Imrahil Imrahil
545
BLOG

O 9 dywizjach

Imrahil Imrahil Polityka Obserwuj notkę 4

W nowej koncepcji strategicznej NATO, która ma być przyjęta na listopadowym szczycie Sojuszu ustalono też plan na wypadek ataku na Polskę. A zatem okazuje się, że Polska może być zaatakowana! Jak to, Polska, której rząd tyle robi dla poprawy stosunków z sąsiadami zostanie zaatakowana? I to nie przez terrorystów, nie przez jakąś oś zła. Plany te mają regulować sytuację, gdy Polska zostanie zaatakowana przez regularną armię lądową.

Pomyślmy, kto może nas zaatakować. Niemcy, Republikę Czeską, Słowację i Litwę możemy odrzucić. Są w NATO. Nie, żeby to eliminowało jakiekolwiek spory (vide kwesta polskiej mniejszości na Litwie), ale strategia Sojuszu nie może regulować kwestii wojny pomiędzy swoimi członkami. Zostaje nam zatem Ukraina, Białoruś i Rosja. Samo w sobie jest to budujące. Sojusz nie zapomniał o tym, iż jego głównym celem jest obrona sojuszników przed atakiem wojskowym. Antyterroryzm i bezpieczeństwo energetyczne są niezwykle ważne, ale nie można do nich sprowadzić działalności na rzecz bezpieczeństwa. NATO odrobiło gruzińską lekcje, iż jakieś mocarstwo leżące na wschód od Polski może w sposób lądowy i konwencjonalny zaatakować jakiegoś swojego sąsiada. Wyciągnięto wniosek z oporu tego samego mocarstwa przed umieszczeniem w Polsce instalacji obronnych USA (niemogących ex definitione zagrażać państwu, które chce się tylko bronić). Zrozumiano, że historia się nie skończyła.

Nie wiem, tylko jak na taką konstatację zareaguje polski rząd. Po pierwsze trudno uznać takie stwierdzenie, za poprawianie stosunków z Rosją, co w rozumieniu Tuska i Sikorskiego polega na ustępowaniu Polski ze wszystkich kwestii spornych (gazociąg północny, kwestia ukraińska). Mimo ich światłej polityki, mimo uścisków z Putinem, mimo katastrofy rosyjskiego samolotu z polskim prezydentem na rosyjskiej ziemi (co samo w sobie w oczywisty sposób zbliża oba te państwa i jest dowodem na brak jakichkolwiek złych intencji między nimi), okazuje się, iż Rosja nas może zaatakować.

Z pewnością jasne wyartykułowanie to, że Polsce może grozić atak ze strony wschodniego sąsiada Rosji się nie spodoba. Istnieje więc duże ryzyko, że na kolejne przytulania i głaskania po główce ze strony Putina, Tusk będzie musiał trochę poczekać. A i minister Ławrow może tak szybko nie przyjedzie po raz kolejny, by uczyć polskich ambasadorów. Cieszę się zatem, że mimo tylu utrudnień, jakie nowa strategia wywoła dla światłej polityki wschodniej premiera Tuska, mimo niezrozumienia, jakie Sojusz wyraził dla przenikliwości planów ministra Sikorskiego, Polska nie zaprotestowała przeciwko tej koncepcji. A przecież mogło dojść do sytuacji analogicznej z tą, jaka towarzyszyła zawarciu umowy gazowej – gdy Unia Europejska broniła interesów Polski przed jej własnym rządem….

No dobrze, może to nie chodzi tu o atak ze strony Rosji tylko o Białoruś. Ale tam też min. Sikorski jeździł poprawiać stosunki. To może Ukraina? Chcą mieć Euro 2012 tylko u siebie……

 

Przyjrzyjmy się jednak szczegółowo tym planom. Telegazeta TVP doniosła, iż Polski ma bronić 9 dywizji. Z tego 4 polskie i 5 sojuszniczych. Dziewięć dywizji to jakieś 100-120 tys. żołnierzy. Wszystko świetnie. Ale….

