Imrahil Imrahil
620
BLOG

Tako rzecze The Economist: Polska już nie jest rusofobem

Imrahil Imrahil Polityka Obserwuj notkę 5

The Economist odkrył, iż Polska nie jest już rusofobem. Starania Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego odniosły efekt. Oto obecnie Polska kieruje się już nie emocjami czy historią, ale pragmatyką i analizą interesów.

 

Piękne. Tylko czy tak jest w istocie?

 

Niewątpliwie od czasów katastrofy smoleńskiej nastąpił zwrot w stosunkach polsko-rosyjskich. Abstrahuję już od sensowności myślenia, że skoro rosyjski samolot, tuż po powrocie z serwisowania w Rosji, rozbija się na rosyjskim lotnisku, wykonując polecenia rosyjskiej wieży kontrolnej, to jest to powód do poprawy stosunków z Rosją, a nawet, że to wydarzenie samo w sobie stanowi to przełom. Zwrot ten zarysował się już wcześniej – od początku objęcia władzy przez Platformę. Tyle tylko, że do kwietnia 2010 r. postawa ta była moderowana stanowiskiem Lecha Kaczyńskiego.

 

Podstawowym zarzutem wobec stosunków z Rosją, jakie występowały za czasów rządów PiS, było rzekome skupienie się na kwestiach historycznych i idealistycznych. Przede wszystkim jednak powszechnie uważano (i pogląd ten podziela także The Economist), iż winę za złe stosunki polsko-rosyjskie ponosi Polska.

Z poglądem drugim trudno polemizować. W końcu jasne jest, iż to Polska przez 50 lat okupowała Rosję nie poczuwając się do jakiejkolwiek winy za to, to Polska wymordowała tysiące rosyjskich obywateli, to Polska zakazała importu rosyjskich towarów, to Polska wtrącała się w wewnętrzne sprawy Rosji dotyczące jej instalacji obronnych i udziału w sojuszach oraz to Polska okupuje nadal terytoria krajów sąsiadujących z Rosją.

Nie było tak? A, to przepraszam. Tylko, kto w takim razie ponosi winę za złe stosunki polsko-rosyjskie?

 

Kolejnym mitem złych stosunków między Moskwą a Warszawą był rzekomy idealizm polskiego rządu pomieszany z podporządkowaniem spraw międzynarodowych polityce historycznej. Tymczasem nie przypominam sobie, by Polska w jakiś szczególny sposób eksponowała kwestie Katynia, okupacji z lat 1939-41 czy tzw. „wyzwolenia”. Nie mówiąc już o kwestiach okupacji z lat 1944-1993. To raczej rosyjskie środowiska bliskie Kremlowi eksponowały kwestie historyczne (zwłaszcza usprawiedliwiając Katyń). To Rosja stawiała (i stawia nadal) historię na czele swojej raison d’etat, co pokazały chociażby wydarzenia dotyczące usunięcia pomnika żołnierzy Armii Czerwonej z Tallina. W tym samym czasie Polska potrafiła nawiązać współpracę z Ukrainą pomimo bolesnych przeszkód historycznych..

Podobnie było i idealizmem Polski. Uważać, iż wspieranie Gruzji, Mołdawii czy Ukrainy jest spowodowane jakimiś sentymentami, może tylko ten, kto nie rozumie ani sytuacji Polski w Europie ani skutków działań podejmowanych swego czasu przez polski rząd. W interesie Polski leży posiadanie pomiędzy sobą a Rosją a pasa niepodległych i zaprzyjaźnionych państw. Tym samy wspieranie Ukrainy czy krajów nadbałtyckich stanowiło wspieranie polskiej pozycji geopolitycznej. Wsparcie dla Gruzji – poza oczywistym względem moralnym (wsparcie kraju, którego terytorium od kilkunastu lat jest bezprawnie okupowane przez Rosjan) – miało także znaczenie geopolityczne. Powodowało ono wzmocnienie pozycji Polski (i, pośrednio, Zachodu) w tym strategicznym miejscu oraz uprzedzało imperialne zapędy Rosjan. Wsparcie Polski dla integralności Gruzji należy porównać z biernością Zachodu na remilitaryzację Nadrenii w 1935 r. Celem Rosji było – zgodnie z odświeżoną taktyką krojenia salami – stopniowe odzyskiwanie swojej strefy wpływów, a często i samego terytorium Tym samym sprawy gruzińskiej nie należy traktować jako wyjątku, lecz jako regułę, której powinno się położyć kres. Wskazać należy, iż rosyjskie wojska utrzymują nielegalne pseudopaństwa nie tylko w Gruzji, ale też w Mołdawii. Postawa taka – sprzeczna z prawem międzynarodowym – winna wywoływać stałe zaniepokojenie Zachodu. Tymczasem nie dzieje się w związku z tym nic.

