3 obserwujących
524 notki
199k odsłon
43 odsłony

Virgin Snatch: Vote Is a Bullet (2018) - Recenzja

Wykop Skomentuj

imageMało który zespół wpisuje się w przedwyborczy klimat tak jak Virgin Snatch. Tyczy się to przede wszystkim ich ostatniego dzieła pt. Vote Is a Bullet (2018).

O ile z tytułem nie zgodzić się nie sposób - głos to kula, każdy się liczy, - zwłaszcza w nadchodzących wyborach. To bardzo pożyteczny obywatelski motywator i ten aspekt jak najbardziej popieram. Jednak z treścią przekazu już mi zupełnie nie po drodze. Niestety i ubolewam nad tym bardzo ale Zielony jednak uległ kodziarskiej histerii. Z jednej strony nie jestem tym aż tak bardzo zdziwiony - występowanie w barwach plemienia OTUA mówi samo za siebie. Jestem świadom również tego, że Virgin Snatch nie od dziś jest zaangażowanym zespołem (co jak wiadomo wśród thrash metalowych grup nie jest czymś niezwykłym) o jasno określonych przekonaniach. To jednak smuci mnie to, że zespół ten kroczy absurdalną ścieżką, która kojarzy mi się z tym co ostatnio reprezentuje sobą Ministry...

Pierwszymi w pełni przesiąkniętymi polityką płytami krakowskiej załogi,  były miażdżące Art of Lying (2005) i jej równie wspaniała sukcesorka In the Name of Blood (2006). Potem była jeszcze nieco luźniejsza Act of Grace (2008) i na tym skończyła się pierwsza kadencja boju z tzw. IV RP

Na drugą kadencję, trzeba było czekać aż sześć lat. Po tej długiej przerwie Virgin Snatch powraca z swoim "czarnym albumem" - We Serve No One (2014) rzeczywiście okazał się dojrzałym, na wskroś dopracowanym dziełem. Potwierdziły to świetnie przyjęte sztuki. Zmiana fryzury przez Zielonego nie zmieniła podejścia i nadal to był żywiołowy Virgin Snatch. 

Wiem, że za twórczością zespołu, stoi wiara w liberalizm a Zielony w swych przekonaniach jawi się jako idealista. Z mego punktu widzenia ów idealizm jest strasznie naiwny i chybiony ale to pewnie wynika z tego jak pięknie się różnimy...

Jak bowiem można poważnie traktować wstawki Bolka (cale szczęście wypowiada dwa słowa, gdy pozwala mu się na więcej kończy się to często spektakularnym samozaoraniem, jakie co rusz obserwujemy) czy Baracka Obamy, którego prezydentura dla wielu amerykanów jest uznawana za jedną z najsłabszych w dziejach. W dodatku sąsiadujące na płycie z wypowiedziami Franklina Delano Roosvelta czy Martina Luthra Kinga?. Z taką aberracją spotykamy się na dzień dobry w samym Intro.

Na to jednak da się jeszcze przymknąć oko a nawet ucho aby cieszyć się wyśmienitym graniem, które w żadnym wypadku nie było odgrzewanym kotletem. Szósty krążek przyniósł może nie nową jakość w twórczości krakowskich thrashersów (oto już raczej będzie trudno). Jednak różni się od poprzedniczek. Znajdziemy tu bardziej mętną produkcje, chropowatą, przytłaczającą. Mniej ostrą w porównaniu do krystalicznie czystej We Serve No One (2014) Dominują tu tony zanurzone w ponurych barwach, odzwierciedlające te z minimalistycznej, t-shortowej okładki. Sam motyw bezpośrednio nawiązuje do szaty zdobiącej trzecią płytę. 

Gdy wybrzmią ostatnie echa Intro zostajemy wbici w posadzkę niezwykle energetycznym „Face in the Dirt". Pyszna instrumentalna kotłowanina (pierwsza ale szczęśliwie nieostatnia), zadziorne z wigorem riffowanie - tandem Grysik-Paweł Pasek, już na poprzedniej płycie rozdawali karty, tak jest i tym razem. Nieustępującą na krok praca perkusji Jacko i oczywiście mocny wokal Zielonego. Pomimo srogiego zagęszczenia, wszystkie środki masowego rażenia są idealnie wyważone, nikt nikomu nie wchodzi w paradę. 

Niepozorny początek tytułowego utworu. Miło szura perkusja zanim się nie rozkręci. Tempo względem poprzedniego utworu trochę okrzepło. Jest to bardziej stonowany utwór. Po zajadłym początku następuje kontrastujące wyciszenie, po którym przestrzeń wypełnia instrumentalne mieszanie. 

Na całokształcie Vote Is a Bullet (2018) dominują brutalne wokalizy - Zielony uczciwie się pruje ale nie ogranicza się tylko do growlu. Tak jak na poprzednich albumach bawi się swoim głosem, udowadniając, że potrafi zaśpiewać i ludzkim głosem. Słychać emocjonalne zaangażowanie w artykułowanych politycznych frazach.

Vote! Vote!

Freedom is necessary

No more

National socialism

Blow up!

It's revolutionary

It's war with swarm of bees!

To, że nie zgadzam się z ogółem przekazu, to jednak nie powiem, urzekł mnie powyższy fragment tekstu „Swarm of Wild Bees" - zwłaszcza gdyby z przed socialism usunąć jeszcze zbędne słowo national. Sam utwór jest przykładem rozbudowanej kompozycji. Doprawionej różnymi smaczkami, a to nastrojowy klawisz, niepokojąca wyliczanka:

1, 2 - deja vu

3, 4 - anymore

5, 6 - bag of tricks

Dumb sick politics!

która dziwnie na myśl przywodzi tytułowy utwór z Art of Lying (2005). Świetnie mruczy anielski bas - zwłaszcza w tym utworze. Warto zresztą całej płyty posłuchać skupiając się na grze Anioła, który pokazał się tu od bardzo zacnej strony. 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura