Znów przewaliła się fala oburzenia po obchodach rocznicy Katastrofy Smoleńskiej. Lech Wałęsa mówił o „bełkocie chorego człowieka”, media zastanawiały się, co miał na myśli Jarosław Kaczyński mówiąc, że „byli zdradzeni o świcie”, w „Polsce The Times” Sławomir Nitras mówi, że zachowanie Stefana Niesiołowskiego to tylko odpowiedź na retorykę PiS a inny komentator tej gazety pisze o „podziemnym państwie” Kaczyńskiego. Wreszcie Jarosław Gowin ogłasza, iż atakowanie rządu Tuska to wspieranie Rosji. Wniosek wszystkich jest jeden: należy przestać zajmować się Katastrofą i należy skończyć z jej „upolitycznieniem”.
Obraz ten jest idealnym zafałszowaniem. Podsumujmy fakty. Z jednej strony mamy działania rządu, który rok temu w sojuszu z rosyjskim ambasadorem robił wszystko, by Prezydent Rzeczypospolitej nie wziął udziału w obchodach 70. rocznicy Mordu Katyńskiego. Tusk z Sikorskim albo sprzymierzyli się z ambasadorem obcego mocarstwa w walce z głową polskiego państwa, albo dali się temu ambasadorowi rozegrać. I jedno i drugie jest kompromitujące.
Następnie ten sam rząd nie tylko oddał śledztwo w ręce Rosjan, ale jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, co właściwie robi. Stąd dopiero po podjęciu decyzji zauważono, iż istnieje jakaś umowa polsko-rosyjska z 1993 r., którą można by do sprawy zastosować, zaś po kilku miesiącach uświadomiono sobie, iż tak naprawdę nie wiedziano, co się robi. I tak, rząd polski uważał, iż umówiono się na stosowanie Konwencji Montrealskiej, podczas gdy nie znajdowała ona w tej sytuacji zastosowania. Zawarto więc tylko ustną umowę międzynarodową o działaniu wyłącznie według procedur z 13. załącznika do tej konwencji. Przy okazji rządowi eksperci musieli sobie uświadamiać, iż umowę międzynarodową można zawrzeć także przez telefon.
W rezultacie Polska nie tylko utraciła kontrolę nad tym, co się w sprawie dzieje, ale także została pozbawiona możliwości faktycznego zbadania sprawy. Rząd nie upomniał się o polskie mienie, jakim jest wrak i czarne skrzynki, zaś co raz bardziej pokorne prośby w tej sprawie świadczą tylko o pogłębiającym się upokorzeniu naszego kraju. Doprowadziło to do sytuacji, w której ustalenie prawdy przez polską komisję Millera albo prokuraturę jest praktycznie niemożliwe, jako że brak jest kluczowych dowodów, w tym niektóre (jak zbadanie wraku) zostały już praktycznie na zawsze utracone. Teraz dowiadujemy się o możliwym sfałszowaniu protokołów z sekcji zwłok. I w tym kontekście należy odczytywać decyzje prokuratury o wykluczeniu możliwości zamachu z braku dowodów. No bo i na jakiej podstawie – nie mając wraku, czarnych skrzynek i możliwości oględzin ciał ofiar – można takie ustalenia czynić.
Przy tym wszystkim Polska udaje, iż problemu nie ma. Reakcje na działania rosyjskie są znikome i wszystkie one ulegają mirażowi pojednania z Rosją, które, niewiadomo dlaczego, miałoby nagle się pojawić. Pojednanie można zbudować na prawdzie i wzajemnym szacunku a nie na trumnach i kłamstwie. W niniejszej sprawie wielokrotnie media donosiły o utrudnianiu przez Rosjan poznania prawdy – począwszy od wkręcania żarówek i wycinania drzew na lotnisku w Smoleńsku, przez niedopuszczanie polskiego akredytowanego i śledczych do prac, zmienianie zeznań świadków, nierealizowanie próśb o pomoc prawną, na raporcie MAK kończąc. I nikt nie zastanowił się, po co Rosja – która pała taką wolą pojednania się i poznania prawdy – miałaby te wszystkie kwestie ukrywać.
Jednocześnie w Polsce wystarczyło krótkotrwała zmiana obowiązującej narracji dotyczącej Prezydenta Kaczyńskiego by znów jego postaci się wystraszono. Propagowano niepolegające na prawdzie sugestie o pijanym prezydencie, o tym, że to on rozkazał lądowanie, znów zaczęto ośmieszać jego pamięć i obrażać jego zwolenników. Sprowokowano awanturę o Wawel, potem w swojej pierwszej decyzji Prezydent Komorowski kazał zabrać spod pałacu krzyż (dotąd nie mogę zrozumieć, komu on i zgromadzeni pod nim ludzie przeszkadzali), czym wywołał „wojnę o krzyż”, która idealnie wpisała się w antyPiSowską retorykę.
Zwalczano wszystkie próby tak upamiętnienia ofiar Katastrofy jak i wyjaśnienia jej przyczyn. Na wszystkich, którzy krytykowali postawę prezydenta i rządu w tej kwestii posypały się oskarżenia i pogarda, której symbolem będzie działalność p. Tarasa. Młotem na osoby, które nie pogodziły się z postawą polskich władz był zarzut „upolityczniania katastrofy” i postulat „milczącego uczczenia pamięci ofiar”.
Tymczasem, co jest w złego w próbach utrwalenia tej pamięci? Komu ma przeszkadzać pomnik Lecha Kaczyńskiego? Czy zasłużył on na ten pomnik miej niż Gabriel Narutowicz? A jak dla Polski (poza gorliwym uznaniem okupacji sowieckiej) zasłużył się Charles de Gaulle? Że o żołnierzach sowieckich z pomnika czterech śpiących, mauzoleum przy Żwirki i Wigury czy Parku Skaryszewskiego nie wspomnę. A i agentura z Armii Ludowej bardziej godna jest alei.
A co jest złego w upolitycznianiu Katastrofy? Ta katastrofa ma wymiar par excellance polityczny i taki sam wymiar ma jej wyjaśnienie. Zginął w niej Prezydent, generalicja, ministrowie. Jej wyjaśnienie powinno być jednym z podstawowych obowiązków państwa także po to, by wyciągnąć z tego naukę na przyszłość. W każdym kraju byłby to główny temat badań i dociekań, u nas każe się o tym zapomnieć. A co jeśli to naprawdę był zamach? A co jeśli Rosjanie (albo ktokolwiek inny) zabili nam prezydenta? Ja niczego nie sugeruje, tylko pokazuję polityczny wymiar tej katastrofy.
Dopiero w przedstawionym powyżej kontekście można oceniać postawę Jarosława Kaczyńskiego i przeciwników postawy rządu w tej kwestii. Wyjaśnienie przyczyn katastrofy (o ile to jeszcze możliwe) nie tylko może, ale i musi być jednym z głównych celów państwa. Czyż można się dziwić, iż Państwo Polskie, uosabiane przez Komorowskiego, Tuska i Sikorskiego przestało być wiarygodne dla tysięcy (jeśli nie milionów) ludzi? Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, dlaczego Jarosław Kaczyński nie chciał być na jednych obchodach z Komorowskim czy Tuskiem, dla których od wyjaśnienia przyczyn katastrofy ważniejsze było uściskanie się z Putniem i sprawne przejęcie kancelarii prezydenta? Czy publiczne krytykowanie dobrych intencji władz wybranych demokratycznie jest aż tak skandaliczne, jak sugeruje to w „Polsce” prof. Radosław Markowski?
Zarzuca się PiSowi, że zawłaszczył Katastrofę. A kto bronił politykom innych opcji pojawienie się pod pod Pałacem Prezydenckim czy przystąpienia do Zespołu Macierewicza? Jeśli PiS zawłaszczyło temat, to tylko dlatego, że nie było innego chętnego. SLD też straciło w katastrofie swych wybitnych przedstawicieli. Dlaczego prawdę o ich śmierci poświęciło na ołtarzu walki politycznej?
Po tej stronie sporu też wy powiedziano nie zawsze właściwe słowa. Nie ma podstaw w tej chwili, by Tuska nazywać zdrajcą. Komorowski jest legalnym Prezydentem Rzeczypospolitej i zasługuje na „urzędowy szacunek” tak samo jak Lech Kaczyński, niezależnie jak ocenia się jego działalność. Stwierdzenia retoryczne o „poległych” czy „zdradzonych” są przedwczesne. Ale nie można jednego porównywać z drugim. Z jednej strony mamy nieudolność aparatu Państwa Polskiego, brak woli wyjaśnienia kwestii kluczowych dla polskiej racji stanu, skandaliczne zaniedbania i zorganizowany „przemysł pogardy i nienawiści”. Z drugiej strony mamy obywatelską niezgodę na taką postawę władz. Mamy demonstracyjne wotum nieufności wobec rządu, który w pełni sobie na to zasłużył. Nie jest tak – jak chcą wierzyć niektórzy – iż jest to postawa wszystkich czy większości; że społeczeństwo en masse jest w kontrze wobec rządzących. Ludzi, dla których sprawy te są ważne, którzy zdolni są do krytycznego spojrzenia bez posiłkowania się „prawdami” z telewizji jest mniejszość. Ale prawdą jest, że wielu ludzi – ogromna rzesza - przestało wierzyć swojemu państwu. Czy w istocie to państwo na to nie zasłużyło?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)