Koncepcja jagiellońska czy piłsudczykowska (już raz zaprzepaszczona przez Dmowskiego i jego popleczników w Rydze w 1921 r.) nie jest więc konsekwencją jakichś mesjanistycznych, lecz chłodnej analizy geopolitycznej. Wypływa ze świadomości, iż Polska jest zbyt mała, by się przeciwstawić Rosji, w związku z czym potrzebuje sojuszników i odpowiedniej sytuacji politycznej, by stać się dla Rosji partnerem. Bo Rosja – i trudno czynić z tego zarzut – nie kieruje się przyjaźnią czy wolą utrzymania dobrych stosunków, lecz rachunkiem sił. I Rosja szanuje silnych, a nie tych, którzy się przednią upokarzają.

 

Teraz Polska z tego wszystkiego zrezygnowała. Gruzji pokazano miejsce, jakie rzekomo zajmuje w szeregu, pokazując, iż Polsce nie zależy na politycznych wpływach na Kaukazie ani na niepodległości krajów postradzieckich. Polska łatwo dała się skłócić z Litwą z powodów błahych (w porównaniu z zagrożeniem rosyjskim). Mając na uwadze historię z Rolandasem Paksasem należy mieć poważnie rozważać możliwość, iż cała sprawa z pisownią polskich nazwisk jest rosyjską prowokacją.

Prawdą jest, iż konsekwentna polityka wobec Rosji utraciła swoich sojuszników. Z urzędu prezydenta Litwy odszedł Valdas Adamkus, niewątpliwy mąż stanu świadomy zagrożenia rosyjskiego (i wynikającej z tego hierarchii wartości) zaś z urzędu prezydenta Ukrainy – polityk z pewnością mniejszego formatu, lecz także niemający wobec Rosji złudzeń – Wiktor Juszczenko.

 

Na czym zatem polega ów obecny zwrot z Rosją. Czy Rosja zrezygnowała ze swoich imperialnych zamierzeń? Czy zgłosiła swoje desinteressement ws. tarczy rakietowej, czy może ustąpiła z planów budowy gazociągu bałtyckiego bądź wycofała się z Abchazji i Naddniestrza? Innymi słowy – czy przestały istnieć materialne podstawy złych stosunków polsko-rosyjskich?

Nic z tych rzeczy. To jedynie Polska rezygnowała – z wspierania Gruzji i z promowania prozachodnich aspiracji Ukrainy. Pogorszyły się też stosunki Polski z Litwą. Wysiłek budowania silnej pozycji Polski na Wschodzie legł w gruzach. Polska ponadto pozwoliła na to, aby rząd rosyjski przejął własność Polski, jaką były szczątki Tu-154, przedmioty osobiste ofiar oraz czarne skrzynki. Rząd Polski i posłuszne mu media wprowadziły zakaz krytykowania Rosji i jej sposobu prowadzenia śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie mówiąc już o jakichkolwiek sugestiach, iż za śmierć polskiego prezydenta, dowódców Wojska Polskiego i licznych działaczy państwowych może ponosić strona rosyjska.

Co Polska ma w zamian? Łaskawe uznanie, iż Katyń jest zbrodnią, co zresztą nie jest konsekwentne (vide postawę rosyjską w postępowaniu przez Europejskim Trybunałem Praw Człowieka). Tak oto, pod hasłem rezygnacji z polityki historycznej, jedynym polskim sukcesem stało ustępstwo Rosji właśnie w sferze historycznej, które zresztą Rosjan niczego nie kosztuje.

Nawet rzekomo podnoszone przez Polskę zastrzeżenia wobec gazociągu bałtyckiego są słabe. Swego czasu wyszło na jaw, ze rura utrudni działalność portów w Szczecinie i Świnoujściu. Po jakim czasie Donald Tusk tryumfalnie ogłaszał, iż nasi partnerzy zgodzili się zmienić trasę rurociągu. To, że prezes Portu Szczecin-Świnoujście stwierdził, iż to sprawy nie załatwia już w mediach umknęło. Tak to Donald Tusk dba o interesy polskich portów.

