Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 483 notki 175093 odsłony
Ignatius, 1 kwietnia 2018 r.

Zbroczona krwią Ziemia: Venom Inc. / Suffocation - Relacja

156 0 0 A A A

W Wielką Sobotę w katowickim MegaClubie odbyła się nie lada metalowa uczta pełna egzotycznych dań i przekąsek. Był to koncert w ramach światowej trasy Venom Inc. i Suffocation. Zespołów przedstawiać nie trzeba ale jednak krótkiego komentarza wymagają.

Venom to żywa legenda, niechciany bękart N.W.O.B.H.M. Powszechnie przyjmuje się, że to bluźniercze trio z New Castle jest kamieniem węgielnym wszystkiego co ekstremalne w muzyce metalowej. Pierwsze dwie płyty, z początku lat 80 zapoczątkowały nurty thrash i black metalu – nazwa pochodzi od płyty tektonicznej - Black Metal (1982). Oczywiście w porównaniu z dziełami późniejszych epigonów dziś te płyty jawią się jako trochę brudniejszy rock and roll ale kilka dekad temu była to zaprawdę wstrząsająca i asłuchalna muzyka… W garażach i piwnicach na całym globie katowano utwory Venom - na dziedzictwo tego zespołu powołują się tacy giganci jak Metallica, Slayer, Possessed, Death, jarająca kościoły Norwegia - wymieniać można w nieskończoność... 

Zespoły z długim stażem borykają się z różnymi problemami, w tym personalnymi. Z tego powodu funkcjonują obecnie dwa Venomy: Venom pod dowództwem wokalisty/basisty Cronosa oraz Venom Inc. gdzie hałasują dla szatana gitarzysta Mantas i perkusista Abbadon – tego drugiego niestety zabrakło na trasie ze względu na sprawy rodzinne (spodziewał się narodzin dziecka). W jego miejscu został zaangażowany amerykański perkusista Jeremy Kling, który urodził się w roku wydania wspomnianej drugiej płyty Venom. Skład dopełnia wokalista i basista Tony ‘Demolition Man’ Dolan (m.in. Atomkraft), który para się aktorstwem (nic dziwnego biorąc pod uwagę aparycję wyjątkowo skrzywionego zwyrola, którego nie chciałoby się spotkać nigdzie, niezależnie od pory dnia). Postać ta nie jest taka przypadkowa, Demolition Man został zaprzęgnięty do Venom pod koniec lat 80, z którym nagrał trzy płyty.

Po tej krótkiej historii czas wrócić do teraźniejszości, co proste nie jest bo nadal mi dzwoni w uszach i głowie, która ledwo trzyma się obolałego karku… Koncert ten to wspaniała przystawka do Metalmanii, która odbędzie się 7.04., złośliwie można by rzec, że w dużej mierze skład trasy Blood Stained Earth Tour 2018 kosi wiele załóg, które wystąpią w katowickim Spodku… Pięć zespołów, które wystąpiły w sobotę ciekawym zrządzeniem reprezentują większą część kontynentów. Przez co w Katowicach zrobiło się egzotycznie a nawet orientalnie. Jako pierwsi wystąpili Japończycy z Survive, którzy zaprezentowali trochę zbyt cukierkową i plastikową mieszankę thrashu i metalcora. Nie było to złe, jako rozgrzewacze sprawdzili się całkiem sympatycznie. Apropo rozgrzewki – ujmujący był widok dwóch słuchaczy, którzy rozgrzewali się do moshowania: były przysiady, rozciąganie, pełna profeska, co by się kontuzji nie nabawić. Prawdziwi „króle parkietu” mieli przez większość wieczoru moshpit tylko dla siebie, zagęszczać zaczęło się dopiero przy Nervosie. Jako drudzy wystąpił kanadyjski death metalowy zespół Aeternam, tu już muzycznie było znośniej choć, nadal kłuł po uszach zbyt ugrzeczniony szlif. Nawet nie chodzi o pseudofolkowe wstawki i sztampowe do bólu orkiestracje, które gdzieniegdzie przewijały się podczas występu. Jeżeli miałbym znaleźć jakieś pozytywy to na pewno byłyby nim umiejętności gitarzystów, którzy zapodali kilka poprawnych solówek.

