Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 483 notki 175099 odsłon
Ignatius, 10 kwietnia 2018 r.

Metalmania 2018 - Relacja cz. III

216 0 0 A A A

Po zaprawionym alkoholem piekle wznieconym przez Voidhanger - przy małej scenie było wręcz duszno i wilgotno od potu. Niestety nie pomyślano o klimatyzacji tej części Spodka. Szczęśliwie główna hala była skrupulatnie schładzana, co było istotne dla walczących na płycie. Moshpit był naprawdę konkretny i z perspektywy trybun robił duże wrażenie.

Przy okazji małej sceny, przypomniała mi się kuriozalna sytuacja, która miała miejsce podczas występu Roadhog. Kiedy to przez tłum publiczności zaczęła się przedzierać starsza Pani... z paletą. Nie długo później śladem Pani przeszedł prawdopodobnie konserwator z drabiną. Zdziwienie malujące się na twarzach ludzi skupionych na muzyce było bezcenne.

Przedłużam niepotrzebnie dygresjami, a tu trzeba przejść w końcu do największych gwiazd XXIV edycji Metalmanii. Jak wiadomo pierwotna czasówka uległa zmianie, przez co najbardziej wyczekiwany koncert festiwalu odbył się wcześniej. Emperor zagrał przed Napalm Death - o zmianie tej organizatorzy informowali oczywiście z znacznym wyprzedzeniem.

Fani w naszym kraju, czekali na koncert Emperor znaczną czas swojego życia. Ostatni raz legenda norweskiego black metalu była w Polsce dziewiętnaście lat temu! Muzycy zdążyli dojrzeć (?) przez ten czas i dziś już ani trochę nie przypominają trv evil leśnych pand. Dziś Emperor swą prezencją przypominają ułożoną bandę hipsterów. Jednak co najważniejsze nie zmieniło się podejście do muzyki lub, nie zmieniło się ono radykalnie aby dawało się to w jakikolwiek sposób odczuć.

Emperor nie zagrał zwykłego koncertu - to było magiczne misterium. Norwegowie czarowali swoją muzyką, wydobywając z swej wizji symfoniczno-progresywnego black metalu, to co najdostojniejsze i najpiękniejsze. Występ był pozbawiony teatralnego przepychu. Postawiono na minimalizm, wzniosłość podkreślały jedynie doskonała feeria świateł.

Cesarz wystąpił w Polsce w ramach objeżdżania festiwali z okazji dwudziestolecia albumu Anthems to the Welkin at Dusk (1997). Oparcie koncertu na takiej płycie było wprost wyborne. Zwłaszcza, że poprawiono trzema utworami z jedynki – myślę, że Spodek nie wybaczyłby i nie wypuścił zespołu bez zagrania „I am the Black Wizard” czy „Inno a Satana”. Ten ostatni idealnie sprawdził się jako zwieńczenie monumentalnego występu.  

Gdybym musiał się do czegoś przyczepić, to na mój gust suche brzmienie podwójnej stopy Tryma, ale to jest niuans naprawdę niewarty uwagi. Cała reszta była doskonała. Wokalnie Ihsahn był bezbłędny, brzmienie było klarowne i selektywne, ale nie sterylne. Bylem prawdziwie zahipnotyzowany występem Emperor. Bezwzględnie był to najlepszy i najbardziej wartościowy występ Metalmanii Anno Domini 2018 – to, że bił na głowę gwiazdy z poprzedniej edycji, chyba rozumie się samo przez się.

Jedno z muzycznych marzeń zostało spełnione. Cesarz jak rządził tak rządzi. Szkoda, że zespól wybija z głowy marzenia o jakimkolwiek premierowym materiale. Z drugiej strony obawy są uzasadnione, żeby wrócić po tylu latach i sprostać wymaganiom fanów. Mało kto jest wstanie sprostać takiej presji.

Jarosław Szubrycht zapowiadając występ Napalm Death, podzielił się bardzo trafną dykteryjką o tym, że „przychodzi taki dzień w życiu mężczyzny”. Chodziło konkretnie o to, że czasem niektórym dojrzałym słuchaczom pojawiają się wątpliwości pokroju, czy aby nie jest się za starym na tego typu dźwięki. Czynnikiem podważającym takiej niedorzeczności, jest sceniczna kondycja takich niezmordowanych zabijaków jak Napalm Death.

Występ Napalm Death był uderzającym kontrastem dla tego co prezentowali Norwedzy. Pod każdym względem. Pionierzy grindcore’a zrezygnowali z jakiejkolwiek gry świateł. Scena była rozświetlona klinicznym, białym światłem. Brytyjczycy obecnie promują swoje kompilacyjne wydawnictwo, więc set był wybuchową mieszanką utworów z różnych okresów. Ku mej uciesze największą atencją obdarzyli pierwszy album. Płytę tektoniczną, skromnie zatytułowaną Scum (1987). Drugim równie eksponowanym albumem był dla przeciwwagi ostatni długograj Apex Predator – Easy Meat (2015).

Koncert zaczął się iście klasycznie, na pierwszy ogień poszedł „Multinational Corporations”, szybko poprawiono „Instinct of Survival”. Szarżę z debiutu przełamano świeższym materiałem, z trzech ostatnich albumów, tu wyróżniała się zwłaszcza zapowiedź poprzedzająca „Standardization”, traktująca o tym jaką to jesteśmy nudną, zuniformizowaną cywilizacją. Mimo dominacji późniejszego materiału, znalazło się miejsce dla drugiej płyty - From Enslavement to Obliteration (1988), z której zagrano „Dead” i „Practice What You Preach”. Zaskoczyli mnie dwoma coverami, szwedzkiego Anti Cimex i Dead Kennedys – nie trudno się domyśleć, że chodzi o „Nazi Punks Fuck Off”.

Opublikowano: 10.04.2018 20:00. Ostatnia aktualizacja: 10.04.2018 20:08.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...
  • @Teutonick  Mam z obu, ...

Tematy w dziale Kultura