Imrahil Imrahil
377
BLOG

Wolność słowa i badań naukowych wg. GW

Imrahil Imrahil Polityka Obserwuj notkę 5

Gazeta Stołeczna z oburzeniem informuje, iż w Instytucie Historycznym UW, pod auspicjami koła naukowego historyków i wydziałowego zarządu samorządu studenckiego odbyła się projekcja filmu „List z Polski”, w którym całkowicie poważnie stawia się tezę o tym, iż katastrofa smoleńska była rezultatem zamachu.

Oburzenie nie ma końca: jak to możliwe – pyta dziennikarz – że na uniwersytecie można było urządzić projekcję takiego filmu. I w dodatku nie zaproszono komentatora, któryby powiedział, że to jest spiskowa teoria. Dziennikarz kończy wezwaniem, by takie projekcje urządzać w siedzibach partii a nie na uniwersytecie.

Nie miejsce w tym komentarzu na analizowanie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Teoria o zamachu jest jedną z nich i w każdym normalnym kraju byłaby brana na poważnie pod uwagę. W każdym kraju, tylko nie w Polsce, gdzie w imię podlizania się Rosjanom rząd godzi się na najgorsze upokorzenia. Jednostronnej rządowej woli poprawy stosunków z naszym wschodnim sąsiadem nie mąci ani arogancja MAKu, ani wyniki śledztwa, które jednoznacznie wskazują na winę Rosjan w spowodowaniu katastrofy. W związku z czym nawet perspektywa, iż reżim moskiewski miałby na rękach krew polskiego prezydenta, Tuska i Sikorskiego nie odstrasza.

Oczywiście są poważne argumenty kwestionujące wersję o zamachu – przede wszystkim wskazujące na liczne zaniedbania po stronie polskiej. Gdyby przygotowanie wizyty, działania rządu i procedury w specpułku były właściwe to do katastrofy by nie doszło (podobnie zresztą jak nie doszłoby do niej, gdyby swe procedury stosowała wieża w Smoleńsku). Tymczasem zamachowiec nie mógłby uzależniać swojego sukcesu od lekceważenia i bałaganu po polskiej stronie.

Tak czy inaczej o tym, że katastrofa smoleńska mogła być spowodowana zamachem należy mówić, nawet, jeśli przybiera to formę pewnej legendy. I to zrozumieli młodzi historycy. Dla historyka nie może być tematów, którymi się nie zajmuje „bo nie”, ani teorii, które odrzuci bez ich weryfikacji. I nie jest winą organizatorów, iż w toku dyskusji zadano „tylko jedno krytyczne pytanie”, choć oczywiście pytań krytycznych (ale rzeczywiście krytycznych a nie odwołujących się do argumentów ad personam albo ujmujących odmienne poglądy jako ciemnotę) powinno być wiele. Bo warsztat historyka – jak nauczono mnie na studiach historycznych - polega przede wszystkim na stawianiu ciągle krytycznych pytań przede wszystkim pod adresem własnych teorii i koncepcji. Tylko taki warsztat bowiem służy rzeczywistemu poznaniu prawdy.

Tendencja wyrugowania polityki z uczelni jest na pozór słuszna, tyle tylko, że w zakresie wydarzeń najnowszych praktycznie niewykonalna. Zbyt wiele rzeczy w historii najnowszej ma bowiem przeniesienie na grunt bieżącej polityki, a wiele ocen historycznych zmienia się wraz ze zmianą koniunktur politycznych (vide stosunek Gazety Wyborczej do Lecha Wałęsy). Tymczasem historyk w dzisiejszych czasach nie może czekać „aż się przedmiot świeży/jak śliwka ucukruje, jak tytuń uleży”.

Ponadto wezwanie takie na łamach Gazety Wyborczej nie brzmi szczerze. Jednocześnie bowiem gazeta ta wspiera działalność na UW „koła naukowego” „Queer UW”, które żadnym kołem naukowym nie jest (jako że nie zajmuje się jakąkolwiek działalnością naukową i nie reprezentuje jakiejkolwiek dyscypliny naukowej), zaś prowadzi czysto ideologiczną działalność walki o uprzywilejowanie osób homoseksualnych (jakby byli w jakikolwiek sposób wyróżniający się z punktu widzenia edukacji wyższej). Gazeta Wyborcza – jeśli mnie pamięć nie myli – broniła też koncepcji powołania jednostki zajmującej się badaniami gender (jeżeli w ogóle można prowadzić w tej dziedzinie jakiekolwiek badania naukowe) na Uniwersytecie Gdańskim i atakowała prof. Jarosława Warylewskiego za – nazwijmy to – brak entuzjazmu dla tego pomysłu.

A może Gazeta Wyborcza zapomniała już, jakiego poparcia udzieliła zebraniu „obrońców demokracji”, które odbyło się swego czasu w Auditorium Maximum? Organizacja antyPiSowskich wieców nie jest bowiem naruszeniem apolityczności Uniwersytetu.

W istocie więc mamy tutaj kolejny dowód na próbę wprowadzenia cenzury dla poglądów innych niż te, które wyznawać można. Prezentacja jakichkolwiek poglądów niesłusznych (zdaniem Gazety Wyborczej) jest działalnością polityczną i może mieć miejsce tylko, jeśli się skrytykuje i zdemaskuje (przypomina mi tu się rozdział „Czarna magia i jej zdemaskowanie” z „Mistrz i Małgorzaty”). Z kolei ewidentnie propagandowa działalność na rzecz ideologii właściwych jest prowadzeniem „dyskursu naukowego”. Łatka partyjnictwa przypinana jest tylko głosicielom tez niewygodnych dla Gazety Wyborczej, Nowej Lewicy, Platformy i jej salonu. Jeśli ktoś nie wierzy w to, co mu salon podaje do wierzenia, ten jest zaślepionym PiSowcem. Niedługo pewnie będzie uznany za wariata, bo nikt normalny nie może mieć takich poglądów i być przeciwny naszemu Najjaśniejszemu Premierowi.

Ot, wolność słowa i badań politycznych a’la Gazeta Wyborcza…

Imrahil
O mnie Imrahil

"Miejsce byłego, bogatego w doświadczenie intelektu twórcy zastępuje dzika wola burzyciela. Na pierwszy plan są wysuwane żądania niższych instynktów, co nadaje spekulacyjny charakter myśli we wszystkich jej przejawach, a więc w polityce, ekonomii, nauce i sztuce. Ludzkość daleko odbiega od duchowych zagadnień i dążeń. (...) Lecz wówczas (...) pojawił się Ten, o którym mówił apostoł Jan w Apokalipsie (...). Ten Przeklęty jest już pośród ludzkiej rzeszy i cofa fale kultury i duchowego postępu od Boga ku sobie (...). Państwo to powinno być silne moralnie i fizycznie. Musiałoby zagrodzić od wpływów rewolucji wysokim murem surowych i mądrych praw oraz bronić swoich duchowych podwalin: kultu, wiary, filozofii i polityki." baron Roman Ungern von Sternberg

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka