czyli rzecz o ponownym wprowadzeniu dnia wolnego w Święto Objawienia Pańskiego
Kilka dni temu Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę wprowadzającą Święto Trzech Króli dniem wolnym od pracy. W zasadzie należałoby się cieszyć – oto jedno z najstarszych i najważniejszych świąt Chrześcijaństwa staje się ponownie dniem wolnym. Warto zauważyć, iż w 6 grudnia nie pracuje się w innych, także bardziej od Polski zlaicyzowanych krajach, takich jak chociażby Szwecja czy Republika Czeska.
O ile już samo podpisanie ustawy zniknęło gdzieś w szumie medialnym związanym z sytuacją w PiS oraz wyborami samorządowymi, o tyle cały skutek prawny wprowadzonej ustawy właściwie pozostał niezauważony. I to, pomimo że już po uchwaleniu tej ustawy przez Sejm zwracano uwagę na jej niebezpieczeństwa. Prezydent Komorowski nie uznał jednak tych okoliczności za uzasadniające inne zachowanie, niż pokorne podpisanie ustawy.
A oto, w czym rzecz…. W zamian za wprowadzenie dnia wolnego 6 stycznia zostanie zlikwidowany obowiązek tzw. „zwrotu” pracownikowi dnia wolnego, jeżeli ten wypada w sobotę. Takie rozwiązanie musi budzić niepokój.
Po pierwsze, narusza on w istotny sposób interes pracownika. Kodeks pracy nie zna przepisu nakazującego oddawać dzień wolny za święto przypadające w sobotę. Norma ta wynika z przepisów o czasie pracy. Otóż w myśl polskiego prawa, dniem bezwzględnie wolnym jest tylko niedziela i inne dni ustawowo wolne od pracy. A zatem – skoro w Polsce tydzień pracy ma średnio 5 dni – drugi dzień wolny może przypadać w każdy inny dzień. To, że jest to zazwyczaj sobota wynika jedynie ze zwyczaju. Jeżeli zatem dzień ustawowo wolny od pracy przypada w inny dzień, niż niedziela (która jest wolna i tak), to zmniejsza on wymiar czasu pracy. I tak, miesięcznie, zamiast - przyjmijmy – 176 godz. pracy (8 godz. x 22 dni), mamy tylko 168 godz., czyli jeden dzień mniej. Jeżeli zatem pracownik ma i tak sobotę wolną, to w takim razie uzyskuje wolny dodatkowy dzień. Jeżeli jednak w sobotę on pracuje, to wtedy owa sobota staje się jego dniem wolnym.
Jak łatwo więc z powyższego wywnioskować, owo „oddawanie” wolnego nie jest jakimś przywilejem pracownika (nieuzasadnionym w dodatku!) ale normalną konsekwencją zasad obliczania czasu pracy. Likwidacja tego systemu spowoduje, iż osoba, której dzień pracy przypada w sobotę (a może to być każdy), będzie musiała w tę sobotę pracować. W myśl zasady wprowadzonej przez komentowaną ustawę nastąpi daleko idąca dyskryminacja osób, które w soboty pracują, natomiast drugi wolny dzień mają innego dnia. Prezydentowi Komorowskiemu dalekie były tego rodzaje wątpliwości, chociaż mogą one doprowadzić do daleko idących nadużyć.
Po drugie jednak, szkodliwość wprowadzonego rozwiązania jest głębsza. Uzasadnieniem takiej zmiany jest podnoszone od lat przez różnych ekonomistów larum dotyczące rzekomych szkód, jakie gospodarce wyrządzają dni wolne od pracy. Jesteśmy zasypywani informacjami, ile Polskę kosztuje to, że jej obywatele zajmują się w pewnych dniach roku czymś innym, niż działalnością zarobkową.
Pogląd wydaje się wątpliwy. Pomija on bowiem, iż dni wolne od pracy zazwyczaj zwiększają popyt. W takie dni więcej się podróżuje. więcej się chodzi do restauracji, kin itp. Oznacza to, iż zyski, jakie gospodarka ma z tego, iż obywatele wreszcie wydają zarobione pieniądze, może kompensować straty ze zmniejszonej produkcji. Ponadto, krótszy czas pracy nie powoduje automatycznie wytworzenia produktu o mniejszej wartości. O tym, ile należy wyprodukować decyduje przede wszystkim rynek. A on potrzebuje tyle i tyle drutu stalowego, decyzji administracyjnych, chleba, pism procesowych, węgla brunatnego itp. To, że jeden dzień będzie wolny dla wielu ludzi oznaczać będzie tylko tyle, iż w pozostałe będzie trzeba wytworzyć trochę więcej.
