Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 485 notek 176527 odsłon
Ignatius, 23 stycznia 2018 r.

Iperyt: No State of Grace (2011) - Recenzja

48 0 0 A A A
Antihuman Hate Generator
Antihuman Hate Generator

Ładnych parę lat trzeba sobie poczekać na kolejną dawkę iperytowego terroru. No State of Grace (2011) to następca bezkompromisowego debiutu z 2006 roku. Taka solidna przerwa zaowocowała pewnymi zmianami. Niektórzy twierdzą, że Iperyt spuścił z tonu, wplatając melodyjne solówki, bardziej nastrojowe pasaże. Rzeczywiście wokal jest bardziej „uczłowieczony”, występuje znacznie więcej organicznych momentów (jak na standardy ekstremalnego industrialnego metalu). Te wszystkie zmiany, traktuję, jako bardzo korzystne. Raczej błędem byłoby dalsze ściganie się ze sobą i powielanie Totalitarian Love Pulse (2006). Koncept doskonałej, morderczej monotonii nie powinien być powtarzany.

Nie oznacza to, że drugi długogrający album jest materiałem lekkim i przyjemnym w odbiorze. To nadal jest intrygująca fuzja ekstremalnego metalu i elektroniki. Zresztą również i w tym wypadku tytuł mówi sam za siebie.

 

The blade of terror shines again

Iperyt nie okazuje łaski od samego początku otwierającego „No State of Grace”. Grupa prowadzi nieprzerwany ostrzał, brzmienie jest bardziej soczyste, wspomniana maniera wokalisty jest bardziej „naturalna”. Jest to spazmatyczny, czytelny wrzask. Struktura jest mniej zagęszczona, tempo jest bardziej urozmaicone. Już w tym utworze słychać nieco inne podejście do własnego stylu. Więcej tu przestrzeni, dzięki czemu melancholijne melodie gitarowe mogą swobodnie płynąć. Przy tym automat brzmi jeszcze bardziej syntetycznie, za to brzmienie jego jest pełniejsze. Słychać, że programowy był z większą wprawą i rozwagą. Jednak niech nie zwiodą was pozory, nadal Iperyt jest ponadprzeciętnie zabójczą bronią masowego rażenia.

Wspomniane wyżej nowinki sprawiają, że poszczególne utwory zyskują na swoistej „przebojowości”, przykładem jest „Scars are Sexy” – bezwzględna luta na najwyższych obrotach. Wszystko w tym utworze wgniata w ziemię z impetem godnym poprzedniej płyty. Po minucie szlachtowania wpleciony zostaje wolniejszy, zyskujący na ciężarze pasaż z melodyjnymi partiami gitary.

Never ending sequence of agony

A split second nightmare rapture

A constellation of perverted dreams

Transformed into momentary salvation

Im głębiej wgryzamy się w tę płytę, tym więcej sprawia frajdy. Dwa następujące po sobie utwory: „A Pocket Size of Armageddon” i „Antihuman Hate Generator” sieją gargantuiczne spustoszenie. Pierwszy rozpoczyna się rojącym się gitarowym wstępem podbitym masywnym beatem. Motyw przewodni jest jak na iperytowe standardy, średnio szybki. Główną siłą utworu są nagłe intensyfikujące zrywy. Uwagę przykuwa post apokaliptyczny nastrój, przemysłowe wstawki dosłownie wgniatają. Wszystko to i tak przygrywka do kulminacyjnego tytułowego armageddonu, który wcale nie jest taki kieszonkowy. Siła rażenia jest tak potężna, że ostają się po niej zaledwie dymiące skorupy.   

Antyludzki generator nienawiści to jeden z najbardziej skocznych ciosów jaki ten zespół poczynił. Czysta motoryczność, skłaniająca do intensywnego headbangingu. Thrashowe zacięcie sprawia wrażenie, nakręcania się własną niszczycielską furią. Ilość sampli i klimat przywołuje wspomnienie o tym co się wyprawiało na poprzedniej płycie. 

W „Blades of Malice & Scorn” smutna ambientowa mgiełka zdławiona zostaje przez prace maszyny, która szybko osiąga swoje ulubione tempo pracy. Rozdzierające wokalizy mechaniczny rytm, masywne tąpnięcia, zimny cyfrowy puls poprzedza nadciągający sztorm dekonstrukcji. Powrót maszyn kroczących, które salwami rażą krytycznymi uderzeniami.

Wesołej dewastacji ciąg dalszy następuje w „The Antithesis”. Dramaturgia budowana przez minimalistyczną gitarę współgra z eskalacją maszynowego transu. Kolejny dynamiczny wielowątkowy utwór, urozmaicany odpowiednimi wstawkami. Na swój sposób jest to „przebojowy” utwór, któremu nie sposób się oprzeć. Zwłaszcza  finałowi z pięknymi krągłościami solówki gitarowej. 

Zdecydowanie najbardziej klimatycznym w kontekście około industrialowym punktem programu jest „Keep Your Eyes Close”. Rozpoczynający się sygnałem alarmowym i zapętlonym beznamiętnym głosem. Odliczanie do samozniszczenia, w tle drum’n’bassowe harce. Gitarowy szczęk zamienia się w pogrzebowy  riff, długie elektroniczne sople lodu zadają szybkie sztychy. Atmosfera globalnej zagłady, w tle słychać trzask płomieni dopalających się pogorzelisk.


Matryca generuje okrutny, brutalny, nieludzki rytm, soczyście meandrująca gitara na tle przemysłowego tumultu. Impet wciąż nabiera mocy, spala do białości rozpalona błyskawica sentymentalnej neoklasycznej solówki – to przez nią „Into the Mouth of Madness” zapada głęboko w pamięci.


Automat ustawiony na tryb skrupulatnego szatkowania, gitarzyści mielą, rytm rozdrabnia, zachrypnięty agonalny pomruk wokalisty. Nieuniknione kolejne atomowe fale pasaży w „Nuclear Mornings” zniewalają skondensowanymi, niekończącymi się zasobami ekspresji.
Szczęk pracującej maszyny, wtem otwiera się cybernetyczny portal. Po raz kolejny zespołowi udaje się ekstremę pożenić z rodzajem chwytliwości. „The Player” sprawia wrażenie próby oddania atmosfery hybrydy koncertu i wiecu. Zindoktrynowany tłum agresywnie skanduje, stadionowy, rockowy riff i bardzo cielesna sugestywna wstawka dopełniają całości.

Chropowaty brudny gitarowy zgrzyt, zacięta maszyna krztusi się. To chwilowa usterka, po odblokowaniu, wznawia pracę w swoim tempie. Zniewala zardzewiały akustyczno-industrialny pasaż skarżący się głos wokalisty. 

Slowly, slowly

I'm falling into the abyss of nothingness

Slumbering in the emptiness so terribly delightful

And splendidly endless

And all the images blur and disappear

In this sacred darkness of mine


Iperyt decydując się na lekką modyfikację swojego stylu postąpił słusznie. Oba krążki są zabójcze, wzajemnie uzupełniając się. Jest to jedna wielka mizantropiczna wolta, notorycznie wyostrzająca apetyt na więcej. 

Na koniec parę słów o oprawie graficznej, wydanie kompaktowe i winylowe opatrzone zostały dwiema różnymi okładkami - wydanie winylowe zdecydowanie jest lepsze. Z drugiej strony wersja CD naszpikowana jest atrybutami odwołującymi się do I Wojny Światowej, przez co zyskuje na spójności w stosunku do nazwy zespołu. 


Opublikowano: 23.01.2018 23:45. Ostatnia aktualizacja: 24.01.2018 00:05.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Poliszynel Coś w tym z pewnością jest, ale popatrzmy na to z drugiej strony -  jednym...
  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...

Tematy w dziale Kultura