Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 481 notek 172166 odsłon
Ignatius, 23 marca 2018 r.

Ponury żniwiarz gitary: Black Label Society - Relacja

175 0 0 A A A

W pierwszy dzień astronomicznej wiosny, w krakowskim klubie Studio hucznie przywitano Panią Wiosnę. 

Zakk Wylde jest z gatunku tych artystów, którzy dają z siebie wszystko. Typowe amerykańskie, biznesowe podejście do sprawy, hołubione np. przez KISS – w myśl zasady, klient zapłacił, klient po wszystkim ma być zadowolony. Zgadza się zestawianie czołowego przedsiębiorstwa nastawionego na wyrywanie grubej kasy z skromnym Black Label Society, jest może mało fortunne. Jest jednak szczątkowy wspólny mianownik – są to wyraziści przedstawiciele amerykańskiego rocka/metalu. Nie wiem czy to było najbardziej „ponure” show na Ziemi, z pewnością było to show rasowe, w południowym stylu rock and rollowe.

W roli słusznego rozgrzewacza wystąpili Szwedzi z Monolord - wszak aura wskazywała, że Marzanna ma się dobrze i niechętnie spłonie bądź utonie. Dlatego garażowe, brudne, szorstkie niczym pustynny piach brzmienie stonerowców sprawdziło się wybornie. Szkoda tylko, że trio to zwijać się musiało po ledwo półgodzinie. 

Fani wykrystalizowanego stylu Black Label Society powinni być usatysfakcjonowani repertuarem jaki został zaprezentowany. Set był zdominowany przez dwie płyty: 1919Eternal (2002) oraz Blessed Hellride (2003). Na pierwszy ogień na ruszt rzucili „Genocide Junkies”, kawał krwistego steka, tłuczonego rytmicznymi, mięsistymi riffami przerywanymi przepysznymi i jakże efektownymi popisami solowymi gitarzystów – tak, tak swoje trzy grosze dorzucił również gitarzysta rytmiczny Dario Lorina. Przeplatanka kawałków z tych akurat płyt sprawił, że występ był esencjonalny jeżeli chodzi o twórczość BLS. Podczas drugiego utworu tamtego wieczoru – „Funeral Bell” atmosfera pod sceną gęstniała z sekundy na sekundę – nie obyło się niestety bez chamówy, część wyjątkowo egoistycznych fanów na siłę ryło się pod barierki, nie bacząc, na to, że brutalnie taranują dziewczyny. Niby powszechne zjawisko, sam się zastanawiałem czy o tym wspominać, ale ubodło mnie to, że byli to członkowie (powinienem napisać członki) polskiego fanklubu, a to powinno zobowiązywać… Jak już jesteśmy w temacie fanklubu, to muszę wspomnieć o kuriozalnej sytuacji, która miała miejsce podczas finału. Przedstawiciele Polish Chapter mieli ze sobą fanklubową flagę, którą rzucili zespołowi – i tu najlepsze z myślą, że Zakk ją zwróci, po tym jak się już nią nacieszy… Po koncercie chyba bitą godzinę lamentowali, z powodu jej utraty. Jest to dla mnie absolutnie niezrozumiałe – ja tam bym się cieszył i czuł wyróżniony, że muzyk postanowił sobie zachować flagę na pamiątkę. Nic nie stoi na przeszkodzie zrobić sobie nową. Widocznie fani ci mylą ideały południowców z prostactwem rednecków .

Walka pod sceną była zażarta niemal przez cały czas trwania koncertu, odsapnąć można było dopiero podczas pianinkowego recitalu kiedy to najpierw Dario a potem Zakk zasiedli przy klawiszach. To był czas rockowych, rzewnych, smutasów-przytulasów, jak na zespół obracający się w southernowych rejonach przystało. Tu na uwagę zwracały zwłaszcza „Spoke in the Wheel” – niestety jedyny rodzynek z pierwszej płyty, oraz „In the River”, utwór poświęcony gitarzyście Dimebagowi Darrellowi (1966-2004), który został zastrzelony podczas koncertu. Wykonaniu ballady, towarzyszyły, wywieszone na wzmacniaczach wizerunki gitarzysty Pantery. Na mój gust ten fragment koncertu był nieco za długi, mimo to była to okazja aby zobaczyć i posłuchać Zakka w roli klawiszowca, który pokusił się nawet o mały popis solowy na tymże instrumencie. W dodatku jedną ręką – druga zajęta była sięganiem po kubek mrożonej herbaty (sic). Reszta setu była jak na black labelowe warunki skoczna i syta, nie zabrakło takich strzałów jak np. „Suicide Messiah”, „Concrete Jungle i oczywiście reprezentantów najnowszej płyty. Odnoszę wrażenie, że została ona potraktowana dziwnie po macoszemu. „Trampled Down Below” zagrano dopiero jako siódmy utwór!

Punktem kulminacyjnym koncertu był utwór „Fire it Up” a konkretniej niespodziankę jaką Zakk Wylde sprawił publiczności. Gitarzysta rozpoczął niekończące się solo, zarzucając sobie gitarę na barki i postanowił udać się na drogę krzyżową przedzierając się przez morze fanów (z tym morzem to przesadziłem, powiedzmy staw). Muzyk był oczywiście otoczony obstawą składającą się z ochrony i technicznych, było to przedsięwzięcie niezwykle widowiskowe, choćby ze względu na długość przewodu łączącego instrument z nagłośnieniem– Zakk przez całą drogę wycinał swoje solo, a zawędrował nawet na balkon.


Cała akcja wywołała stosowne reakcje zaskoczonej widowni. Zresztą tak było przez cały czas trwania koncertu.

Jednym z symptomów dobrego przyjęcia harców Black Label Society, były napastliwe fale stagediverów, jedne po drugim napływały w stronę sceny. Łapacze praktycznie nie mieli chwili wytchnienia – mimo to zachowali pełen profesjonalizm. Ogólnie organizacja koncertu była nad wyraz sprawna, dzięki czemu wszystko skończyło się o ludzkiej porze (to istotne zważywszy na to, że sztuka odbyła się w środku tygodnia).

2018 rok to dla fanów Zakka Wylda bardzo wyjątkowy rok, gitarzysta będzie towarzyszył Ozziemu w trasie koncertowej No More Tours 2. W ramach tejże, odbędzie się również w Krakowie, 26 czerwca 2018 w roli gwiazdy Impact Festival. 


Ignacy J. Krzemiński

Opublikowano: 23.03.2018 21:45. Ostatnia aktualizacja: 25.03.2018 22:06.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...
  • @Teutonick  Mam z obu, ...
  • @Teutonick Dobrze, dobrze im więcej tym lepiej - w tej "dyscyplinie" konkurencja jest zawsze...

Tematy w dziale Kultura