Wreszcie jednak pogląd ten – nawet, jeśli prawdziwy – jest wysoce szkodliwy. Otóż zakłada on, iż głównym celem ludzkiego życia jest praca, zaś największą satysfakcją – oglądanie wzrastających wykresów obrazujących stan gospodarki. Człowiek ma pracować, bo praca uszlachetnia, kształtuje osobowość i czyni wolnym…. (Ups… tu się chyba trochę zagalopowałem, ale w zasadzie nie za bardzo).
Nie wiem, czy praca uszlachetnia, wiem natomiast, że może upadlać. Tym bardziej może ona odczłowieczyć. Człowiek nie jest istotą, której funkcją jest jedynie wytwarzanie. Człowiek pracuje, aby żyć. Jednak życie jego wyraża się (a przynajmniej powinno wyrażać się) gdzie indziej. Człowiek tworzy kulturę. Człowiek jest osobą myślącą i tę zdolność powinien w sobie rozwijać. Człowiek powinien mieć czas na czytanie książek, chodzenie do teatru, rozmowę, kontakty z innymi ludźmi a wreszcie (at least but not at last) – na odpoczynek. Największe dzieła kultury i cywilizacji ludzkiej powstały nie dla pracy, ale dla zajęcia czasu wolnego. Gdyby ludzie całą swoja aktywność poświęcali na pracy, nie byłoby sztuki ani literatury, nie byłoby El Greca ani Szekspira, nie byłoby Chopina ani Herberta. Innymi słowy – nie byłoby całej kultury i dużej części cywilizacji. Byłyby może zaśpiewki robotników przy pracy i architektura hal fabrycznych. No i muzyka techno (ale to akurat jest). Atrakcyjna wizja….
Aktualna tendencja zmierza (przynajmniej w Polsce) do zepchnięcia funkcji człowieka jedynie do jego znaczenia, jako pracownika. Pani Minister Kudrycka konsekwentnie próbuje przemienić uczelnie wyższe w uczelnie zawodowe, podporządkowując miejsca poznania prawdy celom prymitywnej produkcyjności. Piszę prymitywnej, gdyż wierzę, iż rozwój nauki i kultury jest celem samym w sobie, który zawsze powoduje powstanie jakiejś wartości dodanej. Tymczasem w myśl panującej obecnie tendencji, taka historia sztuki albo archeologia (ta jest wręcz szkodliwa, bo opóźnia inwestycje, np. budowę autostrad), jako dyscypliny niemogące nic wnieść przemysłowi, są skazane na wegetację, jeśli nie wymarcie. Student politechniki jest lepszy od studenta historii, bo pracy tego ostatniego w przyszłości nie będzie można przeliczyć na euro ani baryłki ropy naftowej. I dlatego dostanie np. niższe stypendium.
To samo jest z kultem pracy. Czas niespędzony na pracy jest czasem – dosłownie – zmarnowanym. Żyjemy w czasie wielkiego tryumfu kultury (a raczej – antykultury) pracy wielkich korporacji, gdzie pracuje się po kilkanaście godzin dziennie, dorabiając do tego jeszcze odpowiednią ideologię. Taki człowiek nie ma już czasu na jakikolwiek rozwój duchowy, na lekturę, kontakt z jakąś kulturą wyższą czy na zwyczajne rozmyślania. To wszystko – jako niezmierzające do zwiększenia PKB – winno być zminimalizowane. Przy okazji taki człowiek – doskonały specjalista w swojej dziedzinie i kompletny ignorant we wszystkich innych – jest łatwiejszy do sterowania i manipulacji. Czyż nie taki jest „młody wykształcony pochodzący z dużego miasta” wyborca PO? Takiemu zostają tylko dźwięki obrabiarek nazwane muzyką i tancbudy nazwane klubami. Pełna kultura.
Do tego wszystkiego zmierza wprowadzona ustawa, która doprowadzi do efektywnego zwiększenia obciążenia pracą każdego pracownika. A zarazem cała akcja dokonywana jest w białych rękawiczkach. Perfidne powiązanie tego z restytucją Święta Objawienia Pańskiego powoduje, iż automatycznie zamyka się usta krytykom, twierdząc, iż cała akcja jest realizacją postulatów społeczeństwa i wyrazem uznania chrześcijańskich korzeni naszego kraju. Tak jak w PRL, gdzie wszystkie niekorzystne zmiany uzasadniano interesem i postulatami klasy robotniczej.
Realizując ideał, jaki prezentuje nam rządząca PO wespół ze światłymi ekonomistami, będziemy być może bogatsi. Będziemy mieli być może więcej autostrad, dłuższe metro i wyższe wieżowce (jak wiadomo: im budynek wyższy, tym ładniejszy). Ale nie będziemy mieli czasu, aby się tymi wszystkimi sukcesami nacieszyć. I nie będziemy mieli duszy. Tak oto człowiek stanie się automatem. A wspólnota, ostatecznie – masą. Ortego y Gassecie! Twoje przestrogi stają się ciałem
Komentarze
Pokaż komentarze (1)