3 obserwujących
524 notki
199k odsłon
60 odsłon

Mystic Festival 2019: Dzień II - Relacja

Wykop Skomentuj

Przed oddaniem się muzycznemu wirowi, postanowiłem upolować festiwalową koszulkę. Udało mi się w końcu ją nabyć i to nawet w wymarzonym rozmiarze. Wzór był już tylko jeden i nie musiałem się głowić nad tyn którą wybrać. Naprawdę nie spodziewałem się, że to będzie takie żmudne przedsięwzięcie...

Drugiego dnia, tak jak pierwszego dokonałem selekcji zespołów. Jak już o tym wspominam, zdarzyło się, że w przerwie między jednym a drugim zespołem zahaczyłem o mniejszy bądź większy fragment. Żałuję np. że nie widziałem w całości Grand Magus - mieli kapitalne nagłośnienie i młócili w starym dobrym doom metalowym stylu. Interesujący jako odskocznia był też Frog Leap specjalizujący się w zmetalizowanych coverach przebojów pop, disco, znanych ścieżek dźwiękowych do filmów. 

Na pierwszy ogień poszła rodzima grupa Entropia. Występ odbył się w blasku palącego słońca. Panowie ubrali się stosownie do pory zarówno dnia jak i roku (zastosowanie się do dresscode'u wakacyjnego wygrało). Podejrzewam, że już samo to sprawiło, że był to jeden z bardziej osobliwych występów w historii grupy. Chociaż z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że festiwale rządzą się swoimi prawami, w tym nie zawsze najszczęśliwszej kolejności występowania.

Mój dysonans poznawczy brał się stąd, że twórczość Entropii kojarzy mi się zdecydowanie z onirycznym, mrocznym klimatem. Późno nocnym rejsie na styku jawy i snu aniżeli jawnie wakacyjnym, rozświetlonym słońcem scenie na otwartym powietrzu. 

Owy pozorny brak kompatybilności szybko przekułem w atut, bowiem niezależnie od okoliczności, to co wydarzyło się na scenie The Shrine było czystą magią. Przyjemnie było móc się zanurzyć w gęstych lecących się entropijnych dźwiękach. Niekończące się pasaże wprawiały w słodko gorzki trans, któremu nie sposób było się oprzeć. Pod tym względem Entropia nie miała sobie równych i zrobiła na mnie podobne wrażenie jak Batushka i to pomimo braku sakralnego uzbrojenia. Wspaniały występ przypieczętowany zdobyczną pałeczką.

Dnia drugiego dłużej zabawiłem przy Park Stage. Gdzie w znacznie bardziej ekstremalnych warunkach wystąpił Carcass - pionierzy gore grindu którzy nawrócili się na bardziej przystępne dźwięki, współtworząc melodic death metal. Lider w osobie niezmordowanego Jeffa Walkera (choć jak okazuje się do czasu) miotał kostkami aż miło. To był energetyczny gig z soczyście zielonej polanki zostało wydeptane martwe klepisko. Toteż nazwa winna zostać przemianowana na Desert Stage. Niezrażeni morderczymi warunkami wojownicy swoim moshem wzniecali istną burzę piaskową. 

W tym miejscu wspomnieć muszę o wspaniałomyślności obsługi, która zaczęła dystrybuować wodę dla walczących pod sceną. To był naprawdę miły i godny pochwały gest. 

Było tak srogo, że sam Jeff stwierdził, że jest za gorąco (sic) i że chyba jest na to już za stary?! Zgrywał się z pewnością bo Carcass dawał z siebie wszystko i poniewierając aż miło było słuchać. A było, oj było czego posłuchać. Obecna inkarnacja brytyjskich krwawych rzeźbiarzy, to wciąż głównie wypadkowa melodyjnego death metalu z albumów Heartwork (1993) i Surgical Steel (2013) z przebojami „Heartwork" i „Buried Dreams" na czele. Całość doprawiona, dla smaczku delikatesami z kanonu pierwszych trzech płyt. Nic więc dziwnego, że trudno było się oprzeć gawiedzi takim miluśnym kąskom jak „Genital Grinder" czy „Exhume to Consume".

Zaangażowani byli zwłaszcza wiosłowi, którzy szyli z jawnie szczerym entuzjazmem. To było piekło do potęgi kiedy to temperatura muzyki zrównywała się z temperaturą powietrza. 

Przyszedł czas na małą przerwę, idealne okienko znalazłem pomiędzy Carcass a Emperor. Norweski black metal nie przyniósł oczekiwanego ochłodzenia choć już apogeum temperatury mieliśmy szczęśliwie za sobą. Emperor miałem przyjemność widzieć i słyszeć na Metalmanii 2018. To był od lat, jeden z bardziej wyczekiwanych koncertów przez miłośników metalu w jedynie słusznych barwach.

Będąc pod ogromnym wrażeniem występu w katowickim Spodku z wielką przyjemnością postanowiłem posłuchać Panów: Ishahna, Samotha i Tryma.

Nic się nie zmieniło to była klasa sama w sobie. Sztuka na, którą składały się dwa pierwsze krążki (z naciskiem na drugi) nie mogła nie zachwycać. Nieprzenikniony czarny majestat, zimno klawiszy i siarczysta zamieć - kunszt z jakiego zasłynął Emperor objawił się w pełnej powalającej krasie. Takie powroty do świata żywych to ja rozumiem i popierać będę zawsze. 

Emperor zawiesił wysoko poprzeczkę i ciekaw byłem czy dwa ostatnie składy zdołają podołać wyzwaniu 

Mocno zdziwiony byłem że Kingowi Diamondowi przypadła scena na zewnątrz... I bardzo dobrze się stało dzięki temu w świetnych warunkach, blisko sceny można było podziwiać majstersztyk jaki Duńczycy przygotowali. 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura