Ostatnie dni upłynęły pod znakiem działań Prezydenta Komorowskiego. Jednym z nich była kwestia zaproszenia gen. Jaruzelskiego do samolotu lecącego na uroczystości beatyfikacji Jana Pawła II, zaś drugą – wypowiedź Prezydenta dotycząca wskazania nowego premiera.
Zamieszanie wokół zaproszenia dla Jaruzelskiego pokazuje z jednej strony chaos panujący w Kancelarii Prezydenta, gdy każdy z ministrów mówi co innego. Z drugiej jednak strony wyłania się coraz bardziej konsekwentna polityka historyczna Prezydenta zmierzająca do rehabilitacji komunistycznych zbrodniarzy. Uosabia ją były członek PZPR prof. Tomasz Nałęcz, ale w tle widać Michnika i grono zwolenników „historycznego kompromisu” oraz głosy skandujące hasła o ludziach honoru i „Odp…..ście się od Generała!”.
Dyskusja o zaproszeniu Jaruzelskiego, podobnie zresztą ja w przypadku sprawy z jego udziałem w posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego schodzi zresztą na manowce. Najmniej istotny jest fakt, iż nie został on wybrany w wyborach powszechnych, choć on jest najbardziej eksponowany, jako że sprawia wrażenie pozornie neutralnego kryterium. Żaden z prezydentów II Rzeczypospolitej – od Narutowicza po Kaczorowskiego nie zostali wybrani przez Naród. Czy to umniejsza ich legitymację? Z kolei każdy z Sejmów PRL miał za sobą 99,8% poparcia przy podobnej frekwencji – czy to nadaje im jakąś rangę?
Kwestia Jaruzelskiego to przede wszystkim kwestia honorowania zdrajcy i zbrodniarza. Zdrajcy, który całe swoje dorosłe życie służył wiernie okupantowi przeciwko własnemu państwu i społeczeństwu. Ot, takiego polskiego Quslinga. Zdrajcy, który donosił nawet na swoich komunistycznych (i nie tylko) kolegów, jako agent Informacji Wojskowej. Zbrodniarza, który odpowiada za hańbę interwencji w Czechosłowacji, czystki antysemickie w wojsku, mordy w Gdyni, podczas stanu wojennego i później, aż do ostatnich chwil PRL. Człowieka, który w każdym normalnym kraju zostałby skazany przynajmniej na dożywocie.
Ale kwestia Jaruzelskiego to także kwestia fałszywego uznawania go za prezydenta Wolnej Polski. Jaruzelski nim nie był, ale nie dlatego, że wybrał go Sejm Kontraktowy. Nie był nim, bo w tym czasie, tj. aż do 23 grudnia 1990 r. legalnym prezydentem był Ryszard Kaczorowski. Zresztą do momentu śmierci tego ostatniego, i on i Jaruzelski odbierali te same honory byłych prezydentów, choć pełnili swe urzędy w jednym czasie. Można się spierać o znaczenie prawne ceremonii przekazania insygniów prezydenckich Lechowi Wałęsie i wynikające stąd przywrócenie ciągłości Rzeczypospolitej. Warto pamiętać, iż konstytucja kwietniowa nigdy nie została uchylona. Ciekawy – alternatywny – sposób rozwiązania tej kwestii przedstawił Marcin Wolski w „Cudzie nad Wisłą”. W każdym razie – Wojciech Jaruzelski nie był prezydentem Rzeczypospolitej a jedynie prezydentem Polski komunistycznej, za co nie należą mu się żadne profity.
Gdy o tym wszystkim się zapomina, zaś jako największą zasługę traktuje się dobrowolne oddanie władzy w roku 1989, które było niczym innym jak kontrolowaną przez komunistów zamianą jawnej władzy politycznej w niejawną władzę gospodarczą i medialną w zamian za gwarancje bezkarności, dochodzi się do moralnego kuriozum, w którym odpuszcza się winy mordercy i czyni się go świętym tylko za to, że przestał już zabijać. Efekt tej polityki już widać, a jest nim entuzjastyczne przyjęcie we włoskiej lewicowej „La Reppubblice” informacji, iż Polacy rehabilitują generała.
Drugą kwestią jest odkrywcze stwierdzenie Prezydenta Komorowskiego, iż on sam suwerennie wyznacza premiera i nie musi to być lider największego ugrupowania. Zdanie samo w sobie jest słuszne, choć gdy z podobnych uprawnień chciał korzystać Lech Kaczyński – odmawiając nominacji generalskich czy sędziowskich albo sprzeciwiając się powoływaniu określonych ministrów – to atakowany był za próbę naruszenia zasad demokracji. Ale wiadomo, iż tolerancja Salonu zależy od osoby prezydenta.
Wypowiedź tę zinterpretowano jako groźbę pod adresem Jarosława Kaczyńskiego. Abstrahuję już od faktu, czy Kaczyński rzeczywiście chce być premierem (wątpliwości, co do tego wyraża Andrzej Urbański w zeszłotygodniowym „Uważam Rze”). Rzecz w tym, iż jest to groźba mało straszna. Nominat prezydencki istotnie od razu zostaje premierem, ale ma 2 tyg. na uzyskanie wotum zaufania dla swojego gabinetu. Jak go nie uzyska, to inicjatywa przechodzi do Sejmu. W związku z tym prezydent nie może narzucić swego kandydata wbrew woli większości sejmowej. Może jedynie utrudniać jej działalność i ryzykować uszczerbek na własnym wizerunku, gdy Izba nie udzieli wotum jego premierowi. Oświadczenie Komorowskiego należy więc rozumieć jedynie jako nieumiejętność pogodzenia się z ewentualną przegraną PO w wyborach.
Komorowski dochodził do władzy pod hasłem odejścia od – rzekomo konfliktowego – sposobu prowadzenia polityki kohabitacji przez Lecha Kaczyńskiego. Tymczasem swoim oświadczeniem przekroczył granicę, jakiej jego poprzednik nigdy się nie ośmielił. Ale oburzenia nie słychać….


Komentarze
Pokaż komentarze (6)