 Pierwszym konkretnym występem był koncert brazylijskiego thrash metalowego żeńskiego tria – Nervosa. Dało się zauważyć nawet fanów uzbrojonych w koszulki, rzeczywiście był to występ gdzie dużo więcej osób wstało aby się trochę poruszać. Była to mocna porcja rasowego łojenia w najlepszym stylu. Dziewczyny zdecydowanie wiedziały jak powinno się grać i mam nadzieję, że nie raz jeszcze nawiedzą nasz kraj. Set był jadowity, motoryczny i bardzo energetyczny. Swoją charyzmą zmietli swoich poprzedników jednym uderzeniem w stronę. Nervosa zjada z butami nie jeden męski pozerski band …Wokalistka/basistka serwowała groźne grymasy, utrzymywała kontakt z publicznością. Nervosa. Gitarzystka też szyła jak należy, jednak w zdumienie największe wprawiała najdrobniejsza perkusistka, która solidnie wymiatała.

Pierwszą gwiazdą wieczoru był nowojorski klasyk technicznego brutalnego death metalu - Suffocation. To była duszna, odhumanizowana, niekończąca się masakra. Trochę niedomagało brzmienie, przez co zespół tracił na selektywności. Był to najbardziej intensywny i morderczy występ. Cały kwintet się nie oszczędzał, gitarzyści dokonywali wiwisekcji swoimi niezdrowymi solówkami – tu brylował jak zawsze Terrance Hobbs.

Najlepiej nagłośniony był basista Derek Boyer, który zachwycał swoją oryginalną techniką gry, podziw wzbudzała również model gitary basowej, którą opierał o podłoże niczym kontrabas. Jeżeli ktoś lubi mocno wysuniętą, w dodatku niebanalną grę na tym instrumencie musiał być bardziej niż usatysfakcjonowany. Perkusista Eric Morotti tak brutalnie znęcał się nad swoim zestawem perkusyjnym, że okleiny z centralek zaczęły odłazić (aczkolwiek to raczej była wina ich prowizorycznego naklejenia, bowiem na tej trasie oba headlinery korzystają z tej samej perkusji). Mimo wszystko było to istne ludobójstwo na wysokich obrotach. Szkoda, że zabrakło oryginalnego wokalisty w osobie Franka Mullena – ponoć doczekamy się oficjalnej trasy pożegnalnej tego wybitnego gardłowego. Nie mniej nie można odmówić talentowi i zaangażowania jego tymczasowego zastępcy – Rickiego Myersa. Wokalista ten również dzielnie wypruwał sobie flaki, dla spragnionej głębokiego wyziewu gawiedzi. Set Suffocation był przekrojowy, w dużej mierze oparty na kanonie pierwszej i trzeciej płyty. To właśnie „trójeczką” – krwawą łaźnią zatytułowaną „Thrones of Blood”. Bestialstwo to toczyło się już do samego końca. Dziwnie mało było z ostatniego krążka. Chyba największe spustoszenie siały utwory z EP Despise the Sun (1998) – zwłaszcza „Catatonia” dedykowana wszystkim zespołom biorącym udział w trasie. Szkarłat posoki przelewany był bez pamięci w takich standardach death metalowej sztuki jak tytułowe „Effigy of the Forgotten”, „Pierced from Within”… Niestety ostatnim aktem był „Infecting the Crypts”. Zespół siał spustoszenie tak gęsto, że nietrudno było się udusić od zawiłych zagrywek, karkołomnych przejść, dewastujących pasaży. Trochę irytujące były zbyt częste dudniące przerywniki, w zasadzie chyba co każdy utwór, gasło światło, tak jakby ekipa musiała chwilę odsapnąć. W sumie aż tak bardzo mnie to nie dziwi, zważywszy na tak wymagający repertuar – chyba jednak wiek zaczyna doskwierać co poniektórym rzeźnikom.

Opublikowano: 01.04.2018 18:30. Ostatnia aktualizacja: 01.04.2018 19:30.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...
  • @Teutonick  Mam z obu, ...

Tematy w dziale Kultura