Po pierwsze, ciekawe jest to, że już w tej chwili wiadomo, ilu żołnierzy na bronić naszego kraju. W sytuacji, kiedy nie wiadomo, kto i jakimi siłami zaatakuje. Co, jeśli potrzeba będzie mniej? Albo więcej?

Po drugie, jak łatwo się zorientować, całe siły natowskie odpowiadać będą mniej więcej liczebności Sił Zbrojnych RP w stanie pokoju. A przecież będą tam nie tylko Polacy, ale też Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy. Czym zatem będzie zajmować się reszta wojsk polskich? Będą bronić urzędów, węzłów komunikacyjnych, lotnisk, linii kolejowych? Pełnić wartę przed Pałacem Prezydenckim, Sejmem, urzędami wojewódzkimi? Ale to przecież też udział w wojnie. To też są zadania, które trzeba wykonać. A zatem żołnierze ci powinni być wliczeni do tych 9 dywizji. A zatem to nam nie wyjaśnia, co z resztą? A przecież poza żołnierzami służącymi w stanie pokoju będą jeszcze siły rezerwowe, ochotnicy, może mobilizacja. I co z nimi? Wszyscy w ramach tych 4 dywizji?

Polska aktualnie ma 4 dywizje. Ale nie wszystkie polskie siły lądowe są zorganizowane w te jednostki. Oprócz tego jest 1 korpus i 6 samodzielnych brygad. One nie będą walczyć? I skąd wiadomo, że akurat dywizje będą najbardziej odpowiednimi jednostkami taktycznymi do prowadzenia obrony. Dlaczego nie użyć bardziej mobilnych i samodzielnych brygad?

Po trzecie wreszcie – i to jest kwestia najistotniejsza – skąd wziąć te 4 dywizje? Wiem, sam pisałem, że one istnieją. Ale to, że istnieje jednostka taktyczna a nawet to, że ma ona pełny etat, nie oznacza jeszcze, że może być ona użyta do walki.

Pamiętają Państwo historię z misjami wojskowymi? Żeby wysłać do Iraku jedną brygadę trzeba było ściągać oddziały z całego kraju. Gdy min. Sikorski obiecał zwiększenie polskiego udziału w Afganistanie likwidowano w popłochu polską misję w Czadzie, wycofano się z Iraku i z misji pokojowych. Dla 38 milionowego kraju, mającego ponad stutysięczną armię, wysłanie w warunki bojowe jednej brygady było wysiłkiem prawie ponad siły, wymagającym pełnej mobilizacji sił zbrojnych. A tu chodzi nie o jedną brygadę a o 4 dywizje. Dywizje, które będą walczyć, które będą potrzebowały sprzętu, zaopatrzenia, uzupełnień, linii komunikacyjnych, szpitali polowych itp.

Nie mówiąc już o tym, że trzeba mieć za co te 4 dywizje wystawić. Tymczasem żyjemy przecież w czasach taniego państwa. Właśnie taniego, co nawet w potocznym rozumieniu jest przeciwstawne jakości. I w ramach tego taniego państwa rozpoczęto oszczędności od wojska (widać uznano je za nieprzydatne: w czasach polityki miłości nie będzie przecież, z kim walczyć zaś zbrojny opór może przecież pogorszyć przyjazne i partnerskie relacje z agresorem). I minister obrony narodowej bez słowa się na to zgodził.

 

Tak przy okazji misji wojskowych– kwestia udziału polskich wojsk w misjach bojowych stała się tematem politycznym. Zarówno rząd jak i lewicowa opozycja odwołuje się do duszoszczypatielnych argumentów o „polskich chłopcach ginących w cudzej wojnie” tak, jakby w polskich oddziałach w Iraku i w Afganistanie służyli nawet nie tyle żołnierze z poboru, ile wręcz siłą i podstępem porywani ze szkół boisk i dyskotek (jak czynił to w Wielkopolsce Fryderyk Wielki) albo odrywani od płaczących Matek-Polek, jak z obrazów Grottgera. W rezultacie z Iraku polskie wojska zostały wycofane na moment przed odniesieniem przez Koalicję sukcesu a datę wycofania wojsk z Afganistanu ustalono niezależnie od rozwoju sytuacji wojennej. Pytanie nasuwa się oczywiste – po co wysyła się polskie wojsko za granicę, po co ponosi się tego ludzkie i materialne koszty, skoro nie stawia się tym wojskom żadnych celów do osiągnięcia? Skoro można je wysłać i można je wycofać nie na skutek sytuacji polityczno-wojskowej, lecz na skutek zmiany nastroju czy wyborczych potrzeb w rządzie. Jak pionki na szachownicy. To nie wysyłanie wojsk za granice jest niemoralne, ale takie postępowanie z tym wojskiem. I jakoś nikt nie zauważył, iż sami zainteresowani – te rzekome ofiary bezdusznego i chodzącego na amerykańskim pasku rządu – w ostatnich wyborach w zdecydowany sposób poparli kandydata, który jako jedyny opowiadał się za pozostaniem w Afganistanie.

Ale o wycofaniu wojsk z Afganistanu mówią nie tylko politycy, ale i specjaliści. I słusznie. Po co umożliwiać polskiemu wojsku sprawdzenie się w warunkach bojowych? Po co szkolić się w prawdziwej walce? Jeśli przyjdzie do wojny, to niech te 4 dywizje znajdą się w boju pierwszy raz, wcześniej ucząc się jedynie na manewrach. Pamiętam, gdy rozpoczynała się operacja iracka, w jednej z telewizji wypowiadał się gen. Bolesław Balcerowicz, ówczesny komendant Akademii Obrony Narodowej, czołowej uczelni wojskowej w Polsce, kuźni kadr WP. I musiał on przyznać, iż nie jest w stanie precyzyjnie odpowiedzieć na któreś z kolei pytanie dziennikarza, bo sam w prawdziwych warunkach bojowych nie służył. A dziś okazuje się, że doświadczenie afgańskie dla szkolenia polskich oddziałów jest niepotrzebne.

 

Złe języki mówiły, że polska armia przypomina wojsko za czasów saskich. Niewielkie wyborowe oddziały na Podolu i Ukrainie, a reszta służąca jedynie do defilad, niezdolna do jakichkolwiek działań bojowych. Nieprawda! Potwarz! Trzeba bronić honoru Ministerstwa Obrony Narodowej! Prawdziwych defilad się w Polsce od dwóch lat nie urządza.

Może więc słusznie NATO uznało, iż pozostałych polskich wojsk nie należy brać pod uwagę. Może i o te 4 dywizje będzie trudno. Ale to zależy już tylko od nas.

 

Imrahil
O mnie Imrahil

"Miejsce byłego, bogatego w doświadczenie intelektu twórcy zastępuje dzika wola burzyciela. Na pierwszy plan są wysuwane żądania niższych instynktów, co nadaje spekulacyjny charakter myśli we wszystkich jej przejawach, a więc w polityce, ekonomii, nauce i sztuce. Ludzkość daleko odbiega od duchowych zagadnień i dążeń. (...) Lecz wówczas (...) pojawił się Ten, o którym mówił apostoł Jan w Apokalipsie (...). Ten Przeklęty jest już pośród ludzkiej rzeszy i cofa fale kultury i duchowego postępu od Boga ku sobie (...). Państwo to powinno być silne moralnie i fizycznie. Musiałoby zagrodzić od wpływów rewolucji wysokim murem surowych i mądrych praw oraz bronić swoich duchowych podwalin: kultu, wiary, filozofii i polityki." baron Roman Ungern von Sternberg

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka