Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 490 notek 181532 odsłony
Ignatius, 10 marca 2018 r.

Voidhanger: Working Class Misanthropy (2013) - Recenzja

84 0 0 A A A
BEZ POCZĄTKU - BEZ KOŃCA - WIZJE JAK OSTRZA  PRZECINAJĄ WIĘZY ZWĄTPIENIA
BEZ POCZĄTKU - BEZ KOŃCA - WIZJE JAK OSTRZA PRZECINAJĄ WIĘZY ZWĄTPIENIA

The greatest trick the devil ever pulled was to convince the world he didn't exist

 

Po otwierających album, słowach Kevina Spacey’a z filmu Podejrzani (1995) przechodzimy do bezlitosnej chłosty pt. „No Ground to Hold”. Tak zaczynają się wyjątkowo smakowite, niespełna trzydzieści cztery minuty obcowania z dziełem fascynatów, fanów, miłośników tego co w muzyce metalowej najlepsze. Każda sekunda tego albumu o tym świadczy, nie ma tu zbędnej nutki, są niezmierzone pokłady rozrywającej energii. Przelano na tę płytę hektolitry pasji, szczerości, krwi wymieszanej z alkoholem i potem.   

Kolejny wstaje dzień

Kolejny dzień końca…

Brzmienie Working Class Misanthropy (2013) to wypadkowa majestatu Wrathprayer (2011) i syfilisu EPki The Antagonist (2012). Kompromis ten wyszedł na więcej niż dobre. O jego słuszności świadczy to, że nic nagraniu nie brakuje. Wyważono selektywność potężnego brzmienia z akcentowaną siarczystą szorstkością gitar. Wokalnie Warcrimer przechodzi siebie wkładając swe metalowe serce i inne trzewia w to co robi. Jego maniera jest złowroga, agresywna, przy tym zachowuje zdrowy rozsadek w kwestii czytelności. Utwory kipią adrenaliną, są rozbudowane pełne dojrzałego kunsztu. Jednak to co najważniejsze, to fakt, że muzycy tworzący Voidhanger, nie zatracili „młodzieńczego” nerwu, wciąż potrafią wzniecać ten płomień, który stanowi podstawę tego gatunku muzyki.   

Pulsuje pięknem życia

W cudownym blasku słońca…

Bardzo dobrze to słychać w tytułowym utworze. Średnio szybkie tempo, ciężkie gitarowe mielenie z siłą Zyklona, silny, bojowy pomruk Warcrimera i towarzysząca wszystkiemu, rozdzierająca dominacja podwójnej stopy Priesta. To tylko przygrywka do drugiej części utworu, którą rozpoczyna karkołomny, druzgocący zryw. Zryw ten prowadzi do silnego wzburzenia mas nasiąkających mizantropią. Żądnych negacji wszystkiego i wszystkich. Całość została nagrana tak, że nie można powstrzymać się od mimowolnego skandowania, nóżki też same wyrywają się w tany. To całe niezdrowe rozpasanie ucina gorzki finał.

Nadziwić się nie mogę jaka ta płyta jest hiciarska – takiego natężenia killerów Kat by się nie powstydził…

 

I znowu serce rośnie

I znowu wpadam w zachwyt…

Czas na jeden z największych szlagierów, w dodatku popełniony w rodzimym języku - Dni szarańczy. Thrash metalowy oklep, pełną przegniłych pieńków gębą. Z równie miazgatorskim tekstem, który długo będzie was prześladował po odsłuchu. Uszami wyobraźni słyszę cały krążek w języku polskim w wykonaniu Voidhanger. Zakładając, że album taki utrzymywałby „poziom” „liryczny” – wówczas to byłoby naprawdę coś.

 

Z zapisu przesłuchania Pawła Tuchlina:

A ile podejrzany uderzeń zadał ofierze?

- To się nigdy nie liczy... ręka sama chodzi…

 

Słuchając utworu „Scorpion rzeczywiście ręka sama chodzi... zresztą nie tylko ręka, amok ogarnia wszystkie członki, rozochocone do ponurego tańca. Przed nami trzecia sylwetka prlowskiego seryjnego mordercy kobiet. Skorpion – bo taki kryptonim nadała milicja, to skazany na śmierć przez powieszenie w 1987 roku Paweł Tuchlin. Skorpion na przełomie lat 70/80 zamordował dziewięć kobiet, usiłował ponadto zamordować jedenaści innych ofiar. Działał głównie na Pomorzu.

Jadowite wokalizy, fale perkusyjnej kawalkady, gitara piłuje aż milo… kolejne wstawki skłaniające do skandowania, tak jakby płyta pisana była z myślą o koncertowych wojażach. Tu jest naprawdę wszystko, krew, siarka, łańcuchy, ćwieki - oldschool zaserwowany w świeży i atrakcyjny sposób. 

Kolejny chwytam dzień

Kolejny dzień szarańczy…

Piosenka dedykowana Lennonowi to  jeden z moich absolutnych faworytów. Song for Lennon to wspaniała antyteza „Imagine” – sztandarowego przykładu hippisowskiego bełkotu ułudy. To bodaj najbardziej frapujący utwór w dotychczasowym dorobku Warcrimera i spółki. Szydercza deklamacja wokalisty, siarczysta ściana dźwięku, podtrzymuje sklepienie wagi zaskakująco trafnych słów. Dziwię się, że tyle trzeba było czekać, na tak zabójczo celnie trafiającą w sedno ripostę.

Za matek brudne łona…

Pieśń numer sześć zatytułowana „Uniesienie”, to kolejny potencjalny koncertowy przebój w języku polskim. Hipnotyczne tempo perkusji - Priest bryluje na tym albumie, to co zgotował perkusista przechodzi ludzkie pojęcie (mimo, że nie epatuje wybitnie techniczną grą). Budząca trwogę gitarowa melodyka uwzniośla ten kolejny do kolekcji nihilistyczny hymn.

 I pociech podłe gusta…

Czarny, duszny, gryzący gitarowy dym. Śmiercionośna sekcja rytmiczna, po raz wtóry wprawia w mroczny trans. Anihilująca apoteoza starej szkoły, w tym jednym „Days of Cathartic Solitude” spotykają się elementów różnych styli. Podkreślono to zwłaszcza w sferze przekroju manier wokalnych. Tekst stanowi zgrabnie poskładana kompilacja tytułów kultowych albumów i utworów, które niewątpliwie stanowiły i stanowią żywą inspirację nie tylko dla muzyków Voidhanger.  

I ojców myśli czyste jak starych kurew usta!

Dla odmiany, kolejny sromotny cios wieńczy płytę. Tym razem utwór poświęcony fikcyjnemu oprawcy – a w zasadzie oprawczyni. Tytułowa „Ilsa” to bohaterka kultowej w niektórych kręgach serii filmów erotycznych z lat 70 utrzymanych w realiach II Wojny Światowej. Mowa o Elzie znanej jako Wilczyca z SS. Jest to intensywny, wyjątkowo zwarty utwór. Kolejne fale agresji wykwitają kwieciem wyjątkowo złymi – jednym słowem wunderbar!

Wydana dwa lata po debiucie płyta Voidhanger to wyraźny skok jakościowy. Jest to album kompletny doskonale zrealizowany i dopracowany. Niezwykle spójny pomimo rozsądnego eklektyzmu, w ramach proporcji stosowania poszczególnych środków masowego rażenia. Ten album można zapętlać i słuchać kilka razy podrząd. Nawet się nie obejrzycie, że z każdym odsłuchem, co raz bardziej się od tej płyty uzależnicie. Dlatego nie pozostaje nic innego jak wznieść tost…

Kolejny wznoszę toast

Cynicznie, tak jak zawsze

A gnijcie skurwysyny

W te piękne dni szarańczy


Opublikowano: 10.03.2018 17:45. Ostatnia aktualizacja: 10.03.2018 18:03.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Poliszynel Coś w tym z pewnością jest, ale popatrzmy na to z drugiej strony -  jednym...
  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...

Tematy w dziale Kultura