Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 462 notki 164262 odsłony
Ignatius, 9 kwietnia 2018 r.

Metalmania 2018 - Relacja cz. II

513 7 0 A A A

Po germańskich nawiedzonych dźwiękach, z odsieczą przybyli wyznawcy oldschoolu rodem z Australii. Występ  Deströyer 666 niestety również nie obył się bez problemów technicznych (prawdopodobnie kontynuacja usterki z jaką borykał się gitarzysta Mekong Delta). Gdyby tylko dało się przewidzieć taki obrót sprawy, miałbym szanse na autografy Napalm Death – widocznie niemożna mieć wszystkiego. Mała obsówa nie miała większych konsekwencji dla reszty harmonogramu, prawdopodobnie ucierpiał set zespołu. Deströyer 666 spuścił na spodek deszcz smoły i siarki w pierwotnym, barbarzyńskim wydaniu. Skąpani w szkarłatnym świetle toczyli krwawą pożogę czarnego death thrashu.  

Niczym wygłodniałe i spragnione krwi wilki ruszyły do ataku, siały zatrważający zamęt i spustoszenie. Mariaż najlepszych składników metalowej ekstremy muśniętej dostojnym majestatem, z miejsca został kupiony przez publiczność. W tym krótkim secie zespół skakał po całym swym dorobku nie wyłączając EPek: Terror Abraxas (2003) i najświeższej Call of the Wild (2018) którą reprezentowała odświeżona wersja utworu „Trialed by Fire”.  Ppierwotna wersja ukazała się notabene właśnie na Terror Abraxas (2003) . Najdłużej wilki z antypodów zatrzymywały się na drugim długograju Phoenix Rising (2000) jednak nie ma co ukrywać, że najbardziej piekielnie wypadł „Satan’s Hammer” z debiutu. Niestety była to króciutka bitwa, którą zwieńczył „Lone Wolf Winter”.

Na małej scenie załapałem się na stary dobry zespół z Kutna - Alastor to kolejny polski thrash metalowy weteran, który próbował podbić świat na przełomie lat 80/90. Zespół z przerwami przypomina o sobie dostosowując się do realiów. Od kilku lat zespół modernizuje swoje brzmienie. Alastor to thrash/groove metalowa energetyczna petarda, z coreowym wyszczekanym wokalem. Całość prezentuje się pozytywnie i bezpretensjonalnie. Uwagę przykuwał nadruk na koszulce Marysia prezentujący krzyż św. Benedykta, będącym mocnym chrześcijańskim symbolem – egzorcyzmem. Na Metalmanii prezentowało się to egzotycznie. Stanowiło to silny kontrast dla bardziej oczywistych dla tego typu klimatów wzorów, które np. nawoływały pól żartem, pół serio do spalenia lokalnego kościoła... to świetny dowód na to jak zaślepieni jesteśmy schematami myślowymi. Metalu nie słuchają tylko i wyłącznie „szataniści” w trakcie preparowania potrawki z kota sąsiada. Wracając do najbardziej interesującej nas muzyki, Alastor głównie skupiał się na środkowym, interesującym okresie, czyli albumach takich jak Żyj, gnij i milcz (1997) czy Spaaazm (2009), które charakteryzują się szorstką rytmiczną jazdą z dobitnymi, egzystencjalnymi tekstami jak np. „Głową w mur”, czy przejmujący „On” poświęcony Aniołowi Stróżowi. Zagrano również nowe utwory takie jak m.in. „Niewinność” – po zapowiedzi utworu, niektórym od razu przyszła na myśl katowska ballada…

Kat & Roman Kostrzewski akurat tejże ballady nie zagrał, ale i tak było pięknie. Na dużej scenie po tak diablo mocnym Niszczycielu Sześćset Sześćdziesiąt Sześć przyszedł czas na rodzimych krzewicieli liczby bestii. Nie wiem czy takie było założenie, ale wyjątkowo thrashowa była tegoroczna Metalmania. Niczym ukłon w stronę początków festiwalu. Dlatego trudno sobie wyobrazić bardziej naturalne środowisko dla Kata niż deski Metalmanii. Zwłaszcza, że rok temu Roman Kostrzewski został oddelegowany jedynie przy okazji promocji książki.

Kat i Roman Kostrzewski na dużej scenie sprawdza się równie dobrze jak w klubowym wydaniu. Co prawda liczyłem na coś specjalnego, z tej okazji. Może niekoniecznie na miarę legendarnych tancerek (swoją drogą zastanawiam się, czy Roman pokusiłby się o powtórzenie tego numeru z przed ponad trzech dekad). Z tej okazji idealnym posunięciem, byłoby odegranie w całości Oddechu wymarłych światów (1988). Płyta ta była rzeczywiście szerzej reprezentowana na tle reszty: „Śpisz jak kamień”, „Diabelski dom cz. II”, „Sex Mag”, „Głos z ciemności”. Jakby nie patrzeć ponad połowę krążka zagrali. Katowską egzekucję rozpoczął utwór „Czarne Zastępy”. Bardzo klasycznie i adekwatnie do święta metalu. Przy zapowiedzi kawałka „Milczy trup”( z jak na razie ostatniej autorskiej płyty) - Roman zapewniał, że nowe dzieło jest w przygotowaniu. Przed zapowiedzią utworu ktoś zaczął intonować „100 lat” – śpiewane chyba już na każdym koncercie.

Pomimo ograniczonego czasu zespól upchał dwie ballady, co raczej przypadło słuchaczom do gustu. Epicko wszyscy odśpiewali jak hymn „Łzę dla cieniów minionych” - takie rzeczy naprawdę zapadają na długo w pamięci. Instrumentaliści, zwłaszcza gitarzyści, co raz śmielej sobie poczynają, z oryginalną materią wykonywanych utworów. Odniosłem wrażenie, że również Irka trochę ponosiła za perkusją, podkręcając nieco tempo. Świadczy o tym, że utwory te są wciąż żywe i to dobrze, że muzycy nie ograniczają się do mechanicznego odgrywania pierwowzoru.

Opublikowano: 09.04.2018 23:00. Ostatnia aktualizacja: 09.04.2018 23:18.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Partie basu w tym wypadku tak jak w Black Sabbath czy Ironach to równoprawny instrument. Inna...
  • Paradoksalnie główny spadkobierca w osobie Putina zakazał występu w Moskwie.
  • To prawda ta cała szufladkomania zapędziła się w kozi róg - potem wszystko się zaczęło...

Tematy w dziale Kultura