Tak zwana cywilizacja zachodnia opiera się na trzech filarach: demokracji, wolnym rynku i ideologii praw człowieka. Kwestię praw człowieka zostawmy na razie z boku. Jednak dwa pozostałe filary nie tyle nawet trzeszczą w szwach, ale są w swej istocie fikcją.
Zarówno demokracja (rozumiana nie jako wizja porządku społecznego, lecz jedynie jako sposób podejmowania decyzji i wyboru rządzących) oraz wolny rynek mają wspólną podstawę, jaką jest założenie o racjonalności. Podejmowanie decyzji przez wszystkich członków społeczeństwa zakłada, iż są oni w stanie zająć stanowisko w kwestiach istotnych dla wspólnoty politycznej. Co więcej, zakłada, że decyzja ta nie będzie przypadkowa, lecz racjonalna i uzasadniona, poparta odpowiednim rozumowaniem. Tylko przy takim założeniu konstrukcja demokratyczna ma sens. Jeśli przyjmuje się, iż każdy członek wspólnoty politycznej ma takie samo prawo do udziału w podejmowaniu decyzji, to konieczne jest założenie, iż jego wybór ma także merytorycznie taką samą wagę, jak wybór innych osób, że jest on przemyślany i oparty na relewantnych dla sprawy przesłankach.
Tak samo jest z wolnym rynkiem. Jeśli o układzie sił gospodarczych, o sukcesie bądź upadku ekonomicznym mają decydować odbiorcy dóbr, wybierać oni muszą w sposób rozsądny i przemyślany. Podstawą wolnego rynku jest założenie o tym, iż człowiek jest homo oeconomicus, który w wyniku racjonalnych działań stara się zabezpieczyć swój interes przez zwiększenie posiadanych dóbr. Wybór jednego z konkurujących dóbr czy usług winien być poprzedzony rozsądną oceną wartości każdego z tych dóbr, z punktu widzenia celów, jakie stawia sobie jednostka.
Innymi słowy wolna konkurencja, tak dóbr i usług, jak i idei wymaga przyjęcia, iż ich odbiorcy są w stanie dokonać ich krytycznej analizy i oceny oraz dokonać wyboru kierując się swoim interesem. Brak racjonalności zabija zarówno demokrację (skoro wybór przestaje być racjonalny, skoro przestaje się opierać na rozsądnej analizie dobra wspólnego i dróg do niego wiodących) jak i wolny rynek (rynek, w którym podstawą wyboru przestaje być racjonalne działanie na rzecz swojego interesu przestaje być wolnym).
Tymczasem to, co obecnie obserwujemy, to eliminowanie tak z demokracji jak i z rynku elementu racjonalnego wyboru. Cała – ogromna - sfera usług marketingowych zajmuje się tylko tym, aby wybór ekonomiczny pozbawić racjonalności. Odbiorca ma kierować się czynnikami irracjonalnymi – odpowiednią atmosferą, przyjemnym skojarzeniem, popędami (także seksualnymi) – a nie rozsądną analizą swoich potrzeb. Cały rynek reklamowy służy niczemu innemu, jak tylko zastąpieniu wyboru przemyślanego – wyborem spontanicznym, uczuciowym.
Nie inaczej jest z demokracją. Nikt nie ukrywa, iż o wyniku wyborów decyduje nie program, nie postawa kandydata czy partii, lecz wykreowany (a zatem nierzeczywisty) obraz czy gesty. Dziś o wyniku wyborów może zadecydować to, czy kandydat łysieje, czy założył niebieską koszulę albo czy spocił się za bardzo. Wybór polityczny staje się wyborem estetycznym, prestiżowym (głosowanie na niektórych to „obciach”) albo wręcz wyborem nie opartym na żadnych dających się sprecyzować kryteriach. Innymi słowy, wybór polityczny uniezależnia się od jakichkolwiek przesłanek politycznie relewantnych.
Co więcej, dzieje się to zupełnie jawnie. Zawód „piarowaca” albo „marketingowca politycznego” jest zawodem nie tylko dobrze opłacanym, ale i działającym zupełnie otwarcie, udzielającym publicznych rad i tłumaczącym zasady rządzące mechanizmem promocji. Polityk, podobnie jak kosiarka do trawy, jest jedynie przedmiotem, który należy sprzedać. I w tym celu wcale nie trzeba odwoływać się do jego kompetencji (czy do rzeczywistej użyteczności kosiarki), lecz można zwrócić się do irracjonalnej sfery odbiorcy.
Rodzi się więc pytanie na ile to, co opisałem wyżej, jest jeszcze demokracją czy wolnym rynkiem. Warto zauważyć, iż zagrożenia rynku zostały w dużej mierze zdiagnozowane i państwo podjęło próby – inna rzecz czy wystarczające i skuteczne – zapobieżenia tym zjawiskom. Stąd ochrona konkurencji, konsumenta czy najróżniejsze organy regulacyjne nie są zaprzeczeniem wolnego rynku, lecz próbą utrzymania go przy życiu. W przypadku demokracji nikt jednak takich prób nie podejmuje. A debata publiczna już dawno przestała być wymianą poglądów (jeśli kiedykolwiek nią była) a stała się przestrzenia walki na imaże (a może imydże, sam nie wiem) polityków, przyklejanie gęb i dalekie od racjonalności hasła.
Jeżeli więc mówimy dzisiaj o zagrożeniach dla demokracji to zastanówmy się, co jeszcze z niej zostało. Jeśli domagamy się by lud rządził, zastanówmy się, czy on rządzi w istocie, czy też są to raczej rządy pozorne. Jeśli twierdzimy, że wybór większości jest wyborem słusznym, zastanówmy się nad motywacją tego wyboru. A po tym wszystkim, jeśli słyszymy o kryzysie cywilizacji Zachodu (tej opartej na zbrodni rewolucji francuskiej i barbarzyństwie roku 1968), to zastanówmy się, czy należy ją ratować, czy może lepiej wyrwać jej z pod głowy poduszkę, aby się dłużej nie męczyła…


Komentarze
Pokaż komentarze (7)