W jakiego Boga wierzymy
Można z podziwem oceniać intensywne pragnienie zbawienia w buddyzmie i jego zdanie się na Odwiecznego; walkę o zjednoczenie z bóstwem w ascezie i w medytacji hinduizmu, zagłębianie się w niepojętym i bezinteresowną miłość w taoizmie; wartość wiary w islamie.
Ale można dostać odruchów wymiotnych wobec ekumenizmu, który z jednej strony nalega na uświęconą konieczność szacunku i miłości jednych wobec drugich, a z drugiej strony zdecydowanie zmniejsza wartość chrześcijańskiego przesłania.
Chrześcijaństwo w zasadzie nie ma nic wspólnego ze starociami i gmatwaniną zbyt wielu religii, a nawet fakt monoteizmu nie stanowi wspólnej podstawy, z której rozchodzą się religie różniące się między sobą tylko pewnymi obrzędami, niektórymi praktykami ale w istocie będące jednym i tym samym.
Chrześcijaństwo jest „odmienne” i Bóg, którego ono głosi jest Kimś „całkiem innym”.
Już nawet Luter zauważył, że Bóg chrześcijan wszystkie właśnie te cechy, jakie ludzie uważają zawsze za sprzeczne z samą boskością: humanitas, infirmitas, stultitia, ignominia, inopia, mors, humilitas..., człowieczeństwo, ułomność lub choroba, głupota, sromota, smutek, śmierć, pokora.
Bóg Jezusa jest zdecydowanie inny od tego wszystkiego, co może wyobrazić sobie człowiek: nie bez znaczenia jest tu fakt, iż wiara wyznaje: Aby Go poznać człowiekowi potrzebne jest „objawienie”
Szacunek i braterstwo między religiami nie mają nic wspólnego z łatwym (i nieuczciwym) ekumenizmem polegającym na przekonaniu, że „w gruncie rzeczy wszyscy wierzymy w Boga”
Z pewnością tylko w jakiego Boga?
Co będzie się działo, kiedy „zachodnia” krytyka naukowa swoim poziomem kulturowym i swoją agresywnością zabierze się do religii niechrześcijańskich?
Kiedy mahometanizm, buddyzm, hinduizm i inne izmy poddane zostaną temu samemu badaniu historyczno-krytycznemu odnośnie do swoich początków i tej samej ocenie wartości dotyczących ich przesłania, jak to było z chrześcijaństwem, które obiektywnie przetrwało zawieruchę. Co by się stało ze starymi i czcigodnymi systemami religijnymi Azji i Afryki, kiedy na poziomie mas, a nie tylko uczonej elity, doznałyby tej samej próby ognia co Ewangelie?
A tymczasem wciąż i zawsze Ewangelie są niepojęte dla „naukowej” logiki. Z początków rzekomo kompletnie niejasnych, mętnych wytrysło przesłanie, z którego przez wszystkie czasy spływa siła duchowa, ciągle odnawiająca się, jakie nie było w dziejach. Czyli z zatrutego źródła tryskałaby religia ostateczna, powszechna i wieczna, jak ją określił nawet niedowiarek Renan?
Feuerbach, ojciec materializmu, któremu wiele zawdzięcza Marks, napisał, że „istota chrześcijaństwa to samo sedno uczuć, jakie żywi nasze serce. Dogmaty chrześcijańskie stanowią spełnienie pragnienia ludzkiego serca” Ale Feuerbach uważał, że ta doktryna streszczająca najgłębsze dążenia ludzkiego serca jest wynikiem jakiejś tajemniczej sofistyki.
Nie tylko Jezusa jacyś „pomyleńcy” wzięli za Boga (innym też się to przytrafiało), ale jak wytłumaczyć, że potrafili wynieść Jego naukę na takie wyżyny i wymyślić dla Niego takie nauczanie, przed którym chylą czoła najwięksi filozofowie po 20 wiekach? Czy to aby nie Zygmunt Freud „receptę” ma lekarstwo dla człowieka przed problemami dusznymi określił prosto „Lieben und Arbeiten” kochać i pracować.
A zatem mamy: Sfałszowane teksty, dla historyka to tylko niemożliwy do przyjęcia pastisz, a z drugiej strony w tych sfałszowanych tekstach wyraża się nauczanie o nieporównanej słuszności, jedyne w dziejach z powodu swojej godności, płodności i powszechności. Po prostu takie, którego nie da się prześcignąć i szalenie trudno naśladować!!!
Jak utrzymać te dwie postawy bez nieporozumienia. A może niewierzący powinni uszanować wierzących dla których: nigdy jeszcze nikt tak nie przemawiał, jak ten człowiek przemawia (tak wg Jana uczeni w piśmie tłumaczyli się żydowskim władzom religijnym, by usprawiedliwić nieudane aresztowanie).
Może trzeba spróbować uszanować Objawienie jakie stało się udziałem wierzących. Tylko wtedy można spróbować zrozumieć, że naprawdę istnieją osoby, dla których ważne jest np. polecenie miłości, będące w samym centrum doktryny ewangelicznej. To nie sama miłość, ale niesłychana miłość nieprzyjaciół nadaje niespotykaną głębię psychologiczną i świeżość. I nie mówmy tu o jakiejś naiwności ludzi o mentalności niewolników. Inne systemy religijne nie zbliżyły się nawet do chrześcijańskiej doktryny miłości radykalnej.
Tego właśnie judaizm, niezależnie od swoich deklaracji nie potrafił pojąć. Stary Testament nie zna przykazania (należącego tylko do Jezusa) miłości nieprzyjaciół. Angielski Żyd, C. Montefiore, specjalista w zakresie chrześcijaństwa beztrosko stwierdza, że hebraizm słusznie nie podaje takiego nakazu, ponieważ „choć wydaje się to piękne, nieprzyjaciół nie można miłować; przykazanie Jezusa jest niestosowne i szkodliwe”
Z kolei Seyyed Hossein Nasr, teolog islamski, broni islamu przed oskarżeniem, że wcale nie zachęca do miłości nieprzyjaciół, w imię tego samego „realizmu”. Mówi, że Koran, i to jest słuszne, stanowi uprawomocnienie wojny, posuwającej się aż do zniszczenia nieprzyjaciół „ponieważ wojna jest częścią dziejów człowieka” Dlatego muzułmanina ogarnia zdumienie (a czasem kpina) wobec ewangelicznego przykazania o nadstawianiu drugiego policzka.
„Podręcznik sprawiedliwości” esseńczyków z Qumran, który uważa się za jedną z najbardziej wzniosłych ksiąg moralnych judaizmu przedchrześcijańskiego, i z której rzekomo Ewangelie miały czerpać swoją etykę, podaje przepis: „Niech bracia kochają wszystkie dzieci, synów światłości, niech nienawidzą wszystkie dzieci, synów ciemności”. W liczbie synów ciemności, których należało nienawidzić znajdowali się praktycznie wszyscy, którzy pozostawali poza wąskim kręgiem najsurowszego hebraizmu.



Komentarze
Pokaż komentarze