Nie cichną głosy dotyczące Kościelnej Komisji Majątkowej. SLD chce także zlikwidować Fundusz Kościelny. Antyklerykalizm lewicowy złączył się z antyklerykalizmem ludowym w walce z rzekomym bogactwem Kościoła. Rzecz jest jednak głębsza i dotyczy samych fundamentów, na których posadowiona jest III Rzeczpospolita.
W roku 1950 rząd komunistyczny przejął na własność majątki kościelne, zwane – z powodu daleko idących ograniczeń w ich obrocie – dobrami martwej ręki. Dochody z przejętego przez państwo majątku miały stanowić Fundusz Kościelny, z którego finansowane miały być m.in. remonty kościołów i składki na ubezpieczenie społeczne osób duchownych. Tym samym więc Kościół został pozbawiony własności, ale – formalnie – nie dochodów z tego majątku. Takie działanie wpisywało się w tendencje już oświeceniowe pozbawienia Kościoła majątków w zamian za finansowanie przez państwo, by przypomnieć choćby przejęcie u schyłku I Rzeczypospolitej majątków biskupów krakowskich w zamian za państwową pensję. Taki ruch nie pozbawiał Kościoła podstaw materialnych, lecz w istotnym stopniu uzależniał Kościół od państwa, co było na rękę ideologom tak komunistycznym jak i oświeceniowym. Inna rzecz, że za Gierka zdecydowano się zasilać Fundusz Kościelny kwotami z budżetu niezależnymi od dochodów ze znacjonalizowanego majątku. Tak czy inaczej Fundusz Kościelny dzieli swoje losy z kwestią majątku odebranego Kościołowi. Zresztą – o czym zwykle w antyklerykalnym zacięciu się zapomina – tak przejęcie dóbr martwej ręki, jak i Fundusz Kościelny dotyczył wszystkich związków wyznaniowych a nie tylko Kościoła Katolickiego.
Przejęcie dóbr kościelnych nie było jedynym przejawem nacjonalizacyjnej działalności władzy komunistycznej. Odbyło się to zresztą stosunkowo późno i na stosunkowo dobrych warunkach (za swoistym wynagrodzeniem, jakim było utworzenie Funduszu Kościelnego). Państwo przejęło również większość przedsiębiorstw przemysłowych i handlowych, majątki ziemskie, lasy i grunty w Warszawie. Ogólnie więc w okresie 1944-1950 na rzecz komunistycznego państwa przeszedł olbrzymi majątek.
Legalność tych działań budzi liczne wątpliwości. Przede wszystkim dotyczy to legalności samej władzy ludowej w Polsce, która – jak wiadomo – została wprowadzona w Polsce na sowieckich bagnetach, z pominięciem wszelkich ustrojowych przepisów obowiązujących w Polsce, przede wszystkim wbrew przepisom Konstytucji Kwietniowej. Stało się to w sytuacji, w której cały czas istniał legalny rząd Rzeczypospolitej.
Po drugie, tzw. dekret warszawski, dekret o reformie rolnej i dekret o nacjonalizacji lasów zostały wydane przez organ nieznany polskiemu prawu, jakim był Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Jest elementarzem prawa, iż akt wydany przez organ nie umocowany do wydawania takich aktów, a więcej – ciało w ogóle organem władzy publicznej niebędące – nie może być wywierać jakichkolwiek skutków prawnych. PKWN nie tylko nie miał oparcia konstytucyjnego, ale w chwili wydawania tych aktów nie był przez nikogo uznawany za władzę w Polsce (nawet przez ZSRR).
Po trzecie, polskie prawo konstytucyjne nie znało takiej formy aktu prawnego jak dekret. Najwyższymi aktami prawa powszechnie obowiązującego były ustawy i rozporządzenia Prezydenta RP. Tym samym więc „dekrety” PKWN nie miały przymiotu aktu prawnego.
Po czwarte, także następujące po PKWN organy władzy państwowej na terenie Polski nie mają ani przymiotu legalności ani nawet nie uzyskały jakiejkolwiek innej legitymizacji, np. legitymizacji demokratycznej (jeśli dla kogoś ma to jakieś znaczenie). Dlatego także „ustawa” o przejęciu dóbr martwej ręki, akty nacjonalizacyjne czy wydane w ramach „bitwy o handel” aktami prawnym nie są, chyba że aktami prawnymi jakiegoś nowego państwa, jakie w 1944 r. założyli przybysze ze Wschodu, które z Rzecząpospolitą Polska – poza nazwą – nie miało nic wspólnego.
Wreszcie należy pamiętać, iż władza ludowa nie przestrzegała też prawa, które sama wydała i działania nacjonalizacyjne niejednokrotnie naruszały stosowne dekrety i ustawy. Wystarczy tylko podać najczęstsze naruszenia, tj. nacjonalizację przedsiębiorstw czy majątków rolnych, które z racji swej wielkości jej nie podlegały, albo przejmowanie ruchomości w ramach reformy rolnej.
I oto wolna Rzeczpospolita – tak chętnie odwołująca się do ciągłości z II RP – przeszła nad tym problemem do porządku dziennego. Nikogo nie raziło stosowanie aktów wydane przez PKWN czy też uznawanie za takich samych prezydentów Jaruzelskiego i Kaczorowskiego. III Rzeczypospolita nie ma żadnej ciągłości z II, zaś wiele z PRL. Mimo to pytanie pozostaje – jaką moc mają akty prawne PKWN skoro nawet sam PKWN nie uważał się za rząd, a nawet rząd nie miał prawa wydawać aktów rangi ustawowej?