 

O co zatem chodzi w poprawianiu stosunków polsko-rosyjskich? W interesie wielu krajów Zachodu (których wyrazicielem jest The Economist) leży nawiązanie bliższych gospodarczych i politycznych stosunków z Rosją. O roli, jaką w tej kwestii odgrywa rząd włoski można przeczytać na WikiLeaks. Podobną postawę zajmują Francuzi czy Hiszpanie. Oni nie dostrzegają zagrożenia rosyjskiego, które wydaje się odległe. Tym bardziej za zbliżeniem z Moskwą optuje Berlin, który widzi w nim szanse na powrót do grona światowych mocarstw.

Każde z państw ma prawo prowadzić politykę zgodną z własnym interesem i nie ma obowiązku dbać o interesy innych krajów, zwłaszcza, jeśli te nie potrafią same o niego zadbać. Dlatego też nie ma co oburzać się na rusofilską postawę Zachodu. To, iż – pod wpływem nieznajomości Rosji, pracy agentów wpływu i użytecznych idiotów – Zachód nie rozumie Rosji i zapomniał już czasy, gdy sołdaci gwałcili niemieckie kobiety w Berlinie i poili swe konie w Sekwanie, jest tylko ich sprawą. Ale nie zwalnia Polski z obowiązku dbania o swój interes.

Tymczasem Donald Tusk i jego dwór sprowadza politykę zagraniczną do gestów i symboli. Ma ona polegać nie na realizacji racji stanu, zapewnienia bezpieczeństwa państwa i możliwości realizacji jego interesów, lecz na miłych i przyjaznych osobistych relacjach z partnerami zagranicznymi. Środek, jakim są dobre stosunki staje się celem. Racja stanu zostaje sprowadzona do tego, by Angela Merkel poklepała Donalda Tuska po plecach a Dmitrij Miedwiediew przyjechał do Polski. To, co z tych wydarzeń wyniknie, jest nieistotne. Tusk chce, by go wszyscy lubili.

Tymczasem w polityce konflikt jest rzeczą normalną. Jeśli za wszelką cenę będzie się chciało unikać konfliktów, to trzeba ulegać wszystkim dookoła. Lech Kaczyński może nie był lubiany powszechnie w świecie, ale liczono się z nim i zasłużył sobie na pewien szacunek. Tuska może i się lubi – ale z pewnością się nie szanuje. Polska – pod rządami Platformy – jest może krajem bezkonfliktowym i przewidywalnym, ale jest też krajem nic nieznaczącym. Z Polską nie trzeba się liczyć, bo i tak zaakceptuje ona wszystkie decyzje mocarstw, w zamian za jakąś ułudę równości i prestiżu. Polska pod rządami PO zachowuje się jak szlachcic szarak, który zrobi wszystko, co mu magnat każe, tylko, dlatego że ten magnat wszędzie głosi równość szlachty.

Postawa krajów Zachodu wobec Rosji jest zrozumiała i mają one do niej prawo (nawet jeśli obiektywnie się mylą). Postawa Tuska i Komorowskiego, którzy wciąż domagają się dowodów akceptacji ze strony Zachodu i nie są w stanie zdobyć się na jakąkolwiek samodzielność czy stanowczość wobec silniejszych (co innego wobec Litwy czy Gruzji) jest może wytłumaczalna i zrozumiała po ludzku. Ale dlaczego ma powodować, iż celem polskiej polityki będą pochwały w The Economist? Czemu na kompleksach władzy ma tracić Państwo….

Imrahil
O mnie Imrahil

"Miejsce byłego, bogatego w doświadczenie intelektu twórcy zastępuje dzika wola burzyciela. Na pierwszy plan są wysuwane żądania niższych instynktów, co nadaje spekulacyjny charakter myśli we wszystkich jej przejawach, a więc w polityce, ekonomii, nauce i sztuce. Ludzkość daleko odbiega od duchowych zagadnień i dążeń. (...) Lecz wówczas (...) pojawił się Ten, o którym mówił apostoł Jan w Apokalipsie (...). Ten Przeklęty jest już pośród ludzkiej rzeszy i cofa fale kultury i duchowego postępu od Boga ku sobie (...). Państwo to powinno być silne moralnie i fizycznie. Musiałoby zagrodzić od wpływów rewolucji wysokim murem surowych i mądrych praw oraz bronić swoich duchowych podwalin: kultu, wiary, filozofii i polityki." baron Roman Ungern von Sternberg

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka