Nie mam sprecyzowanej opinii, co do wydarzeń w Egipcie. Za mało mam wiedzy, by ocenić, czy słuszność leży po stronie demonstrantów, czy po stronie prezydenta Mubaraka. Jeśli ekipa rządowa była istotnie nieudolna i skorumpowana to winna odejść, jako że obowiązkiem władzy jest dbałość o dobro wspólne. Jeżeli władza nie wywiązuje się ze swoich obowiązków to traci legitymacje do rządzenia.
Czym innym jest jednak hasło wprowadzenia demokracji. Przypuszczam, iż istotnie z tym było w Egipcie nie najlepiej. Jednak słowo „demokratyzacja” wzbudza we mnie istotne obawy. Po pierwsze dlatego, iż demokracja – zakładając mylnie, iż wszyscy ludzie mają jednakowe kompetencje polityczne – powoduje otwarcie systemu politycznego na populizm i manipulację utrudniając rzetelną realizację zadań państwa. Po drugie, demokracja w swej naiwnej wierze, iż wszyscy ludzie są równi, powoduje zniszczenie hierarchii społecznej i systemu wartości (inna rzecz, czy za Mubaraka, takie istniały i były sprawiedliwe). Demokracja jest systemem, w którym lud (co bynajmniej nie oznacza sumy jednostek), staje się – de facto – bogiem.
Poza jednak względami ideowymi czy metafizycznymi, istnieje jeszcze czynnik praktyczny. Obalenie Mubaraka może bowiem doprowadzić do daleko idącej destabilizacji w całym regionie. Demokracja – jeśli w ogóle jest jakąś wartością – to nie jest wartością najwyższą. Egipt Mubaraka (a wcześniej Sadata) był gwarantem spokoju i dowodem na możliwość normalizacji arabsko-izraelskiej. Przejęcie władzy w regionie przez ugrupowania skrajne – mniejsza czy będą to fundamentaliści czy komuniści - będzie miało dla całego świata opłakane skutki. Ale nawet, jeśli to się nie stanie, to chwiejne rządy parlamentarne, przekładające się na słabość całego państwa, z pewnością stabilności w regionie nie wróżą. A nepotyzm i korupcja pewnie pozostaną, jakie były.
Przykłady „demokratyzacji” z poparciem Zachodu (zwłaszcza Stanów Zjednoczonych) są bowiem frapujące. Obalenie z pomocą USA w 1963 r. Ngo Dinh Diema doprowadziło do daleko idącego osłabienia Wietnamu Południowego, konieczności militarnego zaangażowania Ameryki i w konsekwencji – do wydania tego kraju w szpony komunistycznej Północy. Podobnie stało się z przywracaniem demokracji w Pakistanie. Póki prezydentem był gen. Muszarraf, Pakistan był państwem dość stabilnym, przewidywalnym i wspierającym Zachód w wojnie w Afganistanie. Jego obalenie (także z pomocą USA) doprowadziło do tego, iż Pakistan jest obecnie jednym z najmniej przewidywalnych i stabilnych państw świata. Realnie przewiduje się możliwość przejęcia tam władzy przez talibów. Niewątpliwie aktualna sytuacja w Pakistanie wymaga od państw Zachodu większego zaangażowania w Afganistanie. A ponadto Pakistan ma przecież broń jądrową.
Wybrałem tylko dwa przykłady, by pokazać rujnujący skutek obalania monokratów. Zanim zniszczy się stabilnie działający system, trzeba wiedzieć, co nam w wyniku tego wyjdzie. Trzeba też pomyśleć, czy czasem wprowadzając demokrację, nie tracimy czegoś ważniejszego.
Przeciw temu, co napisałem wyżej, ktoś może powiedzieć, iż zapominam, że o skutkach obalenia komunizmu w Polsce przed rokiem 1989 r. wyrażano podobne obawy; że stosując się do powyższych wskazówek, Polska nadal byłaby zniewolona. Nic podobnego. W Polsce bowiem kwestią główna był – moim zdaniem – nie brak demokracji, ale nielegalność rządów komunistycznych w Polsce (mimo istnienia legalnego rządu na emigracji), ich podporządkowanie obcemu mocarstwu i zło ideologii i praktyki politycznej. Z komunizmem na świecie należy walczyć z powodu jego niedemokratyczności, lecz dlatego, że jest to zło absolutne. A sam brak demokracji nie jest koniecznie większym złem, niż jej pełnia. Pamiętajmy o tym, nim poniesiemy kolejne koszty wyzwalania ludu.


Komentarze
Pokaż komentarze