W wyniku bezprawnej działalności władzy ludowej, wolna III Rzeczpospolita otrzymała ogromny majątek. Wielkie skarby zrabowane przez rozbójników. Rzecz w tym, że obrabowani są zazwyczaj znani. I nie zrobiono nic, by ten majątek oddać. Warto zastanowić się, jaki wpływ na rozwój gospodarczy Polski miałaby odbudowa rzeczywistej, zamożnej klasy średniej, jaka z pewnością nastąpiłaby w wyniku reprywatyzacji. Ogromny majątek został sprywatyzowany, lecz zamiast wrócić do rąk prawowitych właścicieli, trafił niejednokrotnie do partyjnej nomenklatury czy innych szemranych osobistości. Z drugiej strony wszelkie próby reprywatyzacji torpedowano, proponując z łaski kilkanaście procent majątku, stwierdzając, iż na więcej „państwa nie stać”. Ciekawe jak może nie stać państwa na zwrot majątku, który otrzymało nieodpłatnie i to w dodatku w sprzeczny z prawem i słusznością sposób?
Z tej perspektywy decyzję o zwrocie związkom wyznaniowym przejętego majątku należy rozumieć nie jako jakąś łaskę ze strony Państwa, czy więcej – działanie na niekorzyść Polski – lecz jako akt przywracania sprawiedliwości. Gdy oddane zostaną wszystkie majątki, Fundusz Kościelny winien zostać zlikwidowany. Ale albo majątki wracają do Kościołów, albo Fundusz pozostaje. Likwidacja Funduszu przy wstrzymaniu zwracania majątków oznacza ugruntowanie komunistycznego bezprawia.
Inna rzecz, iż jedynie kościoły i związku wyznaniowe taką korzyść otrzymały. Pozostali zdani są na często bardzo czasochłonne działania indywidualne. Musieli działać w rzeczywistości prawnej, która akty PKWN traktowała jako obowiązujące prawo (Trybunał Konstytucyjny zawsze uchylał się od orzeczenia w sprawie tego, czy w ogóle były to akty prawne). Potrzebne więc było wskazanie, iż nawet te akty zostały przez komunistów naruszone. A i tak III Rzeczpospolita jak lew broniła i broni się przed zwracaniem majątków ich dawnym właścicielom. Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa staje na głowie, by wykazać legalizm PRL i prawo państwa do dysponowania przejętym majątkiem. A jeśli już komuś się uda, to natychmiast organizowana jest przeciwko niemu oszczercza kampania prasowa, jak przeciwko Branickim, którzy ośmielili się chcieć odzyskać pamiątki rodzinne z Wilanowa.
Zamiatanie kwestii reprywatyzacji pod dywan mści się. Ostatnio ujawniono próby spekulacji dawnymi papierami wartościowymi. Ale gdyby polskie władze rozstrzygnął aktem powszechnym i ogólnym ten problem, to nie byłoby możliwości do nadużyć. Co mają zrobić ludzie, którzy (albo, których dziadkowie) pożyczyli Państwu Polskiemu pieniądze kupując obligacje, albo zainwestowali swe pieniądze w akcje spółek później znacjonalizowanych? Sprawę spółki Giesche wykorzystano do walki z ideą rozwiązania tego problem, podczas gdy jest to właśnie dowód na konieczność wypłacenia odszkodowań za dawne papiery wartościowe wszędzie tam, gdzie już wcześniej tego nie zrobiono (a zrobiono to w przypadku obcokrajowców jeszcze za Gierka, tyle że nie zawsze papiery te unieważniono, stąd sprawa ze spółką Giesche). To właśnie brak jakichkolwiek regulacji powoduje, iż w sprawie działają spekulanci a nie uczciwi, oszukani przez swoje państwo ludzie. Sprawa odzyskiwania majątków to nie sprawa dla ABW lub CBA, ale sprawa dla Sejmu i Senatu.
Tak więc Polska współczesna stoi majątkiem zrabowanym przez komunistów. Jest więc wielkim paserem zagrabionego mienia. Zdaję sobie sprawę, iż majątek ten niejednokrotnie służy celom społecznym, iż przyczynił się do rozwoju Polski. Rodzi się jednak pytanie, dlaczego koszty rozwoju i modernizacji kraju mają ponosić mają jedynie ci, którzy kiedyś dysponowali jakimś majątkiem. Dlaczego za to, by w pałacu znajdował się dom pomocy społecznej ma płacić jedynie dawny właściciel tego pałacu? Wiadomo, iż wszystkie pieniądze, jakie ma państwo pochodzą od jego obywateli. W tym sensie nawet, jeśli otrzymujemy odszkodowanie od państwa, to – paradoksalnie – w pewnej części płacimy je sobie sami. Ale taki system dystrybucji kosztów utrzymania państwa jest sprawiedliwy. Wypłata rzetelnych odszkodowań spowoduje, iż koszty wzbogacenia się państwa przejętym majątkiem zostaną sprawiedliwie rozdzielone na wszystkich obywateli. Szanse na zbudowanie na reprywatyzacji silnej klasy średniej już straciliśmy. Szanse na przywrócenie sprawiedliwości i ocalenie honoru naszego Państwa – jeszcze nie…
PS. Dla uniknięcia wątpliwości oświadczam, iż ani ja ani moja rodzina nie była osobiście dotknięta nacjonalizacyjną działalnością władzy ludowej.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)