Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 488 notek 180078 odsłon
Ignatius, 30 czerwca 2018 r.

More Tours!: Ozzy Osbourne - Relacja

270 8 0 A A A

26.06. 2018 roku w krakowskiej Tauron Arenie w ramach trasy No More Tours 2 zagościł John Michael Osbourne znany lepiej jako Ozzy Osbourne. Tego Pana raczej przedstawiać nie trzeba ale czego się nie robi dla formalności. Jeden z najpierwszych pionierów muzyki metalowej, jedna z najbardziej wyrazistych ikon rock nad rolla. Mimo wyjątkowo intensywnej eksploatacji organizmu, która trwa kolejną dekadę, w wieku 70 lat, ku zdziwieniu wielu nadal jest aktywnym artystą. Pożegnawszy się z Black Sabbath, przyszła kolej na zamknięcie rozdziału solowej twórczości. Szczytem marzeń było żeby uczynił to z Zakkiem Wyldem gitarzystą z którym wielokrotnie współpracował nagrywając m.in.: No Rest for the Wicked (1988), No More Teras (1991) Ozzmosis (1995). To miłe, że Ozzy ma dystans do siebie i zdecydowano się na nazwę nawiązującą do „ostatniej trasy” z lat 90. Ciekaw jestem, czy wówczas też ludzie byli tak łatwowierni i wierzyli takim sloganom.

Przyznać trzeba, że Ozzy miał wybitne szczęście jeżeli chodzi o dobór wiosłowych na przestrzeni swojej kariery: m.in.: Tony Iommi, nieodżałowany Randy Rhoads, Zakk Wylde – przekrój gitarzystów z różnych pokoleń, których łączy wspaniała ponadczasowa muzyka.

Marzenia się jednak czasem spełniają. Szczerze powiedziawszy już wiadomość o pierwszej „pożegnalnej” trasie Black Sabbath rozpalała wyobraźnię. Myśl, że zahaczą o nasz kraj wydawała się utopijna. Potem okazało się, że udało się to samo marzenie spełnić podwójnie, a nawet potrójnie. Polując na bilety niemiałem nawet oczekiwań ani wyobrażenia jaki to może być koncert (nie licząc może tego żeby przyjechał w towarzystwie Zakka). Liczył się występ Ozziego. Zwłaszcza, że na trasie The End forma Księcia Ciemności nie była powalająca. Oprawa również była surowa – w myśl zasady żeby muzyka broniła się sama. Żal było tylko absencji pierwotnego perkusisty. To może wystarczy wspominek i refleksji z nimi związanych, wróćmy do teraźniejszości.

Wielkim zaskoczeniem była efektowna oprawa, która dosłownie porażała. Na telebimach wyświetlono prezentację życia artystycznego konesera gumowych nietoperzy. W ekspresowym tempie, tak jakby Ozziemu i fanom weteranom śledzących jego poczynania, życie przeleciało między oczami. Pierwsze zdjęcie z okresu dzieciństwa zostało przedstawione jakby Ozzy był samym Damienem Thornem z filmu Omen (1976).

Gdy prawdziwy jeszcze ciepły i żywy Ozzy wkroczył na scenę, złowrogo zapowiedział rozpoczęcie sztuki słowami,

Let the madness begin...

Po środku sceny górował ogromny krzyż, na którym wyświetlane były różne motywy współgrające z obrazem wyświetlanym na telebimach. Widowisku towarzyszyły imponujące iluminacje laserowego lasu przecinające wnętrze Tauron Areny. Takiego nagromadzenia laserów jeszcze nie widziałem. To oczywiście zaledwie miły dodatek do niesamowitości całokształtu. Tego wieczora liczyli się Ozzy i Zakk, którzy wypadli fenomenalnie pod każdym względem. Zaskakująca była forma Ozziego - to nie był powłóczący nogami cień samego siebie, jak to miało miejsce podczas ostatniego koncertu Sabbathów. Z kumplem o równie małej wierze, przed koncertem szacowaliśmy, czy Ozzy chociaż raz klaśnie... klaskał podskakiwał, bił pokłony i oczywiście wykonywał swój stały numer z polewaniem wiadrami publiczności - i mowa tu nie o jednym ani dwóch wiadrach. Najważniejsze, głos wokalisty był na prawdę silny (nie wiadomo oczywiście na ile to była kwestia kondycji czy nagłośnienia). Oczywiście cały wysiłek, jaki wokalista włożył w cale show nie obyło się bez kosztów. Wymagało niekrótkiej przerwy w trakcie koncertu. Oczami wyobraźni widziałem – jak Ozzy pod tlenem i kroplówką zbiera siły na resztę występu. Miało to miejsce podczas miazgatorskiego popisu Zakka w trakcie „War Pigs” przez co klasyk otwierający drugą płytę Black Sabbath rozrósł się do bombastycznych rozmiarów łącząc się z instrumentalnym medleyem w którego w skład wchodziły „Miracle Man / Crazy Babies / Desire / Perry Mason”, podczas którego Zakk solidnie wyżywał się na swojej gitarze wykonując swój popisowy numer, z niekończącym się solo, w mało wygodnej pozycji. Schodząc w tłum szczęśliwców po obu stronach sceny. Razem z popisem perkusisty całość trwała ~20 minut. Dodać należy, że to było naprawdę wyjatkowe 20 minut. Mniej więcej tak właśnie musiały wyglądać i brzmieć improwizacje gigantów w latach 70.

Jak już wspominam o składzie, trzeba nadmienić, że zarówno Adam Wakeman (klawiszowiec) i Tommy Clufetos (perkusista) towarzyszyli wcześniej zespołowi Black Sabbath podczas pożegnalnej trasy. Skład obecnej trasy Ozziego zamyka Rob ‘Blasko’ Nicholson (basista, który również z niebyle kim sobie pogrywał).

Set jakim uraczono fanów był bardzo optymalny. Nie licząc tego, że był oczywiście za krótki (całość włącznie z popisami solowymi trwała ledwo 90 minut - jak na pożegnanie trochę skąpo) Biorąc jednak pod uwagę nasycenie killerów i nieoszczędzającego się Ozziego i Zakka nikt chyba nie powinien grymasić. Zwłaszcza, że repertuar zdominowany był przez pierwsze dwie płyty oraz największe przeboje z płyt z okresu, kiedy w zespole grał Zakk.

Opublikowano: 30.06.2018 23:55. Ostatnia aktualizacja: 04.07.2018 18:46.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Poliszynel Coś w tym z pewnością jest, ale popatrzmy na to z drugiej strony -  jednym...
  • @Jarosław Klimentowski Ani nutki - najświeższym kawałkiem był For the Greater Good of God z...
  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...

Tematy w dziale Kultura