Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 468 notek 166957 odsłon
Ignatius, 10 maja 2018 r.

Autopsy: Fiend for Blood (1992) - Recenzja

36 0 0 A A A
I fiend for your blood, I must have your blood
I fiend for your blood, I must have your blood

Jeszcze w 1991 roku wytworzył się w organizmie grupy niegroźny ubytek. Dotknął on część sekcji rytmicznej w osobie basisty – Steve’a Cutlera. Brak basisty doraźnie wypełniono również Steve’em – i to jakim Steve’em! Autopsy nie mogło szczęśliwiej trafić. Sami musicie przyznać, że w kwestii basu trudno o lepszego Steve’a niż Steve DiGorgio. Tak sobie wesoło stiwuje, a to niestety tyczy się tylko jednorazowej małej zaledwie obdukcji. Zarejestrowanej i wydanej jako EPka pt. Fiend for Blood (1992). Nazwisko jegomościa rzeczywiście przykuwa uwagę i stanowi niezaprzeczalny atut. Zwłaszcza, gdy ma się w pamięci to co wyprawiał na pierwszej płycie Autopsy.

To wydawnictwo wypełnione jest absurdami, widzicie jak ocieka nimi okładka? Tytułowy utwór trwający dwadzieścia cztery sekundy. Przyznać trzeba, że to szybki wstrząs – po smolistym mieleniu to w zasadzie miła odmiana, tylko sądzę, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby to trochę jednak pociągnąć… Taką sytuację tłumaczy nowa inspiracja pod, którą znalazł się zespół. Załoga Chrisa Reiferta postanowiła sobie po prostu trochę pogrindować.

I smile at my pride and joy on my walls

My pets

Nailed up high and low

By the throat

Intestinal wreath

Rancid beef

Fiend for Blood (1992) stanowi kolejny łącznik, pomiędzy dużymi płytami. „Keeper of Decay” jawi się jako próba zadośćuczynienia złaknionym grania na miarę początków zespołu. Bardzo surowa porcja autorskiego stylu Autopsy, zwłoki prymitywa doprawione zostały technicznymi smaczkami. Gaz pod garem hajcuje się raz mocniej, raz słabiej – sprawne operowanie kurkiem okazuje się bardzo konstruktywne. Zwłaszcza w przypadku tak oszczędnej formie.

Nie żeby to było specjalnie dla mnie istotne, właściwie to nie przywiązuję do tego uwagi. Jednak radykalna obniżka inwencji twórczej w sferze tekstowej napawa mnie lekkim rozczarowaniem. Niestety to okaże się trwałą tendencją, do zawieszenia działalności – zespół wpadł w mało apetyczną i strasznie wtórną konwencję gore. „Squeal like a Pig” czyli topornej luty ciąg dalszy. Nagłe zrywy i wyhamowania podkreślają sadyzm i okrucieństwo bijące z każdego przytkanego łojem pora utworu. Pomimo grubo ciosanej tępą siekierą riffów i partii perkusyjnych, instrumentaliści co rusz przemycają swoje patenty (zwłaszcza panowie obsługującą narzędzia odpowiedzialne za rytmikę). Zwichrowane riffy drążą materię, solówki tną bez pamięci. To najdłuższy i najbardziej złożony fragment płytki (całe 3:43 na zegarze).

Groza, gruzowanie, średnie tempo, nisko strojone wiosła grzmią. Tak zaczyna się „Ravenous Freaks”. Dla kontrastu przeszywający szczęk talerzy. Zwichrowany utwór również pod kątem wokalnego zwyrodnialstwa. Przegląd nieskoordynowanych spazmów, jęków, dławień etc. Pełne spectrum inwencji twórczej Chrisa.

Wspominałem wyżej o lirycznej biegunce jaka toczyła Autopsy? Niby przykład jaki jeden z wielu, ale jednak tekst „A Different Kind of Mindfuck” można przytoczyć jako wzorcowy przykład „poetyki” tego zespołu.

Violate your anus first

Fuck your eyes out, fluids burst

Lubricate my growing thirst

Drill a hole right through your skull

Your body's laying dead and still

Pump your brain until it's full

Soaking your mind with my seed

White meets grey, eyesockets bleed

My love dripping down your cheek...

Słowom tej uroczej króciutkiej piosenki (słownie – czterdzieści siedem sekund) towarzyszą smętnie jęczące gitary.

Całość wieńczy „Dead Hole”, wyjątkowo poryty utwór, idealny na głośny finał. Konkretna chłosta od pierwszych sekund. Szybko przełamana ilustracyjnym kreowaniem romantycznego nastroju. Po to by zadać serię ostatecznych ciosów poprawionymi wyjątkowo poronioną partią solową.

Mam wyjątkowo ambiwalentny stosunek do Fiend for Blood (1992). Początkowo całkowicie lekceważyłem - to błąd. Mimo wszystko rozumiem dlaczego ta mała płytka jakoś przepadła w ekskrementach historii metalowej ekstremy. Przyznać trzeba, że pewne przesłanki skłaniają do przyznania racji jej krytyków. Autopsy po raz pierwszy nagrało materiał zachowawczy. Pomimo inkorporowania grindcorowych wpływów, niczym szczególnym nie zaskoczył. Ot kolejne dwanaście minut tego co już dobrze znamy. Co gorsza, gdyby sporządzić ranking EPek Autopsy, to szybko okaże się, że udział tak wybitnego basisty został zmitrężony. Już uszami wyobraźni słyszę, którąś z ostatnich małych płyt z jego udziałem.


Opublikowano: 10.05.2018 21:15. Ostatnia aktualizacja: 10.05.2018 21:23.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @deda Dlatego wniosek jest prosty - mało komu żyło się dobrze/normalnie w poprzednim ustroju....
  • @deda Był ceniony to prawda otrzymał ponadto w 1951 i 1952 Nagrodę Państwową II stopnia. Nie...
  • @Teutonick Jak lubujesz się w pierwotnym bezkompromisowym przemysłowym graniu to sięgnij po...

Tematy w dziale Kultura