się świetnym wyborem. 

Nie wszystko było idealne, zawsze znajdą się minusy. Osobiście dla mnie nagłośnienie nie było adekwatne do miejsca. Było za cicho, do tego stopnia, że skandująca i klaszcząca publiczność zakłócała występ. Śpiewający fani byli często głośniejsi niż wokaliści - a to  powinno być na odwrót. Reszta była bez zarzutu wszystkie instrumenty brzmiały bardzo czysto i selektywnie. Po koncercie przedstawiciele starej gwardii dyskutowali na temat dyspozycji wokalnej Michaela Kiske. Rzeczywiście czasem miałem wrażenie, że wokalista niedomagał, ale zrzuciłbym to na karb niedoskonałego nagłośnienia.  

And you scream… on Helloween!


Odnośnie śpiewających fanów, tuż za mną śpiewał pewien jegomość – Maciej ‘Rocker’ Wróblewski. Swoim potężnym falsetem robił takie spustoszenie, że przez chwile miałem wrażenie, że Helloween korzysta z technologii surround... W rzeczywistości okazał się to właśnie wokalista poznańskiego Wolf Spider, którego nie omieszkałem pochwalić i niestety speszyć. Po upewnieniu się że dobrze słyszę rzekłem  bez ogródek, że śpiewa lepiej niż Ci wszystkie zjednoczone dynie razem wzięte i to bez nagłośnienia!  Stwierdził tylko skromnie ze przesadziłem i niestety już później nie śpiewał tak gorliwie – mogłem się z tym wstrzymać do końca sztuki. Cala sytuacja skojarzyła mi się z filmem Gwiazda rocka (2001) - dla mnie osobiście, ten koncert miał nie trzech wokalistów a czterech. Rocker był ósmą dynią tamtego wieczora!

I'll show you passion and glory


Set był bliski ideału, coś na zasadzie historycznych tras Iron Maiden. Oparty na klasycznych albumach. Zagrano przekrój twórczości począwszy od pierwszej EPki Helloween (1985) przez dominujące występ obie części Keeper of the Seven Keys (1987-88) zahaczając o płyty z ostatnich lat. Nie zabrakło takich hymnów jak „Heavy Metal ( is the Law)”, „Eagle Fly Free”,„Power” – w zasadzie mógłbym tak wymieniać długo, bowiem cały koncert miał „hymniczny” charakter o czym świadczył niemal nieustający, czynny udział publiczności.

Zespół zaczął od przedstawienia się w utworze „Halloween” z nie albumowego singla, o takim samym tytule z 1987 roku. W zasadzie trudno o bardziej trafny otwieracz biorąc pod uwagę charakter trasy. Poszczególnym utworom towarzyszyły, animowane, barwne wizualizacje, które kompletnie przełamywały poważną i ponurą estetykę, która towarzyszy większości zespołom tego typu. To ciekawa odskocznia pomimo, że każda następna przebijała poprzednią w kategorii infantylności. Żeby zespół mógł nabrać tchu, co chwilę raczeni byliśmy krótkometrażowym serialem, opowiadającym o perypetiach dwóch zblazowanych dyniopodobnych. To był zdecydowanie humor o mocno niemieckim ciężarze gatunkowym. Przerywników tego typu naliczyłem siedem (pewnie znów nie przypadkowa liczba) i szczerze stwierdzam, już po trzeciej, nie tylko ja czułem przesyt.

Opublikowano: 01.12.2017 22:30. Ostatnia aktualizacja: 02.12.2017 19:55.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @deda Dlatego wniosek jest prosty - mało komu żyło się dobrze/normalnie w poprzednim ustroju....
  • @deda Był ceniony to prawda otrzymał ponadto w 1951 i 1952 Nagrodę Państwową II stopnia. Nie...
  • @Teutonick Jak lubujesz się w pierwotnym bezkompromisowym przemysłowym graniu to sięgnij po...

Tematy w dziale Kultura