W minioną niedzielę, do czego dzisiaj wraca Super Express, mieliśmy do czynienia z kolejnym przejawem, rzekłbym wręcz – feerią, wolności i niezależności polskich mediów. Pewien znany polityk został tak przygwożdżony przez Wielką Dziennikarkę, że wyszedł ze studia nagraniowego.
Nie byłoby może w tym nic szczególnego, gdyby nie to, iż politykiem tym był poseł opozycji, zaś przyczyną jego wyjścia były agresywne pytania ze strony prowadzącej. Innymi słowy, to opozycja, a nie koalicja rządząca – została potraktowana ostro przez dziennikarkę. Najważniejszym pytaniem, na które odpowiedź tak chciała uzyskać, nie było pytanie dotyczące polityki rządu, reformy emerytalnej, czy ustalenia przyczyn katastrofy smoleńskiej, lecz tego, dlaczego lider opozycji powiedział to, co powiedział. Gdybym miał więcej śmiałości wobec Największego po Tomaszu Lisie i Danielu Passencie polskiego autorytetu medialnego, to bym zauważył, iż skoro ciekawiło ją, co prezes miał na myśli, to należało spytać prezesa. Pytanie o to innych osób przypomina szkolną lekcję, „co poeta miał na myśli?” i wszyscy dobrze wiemy, jak się mają takie pytania do sensu utworu i jak zadawanie takich pytań świadczy o nauczycielu.
Ale nie zadam tego pytania jeszcze z jednego powodu. Mianowicie jestem przekonany, iż Wielka Dziennikarka doskonale wiedziała o jego bezsensie. Chodziło jej raczej o to, aby po raz kolejny móc wywołać dyskusję i zaatakować największą partię opozycyjną, za to, co powiedział jej lider. Słusznie więc indagowany poseł miał tego dosyć. W prawie 4 lata po zmianie rządu, wciąż najważniejszymi informacjami i tematami do komentarzy są wypowiedzi byłego a nie obecnego premiera. Rząd nasz obecny może robić wszystko, bo i tak Wielcy Dziennikarze zajmą się raczej tym, co powiedziała opozycja. I odpowiednio to skomentują.
Jest rzeczą pozornie fascynującą, dlaczego wypowiedzi – zazwyczaj wyrwane z kontekstu a często wręcz nieistniejące (jak ta słynna o „prawdziwych Polakach”) – przywódcy opozycji stają się większymi dla mediów tematami, niż rzeczywiste działania albo zamierzenia rządu. Słowa (i to wyłącznie prawicowej opozycji) są ważniejsze od czynów. Rzecz jest jedynie pozornie fascynująca, gdyż w istocie zupełnie zrozumiała. Chodzi z jednej strony przypominanie o strasznych czasach, gdy demokracja była zagrożona (co jest tym bardziej potrzebne, że żadnych dowodów na to nawet specjalna komisja sejmowa a tym bardziej prokuratura nie znalazła) a z drugiej odsuniecie uwagi od braków w działaniu rządu. Gdzie poza Rzeczpospolitą (mam namyśli gazetę a nie moją ojczyznę) toczy się dyskusja o forsowanym przez rząd modelu edukacji (zwłaszcza tej średniej), a gdzie w ogóle omawia się reformę minister Kudryckiej, która – o zgrozo – lada chwila wejdzie w życie? Tymczasem różni Wielcy Dziennikarze realizują w całości program Waldemara Kuczyńskiego, by nie krytykować władzy, lecz przypominać o zagrożeniu ze strony opozycji. Lepsza zła władza, ale nasza, niż dobra, ale ich. Oto wolność i niezależność dziennikarska – każdy zupełnie niezależnie decyduje się być propagandzistą władzy.
Tyle tylko, że cóż z tym robić? Protesty, takie jak wychodzenie ze studia czy bojkotowanie telewizji nic dobrego nie przyniosą, bo dostarczają tylko argumentów na jeszcze większe atakowanie opozycji. Program bez posłów opozycyjnych i tak się odbędzie, tyle że głos opozycji nie będzie już w ogóle słyszalny a przekaz stanie się zupełnie jednoznaczny. Opozycji zaś będzie można wypomnieć, iż bojkotując wolne media łamie zasady demokratyczne i obśmiać ją zarazem jak już to czyniono. Przy okazji mając pretekst dla utrzymania wzorcowego pluralizmu a’la TOK FM, gdzie spektrum poglądów tworzą panowie Lis, Wołek i Władyka.
Trzeba więc nauczyć się nie zwracać uwagi na ton głównych mediów i wspierać te, w których nie zwyciężyła jeszcze jedynie słuszna linia (jak ostatnio we Wprost) oraz zazdrościć Węgrom Viktora Orbána. Ale liczyć, że i w Polsce nadejdą czasy, gdy obecna opozycja będzie mogła zbliżone do węgierskich przemiany wprowadzić w życie.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)