Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 475 notek 170308 odsłon
Ignatius, 1 czerwca 2018 r.

Basement: Na krawędzi końca (2018) - Recenzja

314 1 0 A A A
Na krawędzi końca
Na krawędzi końca

Całe długie pięć lat trzeba było czekać na następcę albumu Deszcz i krew (2013). Nad trzecią odsłoną dźwięków z piwnicy krążyła realna groźba, bycia ostatnią w dorobku zagłębiowskiego zespołu. Tym samym Basement zrobił niespodziankę, nagrywając kawał płyciwa, które stanowi ukoronowanie pierwszej dekady istnienia. Uwagę przykuwa oprawa graficzna. Na pierwszy rzut oka estetyka grafiki wydaje się znajoma. Jednak posiada magnetyczną siłę przyciągania uwagi na dłużej. Urzeka fuzja bajkowego świata z ponuro skrzeczącą szarą rzeczywistością…

Dobrym złego początkiem jest mocny cios pt, „BHO”*. Jest to złożony utwór z przejmującymi partiami solowymi i ciężkimi kruszącymi riffami. Otwierająca całość mechanicznie dozowana partia gitarowa, jest jednym z najbardziej pamiętnych momentów płyty. Czerepy z karków zrywa świetne organiczne, przestrzenne brzmienie. Pełne, selektywne, ale pozbawione plastiku. Warto wspomnieć, że za produkcje albumu odpowiedzialny był Haldor Grunberg, który wyciągnął z zespołu to, co najlepsze. Album stylistycznie rozpięty jest na styku ósmej i dziewiątej dekady XX wieku. Mieszając bezczelną surowiznę thrashu, gwałt death metalu i bardziej „poukładany” groove metal. Całość doprawiona szczyptą southernu oraz bardziej technicznych patentów. W zasadzie nie ma co się rozwodzić - to po prostu metalowy album. Wykuty w piwnicy, gdzie się wszystkie fascynacje muzyków samoistnie przenikają.

Każdy utwór ma coś do zaoferowania coś, co przykuwa uwagę. Płyta jest bardzo dopracowana. Nie ma tu miejsca na utwór, który nazwalibyśmy brzydko zapychaczem. Nie ma tu miejsca nawet na jeden zbędny dźwięk. Pod kątem instrumentalnym dzieje się tu bardzo wiele. Każdy odsłuch pozwala odkrywać nowe elementy: feeria gitarowych smaczków, a to perkusista przemyca jakąś intrygującą zagrywkę, gdzieś basista podkreśli swoją obecność (szkoda, że tak rzadko). To w końcu kolekcja partii solowych, każda posiadająca własny charakter. Po mocnym skatowaniu się tym krążkiem stwierdzam, że to one grają główną rolę. W „Wiesz” urzeka melancholijna liryczność podkreślająca dramaturgię. Niekończący się świdrujący impuls rażący układ nerwowy w „Prawdy dwie”. Rozrastający się skrzący temat w kawałku „Klecha”. Łagodniejsze jednak niepozbawione pazura wysmakowane solo pod koniec „Złego cień”.

Album jest dynamiczny i różnorodny co stanowi atrybuty stylu Basement. Utwory posiadają złożoną strukturę, każdy z muzyków mógł się swobodnie wyżyć. Nikt nikomu nie wchodzi w paradę. Pod kątem wokalnym bije swoich poprzedników na łeb. Słychać, że wokalizy są świadome, zróżnicowane, dobrze wyreżyserowane i co najważniejsze bardzo czytelne – kluczowe w sytuacji, gdy ma się wiele do przekazania (co konkretnie odsyłam do drugiej części recenzji). Oczywiście znalazło się miejsce dla bardziej luzackich, bujających riffów, momentów gdzie zespół stawia na mniej zagęszczoną strukturę – takim „samochodowym” utworem jest zwłaszcza „Kto sieje wiatr”.

Utwory, które swoją premierę miały na EP The B of Spades (2017) zyskały ostateczny szlif. Nadal odznaczają się własną tożsamością, i po czasie bronią się wyśmienicie. Bardzo mocnym fragmentem albumu jest przejście z utworu „Elekt” do „Ostatni krok” (co ciekawe na EPce kolejność była odwrotna).

Najbardziej ciekaw byłem nowości, „Wiesz”, gdzie potężny groove wgniata w posadzkę. Wyważona podwójna stopa mięsiście pruje. Gitarowy żywioł mieli aż miło posłuchać. Wspomniane bogactwo ozdobników i przesterów objawia się w „Złego cień”, wita rytualna gra perkusji, wsparte grubymi, gęstymi od posoki drutami basowego. Nie byłoby płyty Basement bez wizytówki perkusisty, który w charakterystyczny sposób atakuje blachy. Dobry przykład na to jak można mądrze pożenić stare z nowszym, bez poczucia dysonansu poznawczego. „Prawdy dwie” to obok „Klecha” najbardziej gorzki strzał w dotychczasowej twórczości. Gitary krwawo bulgoczą, wspierane przez druzgocącą podwójną stopę. Partie wokalne napędzane jadowitym paliwem recepcji rzeczywistości - zdecydowanie wokalista wzbija się na wyżyny. To wszystko gryzie się z wyluzowanym riffem nadając utworowi groteskowy posmak. Pozytywnym mobilizatorem jest „Modus Operandi”. W tle grzmią minimalistyczne tłuste gitarzyska. W rwanej strukturze utworu, znajduje się miejsce na wyciszenie, gdzie obnażono gitarę basową, której partia szybko przeradza się w pyszny pasaż.

Na dobranoc pozostawiono słuchaczom „Koszmar”. Utwór zaskakuje najbardziej odstającym tematycznie tekstem. Dużo się dzieje również pod kątem muzycznym - pełny nagłych zwrotów akcji i bujającym motywem przewodnim. Czuć (nie tylko zresztą w tym utworze) inspiracje ulubionymi wiosłowymi.

Prawdy dwie  

Zwykle sfera tekstowa jest mi obojętna. Są jednak przypadki, kiedy nie sposób pewnych tekstów przemilczeć. Basement jest zespołem, gdzie autor ma zwykle coś konkretnego do powiedzenia. Oczywiście czasem zdarzają się względnie lżejsze tematy. W końcu ileż można marudzić. Uporczywie dotykać przekroju aspektów padołu łez, na który zostaliśmy skazani? Jednak w przypadku tego zespołu, nigdy to nie są teksty o dupie Maryni. Po raz pierwszy piwniczna ekipa jawi się jako „zespół zaangażowany”. Na krawędzi końca (2018) posiada znamiona płyty koncepcyjnej.

Opublikowano: 01.06.2018 20:15. Ostatnia aktualizacja: 01.06.2018 22:53.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @gel Rodowód się zgadza pominięto tylko NWOBHM ;) Wszystko redukuje się do pojęcia rock and...
  • @gel Oczywiście nic Metallice nie ujmując (Ride the Lightning Pany!)tylko, że mój wpis...
  • @gel Metallica pod względem show z pewnością ale czy muzycznie? Co do Black Sabbath niestety...

Tematy w dziale Kultura