3 obserwujących
522 notki
198k odsłon
156 odsłon

Mystic Festival 2019: Dzień I - Relacja

Wykop Skomentuj

Nie żyje Metalmania (?) Niech żyje Mystic Festiwal - takie słowa samie się cisną... i nie chodzi o to czy to dobrze czy źle. Po udanym powrocie po dwóch edycjach w bieżącym roku zabrakło metalowego festiwalu w katowickim Spodku. Tłumaczone to było kwestia chęci wyjątkowego uczczenia jubileuszowej XXV edycji (zarówno w chwili pisania relacji i publikacji nadal nic na ten temat nie wiadomo). Konkurencja w tym czasie nie próżnowała i również po ponad dekadzie nastąpił powrót jednej z największych spędów metalowych organizowanych w Polsce. 

Tegoroczny Mystic Festiwal był dwudniową imprezą (25-26.06), gdzie można było zobaczyć i posłuchać rzecz jasna, wiele ciekawych zespołów. Było oldschoolowo i nowocześnie, skład był tak dobrany, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie wartościowego. 

Na potrzeby festiwalu zagospodarowano Tauron Arenę. Zespoły występowały na trzech scenach głównej halowej (Main Stage) i dwóch mniejszych zewnętrznych: oznaczonych jako Park Stage i The Shrine. Pod tym względem wszystko było bardzo logicznie rozplanowane, łącznie z kwestiami usytuowania sklepików z jedzeniem i napojami - zwłaszcza te drugie były bardziej niż potrzebne ze względu na piekielne słońce. Fakt swoje trzeba było odstać ale przynajmniej znajdowały się w obrębie miejsca koncertu. 

Gorzej sprawy się miały niestety z faktem nachodzenia jednych koncertów na drugie... bez umiejętności bilokacji zdarzały się przykre dylematy, czy urwać się z jednego czy spóźnić się na drugi występ. A ja naiwne dziecię narzekałem że na Metalmani zdarzało się minimalne obsuwy... dlatego dokonałem takiej selekcji żeby jednak oglądać zespoły w całości. 

Mam jednak duży żal (nie tylko ja zresztą wystarczy prześledzić różne wypowiedzi w mediach społecznościowych) do organizatorów bo śmiało dałoby się tak poukładać lineup żeby „straty” były znacznie mniejsze. 

Dla autora niniejszych słów festiwal „zaczął” się od Soufly który odbył się na scenie - kiedy to polanka jeszcze była soczyście zielona (nie wyobrażacie sobie jak szybko uległo to zmianie). Furorę wzbudził techniczny Brazylijczyków który został przezwany Gandalfem - część osób wywoływało jegomość żarliwiej niż sam zespół... bywa i tak.

To była dobra rozgrzewka, ekipa Maxa Cavalery mimo gargantuicznego upału zdołała rozruszać publikę. Kulało trochę brzmienie perkusji Zyona, zresztą nie tylko bo całokształt nieznośnie trącał plastikiem. Zrzucam to na karb, że było to na otwartym -  podejrzewam, że w hali Soufly zrobiłby na mnie większe wrażenie. Było skocznie i dynamicznie o czym świadczyły dzikie pląsy pod sceną. Brazylijczycy są w trakcie promowania ostatniego krążka Ritual (2018) chociaż w cale tak bardzo nań się nie skupiali. Set był oparty zarówno na starszej twórczości jak i świeższych płytach. Nie trudno się domyśleć, że najżarliwiej publiczność reagowała na utworach z przełomu wieków takich jak „Back to the Primitive”  , czy kapitalny „No Hope = No Fear” z wplecionym fragmentem „War Pigs”. Tak zdecydowanie okres dwóch pierwszych krążków, kiedy to Soulfly szturmem wznosił się na wyżyny popularności, były ostatnimi prawdziwymi chwilami chwały dla Maxa. Na koniec zaserwowano nawet ciekawy zwiastun slipknotowej zabawy znanej jako „Jumpdafuckup” (kawałek w którym gościnnie wystąpił Corey Taylor). Miłym gestem (docenionym zresztą) było założenie przez Maxa koszulki z polskimi barwami narodowymi. Na śnieżnej bieli doskonale odznaczał się zwłaszcza pupil hodowany na plecach. 

Drugim zespołem na który się wybrałem byli sami ojcowie założyciele death metalu. Nie tyle może ojcowie co ojciec bowiem z oryginalnego składu ostał się jeno Jeff Becerra. Nowe Possessed powróciło z nowym albumem po trzydziestu latach (sic) pt. Revelation of Oblivion (2019). Twórcy albumu są z niego bardzo zadowoleni i naturalnie na nim oparł się w przeważającej mierze set. Nie mogło oczywiście zabraknąć żelaznych standardów gatunku, które postawiono na sam koniec. 

Pierwszej klasy death thrashowa jazda bez trzymanki przy, której nie sposób było usiedzieć. Tak jak nie dało się nie zdzierać gardła przy utworze „Death Metal”, od którego przecie cały nurt zawdzięcza swą nazwę. Będącą określeniem jednego z najbardziej ekstremalnych zjawisk w muzyce rockowej. 

Widać było zwłaszcza po Jeffie satysfakcję z reakcji publiczności - nakręcaliśmy się wszyscy wzajemnie. Bezcenne było móc obserwować radość wokalisty, który tak wiele w życiu przeszedł. Nawiasem mówiąc jego historia to jedna z tych lekcji pokory którą poznawszy, warto wsiąść sobie do serca. 

Nie tylko Jeffowi sprawiało to frajdę cała załoga pomimo srogiego i jakże oldschoolowego wizerunku potrafiła poznać się od bardziej luzackiej strony. Perkusista Emilio Marquez wyrywał stojącą pod barierką dziewczynę w czerwieni - po koncercie ochoczo zapraszając ją na drinka.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura